Dobra kobieta z tej Iwony, co byśmy bez niej poczęli?
A ty jej tylko dwa tysiące złotych miesięcznie płacisz.
Zosiu, przecież mieszkanie na nią przepisaliśmy.
Janek podniósł się powoli z łóżka i powlókł się do drugiego pokoju. W łagodnym świetle nocnej lampki spojrzał na swoją żonę, mrużąc oczy jak stare koty.
Przysiadł koło niej, nasłuchiwał. Chyba wszystko w porządku.
Wstał, człapał do kuchni, otworzył kefir, zahaczył o łazienkę. Potem z powrotem trafił do swojego pokoju.
Położył się, ale sen nie przychodził:
Nam z Zosią już po dziewięćdziesiątce. Ile to już przeżyliśmy? Już niedługo, już bliżej do Pana Boga a tu nikogo koło nas.
Córki, Kasi, już nie ma; przecież choćby sześćdziesiątki nie dożyła.
Jasia też już nie ma. Był z niego rozrabiaka Została wnuczka, Basia, ale ona już z dwadzieścia lat w Anglii siedzi. Dziadkom raczej nie zawraca głowy. Pewnie jej dzieci dawno wyrosły…
Nie zorientował się, kiedy zasnął.
Obudził go dotyk ręki:
Janku, wszystko dobrze? szepnęła żona.
Otworzył oczy. Nad sobą zobaczył pochyloną Zosię.
Co się dzieje, Zosiu?
Patrzę, leżysz bez ruchu.
Jeszcze żyję! Wracaj spać!
Rozległy się ciche człapanie. Z kuchni dobiegł klik włącznika.
Zofia wypiła wodę, odwiedziła łazienkę, i ruszyła z powrotem do swojego pokoju. Ułożyła się na łóżku.
No i co, któregoś dnia się przebudzę, a jego już nie będzie. Co ja pocznę? Albo może jednak ja pierwsza odejdę.
A Janek już nasze stypy zamówił. Któż by pomyślał, iż takie sprawy można załatwić z wyprzedzeniem. Z jednej strony dobrze kto by to za nas załatwiał?
Wnuczka o nas zapomniała. Tylko sąsiadka Iwona zagląda. Ma klucz do mieszkania. Dziadek daje jej z emerytury po tysiącu. Ona zakupy zrobi, coś tam posprząta, wszystko ogarnie. Na co nam już pieniądze? A i z czwartego piętra sami już nie schodzimy.
Jan Kowalski otworzył oczy. Słońce zaglądało przez okno. Wyszedł na balkon, spojrzał na zieloną koronę czereśni. Uśmiechnął się pod nosem.
No, i doczekaliśmy lata!
Zajrzał do żony. Siedziała zadumana na łóżku.
Zosieńko, nie smuć się! Chodź, coś ci pokażę.
Ojej, ledwo się ruszam! staruszka wstała nieporadnie. Co znowu wymyśliłeś?
Chodź, chodź!
Podtrzymując ją pod ramię, doprowadził żonę na balkon.
Spójrz, czereśnia cała zielona! A mówiłaś nie doczekamy lata. Doczekaliśmy!
Ojej, rzeczywiście! I słoneczko świeci!
Usiedli na starej ławce na balkonie.
Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina? W podstawówce jeszcze. Czereśnia też wtedy pierwsza się zazieleniła.
Takich rzeczy się nie zapomina! Ile lat temu to było?
Siedemdziesiąt z okładem… Siedemdziesiąt pięć.
Siedzieli długo, wspominali młodość. Starszy człowiek wiele rzeczy zapomina, czasem nawet, co wczoraj robił, ale młodości się nigdy nie zapomina.
Ojej, zagadaliśmy się! Zosia wstała. Jeszcze nie jedliśmy śniadania.
Zosiu, zrób prawdziwą herbatę! Mam już dość tej ziółkowej.
Przecież nam nie wolno.
Daj cienką i po łyżeczce cukru!
Janek pił cienką herbatę i zajadał skromną kanapeczkę z serem, wspominając czasy, gdy na śniadanie był porządny, mocny napar, słodki i do tego drożdżówki albo racuchy.
Przyszła sąsiadka. Uśmiechnęła się serdecznie.
Jak tam zdrowie, moi drodzy?
Jakie tam zdrowie u dziewięćdziesięciolatków? dowcipkował dziadek.
Jak żartujecie, to znaczy dobrze! Co wam kupić?
Iwonko, kup kurczaka! poprosił Janek.
Przecież wam nie wolno tłustego.
Kurczak chudy, wolno!
Dobrze, kupię. Zrobię wam rosół z makaronem!
Iwona odgruzowała stół, pozmywała, i wróciła do siebie.
Zosiu, chodźmy na balkon zaproponował Janek ogrzejemy się na słoneczku.
No to chodźmy!
Iwona zerknęła z kuchni:
Co, zatęskniliście za słońcem?
Dobrze tu, Iwonka! uśmiechnęła się Zofia.
To ja wam przeniosę kaszę, a potem zabiorę się za obiad.
Dobra kobieta z niej… spojrzał Janek na Zofię. Co byśmy bez niej zrobili?
A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz.
Zosiu, przecież mieszkanie na nią przepisaliśmy.
Ona nic nie wie.
Siedzieli tak na balkonie aż do obiadu. A na obiad rosół z kurczakiem, z mięsem i rozgniecionym ziemniakiem.
Zawsze taki Kasi i Jasiowi gotowałam, jak byli mali wspominała Zofia.
A teraz cudzy ludzie nam gotują westchnął ciężko Janek.
Widać, Janku, taki nasz los. Odejść i nikt choćby nie zapłacze.
Dość, Zosiu, nie smućmy się. Pora się przespać.
Wiesz Janku, coś w tym jest:
Stary jak dziecko wszystko u nas jak u dzieci: rozgotowany rosół, drzemka i podwieczorek.
Janek przysnął trochę, potem znów się podniósł coś mu spać nie dawało. Może pogoda się zmienia? W kuchni na stole dwie szklanki soku starannie przygotowane przez Iwonkę.
Chwycił je w obie ręce i ostrożnie zaniósł do pokoju żony. Ta siedziała na łóżku, patrząc w okno.
Co tak posmutniałaś, Zosieńko? uśmiechnął się Janek. No, na zdrowie!
Zosia pociągnęła łyk:
Ty też spać nie możesz?
Taka pogoda.
Od rana coś marnie się czuję Zofia pokręciła głową. Chyba już kilka mi zostało. Tylko mnie, proszę, godnie pochowaj.
Zosiu, co ty mówisz? Jak ja sobie bez ciebie poradzę?
Ktoś z nas i tak pierwszy odejdzie.
Dość! Idziemy na balkon!
Siedzieli do wieczora. Iwona upiekła serniki. Zjedli, przysiedli do tv. Co wieczór przed snem oglądali tv, choć z nowych filmów kilka już łapali, więc najczęściej puszczali stare komedie i bajki.
Dziś obejrzeli tylko jedną bajeczkę. Zosia wstała:
Idę spać. Coś się zmęczyłam.
To ja też.
Poczekaj, no, popatrzę na ciebie ładnie! poprosiła nagle żona.
Po co?
Po prostu popatrzę.
Patrzyli na siebie długo. Może wspominali młodość, gdy wszystko było jeszcze możliwe.
Chodź, odprowadzę cię do łóżka.
Zosia wzięła Jana pod ramię i powoli poszli.
Janek przykrył żonę kołdrą i wrócił do siebie.
Ciężko mu jakoś na sercu, długo nie mógł zasnąć.
Wydawało mu się, iż nie spał w ogóle a zegar elektroniczny pokazywał już drugą. Wstał i poszedł do pokoju Zosi.
Leżała z otwartymi oczami.
Zosiu!
Ujął ją za rękę.
Zosiu, co się stało! Zo-si-u!
I nagle jemu samemu zabrakło tchu. Wrócił do siebie, sięgnął po przygotowane wcześniej dokumenty, położył je na stole.
Wrócił do Zosi. Patrzył długo na jej twarz. Położył się obok i przymknął oczy.
Zobaczył swoją Zosię młodą, piękną jak siedemdziesiąt pięć lat temu zmierzała w stronę światła. Dogonił ją i ujął za rękę.
Rano Iwona weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na twarzach mieli identyczne, szczęśliwe uśmiechy.
Wreszcie kobieta zadzwoniła po pogotowie.
Lekarz, który przyjechał, pokręcił głową z niedowierzaniem:
Odeszli razem. Musieli bardzo się kochać
Ich zabrano. A Iwona ciężko usiadła na krześle przy stole. I wtedy zobaczyła dokumenty i testament na swoje nazwisko.
Schowała twarz w dłoniach i zapłakałaDługo siedziała ze łzami w oczach, rozmyślając nad losem tych dwojga, którym towarzyszyła przez ostatnie lata. Na balkonie czerwona czereśnia zaczęła właśnie kwitnąć, promienie słońca zatańczyły na parapecie, przypominając, iż życie toczy się dalej, choćby gdy ktoś cicho znika.
Iwona wyszła na balkon, zamknęła na moment oczy i poczuła na twarzy ciepło dnia. Spojrzała na stare krzesła, wciąż ustawione blisko siebie, gotowe na kolejne rozmowy o dawnych czasach, śmiech i łzy.
Westchnęła, ale na ustach pojawił się uśmiech. Teraz wiedziała, co będzie dalej zadba o balkon, podleje rośliny, przesmaży czereśnie na konfiturę, którą kiedyś poczęstuje wnuczkę Basię, gdy ta wreszcie wróci zobaczyć, skąd przyszła.
A potem, w cichym mieszkaniu, położyła świeżą serwetę na stole, powiesiła zdjęcie przyjaciół w ramce, i nim wyszła przystanęła na progu.
Spoczywajcie w spokoju, kochani. Dobrze wam tam razem.
Za oknem, wśród liści, zalśnił promyk światła jakby ktoś właśnie się uśmiechnął.











