Do dnia wdrożenia W urzędowym gabinecie na trzecim piętrze zamknęła teczkę z dokumentacją i przybiła pieczątkę na ostatnim wniosku, uważając, by nie rozmazać tuszu. Na biurku porządek: „świadczenia”, „przeliczenia”, „skargi”. W korytarzu już ustawiła się kolejka, a po głosach rozpoznawała tych, których widywała co tydzień. Lubiła, iż w tej pracy efekt był namacalny: papier zmieniał się w wypłatę, zaświadczenie dawało darmowy przejazd, podpis oznaczał, iż ktoś nie musi już wybierać między lekami a opłatami za mieszkanie. Spojrzała na zegar. Do przerwy zostało czterdzieści minut, a wciąż trzeba było sprawdzić rejestr z zeszłego tygodnia i odpisać na dwa maile z Urzędu Wojewódzkiego. Zmęczenie siedziało głęboko, podobne do przewlekłego napięcia w barkach. Przywykła, iż towarzyszyło jej stale i dzięki porządkowi nie rozsypywała się w środku. Jej życiowa stabilność opierała się na liczbach. Kredyt na dwa pokoje na peryferiach, gdzie po rozwodzie mieszkała z synem, oraz miesięczne raty za jego studia w technikum. Mama po udarze – leki i opiekunka na kilka godzin dziennie. Nie narzekała, po prostu liczyła. Każdy miesiąc jak bilans: dochody, wydatki, co można odłożyć, z czego trzeba zrezygnować. Gdy sekretarka zawołała ją na naradę, wzięła notes i długopis, wyłączyła komputer i zamknęła gabinet na klucz. W sali zebrał się już kierownik, dwaj zastępcy i prawniczka. Na stole dzbanek z wodą i plastikowe kubeczki. Szef mówił równym tonem, jakby czytał fragment raportu. — Szanowni Państwo, zgodnie z końcowymi wytycznymi z centrali czeka nas wdrożenie nowego modelu obsługi klienta. Od pierwszego dnia miesiąca część funkcji przechodzi do centrum głównego. Nasz oddział na ul. Kościuszki zostaje zamknięty, obsługę świadczeń przenosimy do urzędu miasta i na platformę internetową. Zasady przyznawania i wypłat będą weryfikowane, nowi świadczeniobiorcy podlegają odmiennemu trybowi. Notowała, aż słowa zaczęły uwierać wewnątrz. „Zamykamy oddział na Kościuszki” – to nie był abstrakcyjny adres. Tam obsługiwano mieszkańców okolicznych osiedli, przychodzili głównie starsi, którym do centrum trzeba było jechać dwoma autobusami. „Weryfikacja zasad” zawsze oznaczała, iż ktoś straci. Prawnik dodał: — Informacja nie może trafić do publicznej wiadomości przed oficjalnym ogłoszeniem. Każde ujawnienie będzie traktowane jako naruszenie tajemnicy służbowej. Mamy podpisane zobowiązania. Szef zatrzymał na niej wzrok na chwilę dłużej. — Będą przesunięcia i nowe stanowiska. Kto udźwignie obciążenie i zachowa dyscyplinę, może liczyć na awans. Dbamy o swoich ludzi. To zdanie spadło jak ciężar. Poczuła suchość w gardle. Awans oznaczałby wyższą pensję, a tym samym mniej strachu przed bankiem i apteką. Ale „zamykamy” i „weryfikujemy” brzmiało o wiele głośniej. Po naradzie wróciła do gabinetu. W poczcie wewnętrznej już czekał mail: „Projekt zarządzenia. Nieudostępniać.” W załączniku tabele z terminami i listami zmian. Przewinęła na dół i zobaczyła: „Od pierwszego dnia miesiąca koniec przyjmowania na Kościuszki…”, a dalej – kategorie świadczeń, które wymagały nowych dokumentów. W jednym miejscu: „przy braku wniosku elektronicznego wypłata zostaje zawieszona do czasu dostarczenia dokumentów”. Wiedziała, iż „zawieszona” dla wielu znaczy „nie dostaniesz przez miesiąc albo dłużej”, bo nie zdążą, nie wejdą na platformę, nie zrozumieją, o co chodzi. Wydrukowała tylko stronę z datą wdrożenia i schowała do akt z klauzulą „poufne”. Na podajniku drukarki zostało ciepło kartki. Zamknęła pokrywę, jakby to miało także schować sens tych zmian. Przed obiadem kolejka w korytarzu zrobiła się jeszcze dłuższa. Przyjmowała szybko, ale dokładnie, co chwilę łapiąc się na tym, iż patrzy na każdego jak na kogoś, kto być może niedługo straci. Emerytka z drżącymi rękami przyniosła zaświadczenie o dochodzie syna. Mężczyzna w roboczej kurtce składał wniosek o zwrot kosztów dojazdu na leczenie. Kobieta z dzieckiem błagała o nowe przeliczenie, bo mąż przestał płacić alimenty. Znała ich twarze i historie, bo w samorządzie takich ludzi się nie zapomina. Wrócą z kolejnym plikiem papierów i tymi samymi problemami. Teraz kazano jej milczeć, gdy system po cichu zmieniał tabliczki na drzwiach. Została po godzinach. Gabinet ucichł, na dole zatrzasnęły się drzwi ochrony. Otworzyła jeszcze raz tabelę ze zmianami, nie z ciekawości, ale by sprawdzić: może przewidziano konsultacje objazdowe, może da się zorganizować okres przejściowy, może można przygotować ulotki. Znalazła zapis: „informowanie mieszkańców – przez BIP i ogłoszenia w urzędzie”. I tyle. Bez telefonów, listów, spotkań z sołtysami. Przeraziła się, jak prosto to załatwiono. Następnego dnia poszła do szefa. Nie z pretensjami, ale z rzeczowymi pytaniami, jak miała w zwyczaju. — Czy można doprecyzować wdrożenie nowej procedury? — zapytała cicho. — Na Kościuszki większość ludzi nie ma choćby telefonu z internetem. jeżeli nie złożą wniosku przez portal, stracą wypłaty. Może zostawić miesiąc przejściowy? Może przyjmować i tu, i tam albo zrobić dyżur wyjazdowy? Szef potarł zmęczone czoło. — Rozumiem. Ale to nie nasza decyzja. Mamy redukcję kosztów i założenia wzrostu cyfrowej obsługi. Dwa punkty utrzymywać się nie da. Wyjazdowe dyżury to rozliczenia, delegacje, dodatkowe sprawozdania. Nie ma środków. — Chociaż uprzedzić mieszkańców… Przecież widzimy ich co dzień. — Oficjalnie tak, gdy będzie zarządzenie i komunikat prasowy. Wcześniej nie wolno. Wiesz, co by się zaczęło? Panika, skargi, telefony do urzędu wojewódzkiego. Musimy zamknąć kwartał. Złość rosła niewyrażalna, ale czuła, iż szefa nie obwinia tylko o to. On też żył w tych liczbach, tylko na innym poziomie. — jeżeli stracą świadczenia, przyjdą tu. Znowu do nas. — Przyjdą — przytaknął spokojnie. — I wytłumaczymy im procedurę. Będą instrukcje. Poradzisz sobie, jesteś silna. Wyszła z poczuciem, iż została cicho ustawiona do pionu. Koledzy rozmawiali o urlopach, o tym, iż „znowu coś zmieniają”. Nic nie powiedziała. Nie dlatego, iż była posłuszna – po prostu nie wiedziała, jak o tym mówić, by nie wywołać burzy. W domu podgrzała zupę, którą ugotowała dzień wcześniej na dwa dni. Syna nie było długo, wrócił wyczerpany, z słuchawkami na szyi. — Mamo, praktyki nam przenieśli. Może do innego zakładu. Jak nie, będę szukał sam. Kiwnęła głową tak, by nic nie było po niej widać. On i tak miał pod górkę. Studiował, dorabiał, czasem patrzył na nią jakby miała być ich murami obronnymi. Gdy poszedł do pokoju, zadzwoniła do opiekunki mamy i ustaliła grafik na jutro, potem do mamy. Mówiła wolno, ale z pogodą: — O siebie pomyśl, kochanie. Ty wszystko dźwigasz. Chciała odpowiedzieć „wszystko w porządku”, ale zamiast tego zapytała: — Mamo, jakby ci powiedzieli, iż aptekę pod blokiem zamykają i leki musisz kupować w centrum, chciałabyś wiedzieć z wyprzedzeniem? — Oczywiście! Zrobiłabym zapas albo poprosiła sąsiadkę. A czemu pytasz? Nie odpowiedziała. To przecież nie o aptekę chodziło. Tej nocy zrozumiała, iż „tajemnica służbowa” u nich to nie ochrona bezpieczeństwa, tylko sterowanie ludźmi: by nie zdążyli się zorganizować, zadawać pytań, ani by pracownicy nie zaczęli się wahać. Trzeciego dnia przyszła kobieta z mężem niepełnosprawnym po zasiłek opiekuńczy. Trzymała teczkę tak, jakby tylko ona trzymała ją w pionie. — Kazali znowu przynieść wszystko. Proszę sprawdzić, by nie odmówili. Bez wypłaty nie wiem, z czego żyć… Sprawdzając papiery, słyszała w głowie datę wdrożenia. Ta kobieta na pewno nie złoży wniosku online. Nie z braku chęci, ale po prostu nie była w stanie. — Ma pani telefon? Internet? — Tylko zwykły, internet u sąsiadki, ale nie bywam, bo czasu brak. Dodała, co jeszcze mogła, zgodnie z obecnymi zasadami: — Zrobię wszystko na dotychczasowych zasadach. Tu ma pani adres do urzędu i godziny. Lepiej przyjść od razu, nie czekać. Kobieta dziękowała jej z wdzięcznością, jak za coś większego niż usługę urzędnika. Gdy zamknęły się drzwi, zdała sobie sprawę, iż „przyjść od razu” to niemalże szyderstwo. Bo „od razu” to wtedy, gdy już będzie po wszystkim. Tej samej doby na urzędowym czacie prawniczka napisała: „Przypominam o zakazie rozpowszechniania projektów zarządzeń. Konsekwencje: dyscyplinarka do zwolnienia”. Ktoś zareagował lajkiem, ktoś skwitował „Przyjęto”. Gapiła się w ekran czując, jak strach staje się jedynym wyjściem. Wieczorem na biurku miała listę adresów przypisanych do nowego centrum i listę świadczeń z nowymi wymogami. Teoretycznie nie powinna tego drukować, ale wydrukowała jedną kopię do porównania. Kartka aż biła bielą. Zamknęła drzwi, opuściła dłonie na skraj stołu. Zostały jej niecałe dwie doby – tyle, ile dzieliło oficjalne zarządzenie od wdrożenia. Ludzie, jeżeli dowiedzą się teraz, mogą jeszcze się zgłosić po staremu, zdobyć zaświadczenia, poprosić wnuka o pomoc. Potem zostaną przy zamkniętych drzwiach i będą krzyczeć na ochronę. Rozważała różne warianty. Powiedzieć koleżankom? Zaraz wyszłoby na jaw, oskarżyliby ją. Napisać do dzielnicowego forum? gwałtownie by ją namierzyli. Telefonować do konkretnych ludzi? Również ryzykowne – a i tak nie do wszystkich miała telefony. Jedno rozwiązanie wydawało się tchórzliwe, a jednak jedyne: anonimowo podrzucić wiadomość tym, którzy potrafią rozesłać ją z wyczuciem. W okolicy działała rada seniorów, wspólnotowe czaty, i była dziennikarka z lokalnej „Gazety Poznańskiej”, która czasem rzeczowo pisała o sprawach społecznych. Miała do niej kontakt. Zdjęła z biurka kartkę i sfotografowała fragment z datą wdrożenia oraz adresem likwidowanego oddziału. Bez nazwisk i kodów. Potem znalazła kontakt do redaktorki. Palce trzęsły się ze świadomości, iż nie ma już odwrotu. Pisząc wiadomość, kilkukrotnie kasowała treść. „Proszę sprawdzić: od 1-go dnia miesiąca zamykają przyjęcia na Kościuszki, część świadczeń przenoszą do urzędu miasta i na stronę internetową. Warto, by mieszkańcy złożyli wnioski wcześniej. Źródło anonimowe, dokument projektowy, ale data już jest podana.” Załączyła zdjęcie, jeszcze raz sprawdziła, obcięła kadrowanie tak, by nie było pieczątek. Wyłączyła w telefonie dźwięk, jakby to mogło ją ukryć. Wysłała wiadomość i od razu skasowała korespondencję, potem usunęła zdjęcie z telefonu i z kosza. Ruchy były niemal automatyczne, jak w pracy – tylko teraz służyły już nie porządkowi, ale obronie siebie samej. Kartkę podarła na małe kawałki i wyrzuciła do wspólnego pojemnika na klatce, by w gabinecie nic nie zostało. Po powrocie do domu umyła ręce, mimo iż nie było na nich brudu. Następnego dnia na dzielnicowych czatach wrzało: „zamykają oddział”, ktoś wrzucił zdjęcie ogłoszenia, którego jeszcze nie było oficjalnie. W urzędzie atmosfera gęstniała. Koledzy szeptali, szef chodził od drzwi do drzwi, prawniczka zbierała wyjaśnienia „o nieprzekazywaniu informacji”. Ona obsługiwała interesantów, jednocześnie czekając, aż ją wezwą. Ludzie rzeczywiście przyszli. Kolejka wydłużyła się, była nerwowa, ktoś przyszedł nie po to, żeby narzekać, a żeby zdążyć. Mężczyzna przyszedł z matką z sąsiedztwa – pomógł jej się zalogować, ale na wszelki wypadek chciał złożyć papierowy wniosek. Kobieta z dzieckiem poprosiła o wydruk listy dokumentów, bo „pisali na czacie, iż potem nie zdążymy”. Z zadbanej wsi zadzwoniła kobieta, pytała, czy może złożyć dokumenty wcześniej. Powiedziała „tak” z ulgą łamiącym się głosem. Wieczorem szef ją wezwał. Na biurku miał wydrukowany zrzut ekranu z czatu. Te same sformułowania, co w projekcie. — Wiesz, co to oznacza? — rzucił. — Wiem — odpowiedziała, spokojnym tonem. — To wyciek informacji. W urzędzie wojewódzkim już dopytują, prawnik domaga się postępowania służbowego. Byłaś na naradzie, masz dostęp do maila. Pracujesz tu długo. Nie chcę robić z ciebie kozła ofiarnego — mówił bardziej ze zmęczeniem niż z groźbą. — Ale muszę wiedzieć, czy mogę na tobie polegać. Poczuła, iż wszystko w niej ściska się od środka. „Polegać” – tutaj znaczyło „milczeć”. Mogła skłamać, iż nie wie nic. Wtedy pewnie zostawiliby ją w spokoju. Tylko wtedy — zostałaby w systemie, który opiera się na takich właśnie przemilczeniach. — Nie rozpowszechniałam dokumentu — wybrała starannie słowa. — Ale uważam, iż ludzie powinni wiedzieć wcześniej. I skoro się dowiedzieli, to chyba tak musiało być. Szef długo milczał. W końcu powiedział: — Rozumiesz, co właśnie mówisz? — Rozumiem. Oparł się na oparciu fotela. — Dobrze. Nie będę robił z tego sprawy. Ale awansu nie będzie. Przeniosę cię do archiwum, bez dostępu do wypłat i obsługi świadczeń. Oficjalnie – restrukturyzacja zadań. Faktycznie – by nie kusiło. Akceptujesz? Usłyszała w tym nie łaskę i nie gniew, ale próbę ratowania twarzy wszystkim. Archiwum to mniej ludzi, mniej sensu, mniej ryzyka. Zarobki niższe, premii niemal nie ma. Kredyt nie zniknie. — jeżeli się nie zgodzę? — Wtedy komisja, wyjaśnienia, dyscyplinarne postępowanie. Wiesz, jak to wygląda. I będę musiał to podpisać. Wyszła z papierem o przeniesieniu, wymagającym podpisu dziś. Koledzy udawali, iż czegoś szukają, ale czuła ich spojrzenia. Nikt się nie odezwał. W takich miejscach nie boi się złego szefa, tylko tego, iż stanie się dla wszystkich kłopotem. W domu długo siedziała w kuchni w ciszy. Syn zerknął, zapytał, co się stało. Opowiedziała skrótowo o przeniesieniu, o pieniądzach. Słuchał w milczeniu. — Zawsze mówiłaś, iż najważniejsze to nie wstydzić się siebie — odezwał się. Uśmiechnęła się smutno – ta fraza brzmiała zbyt podniośle dla ich kuchni, a jednak była prawdziwa. — Najważniejsze, żebyśmy mieli za co żyć — odparła. — I żebym mogła ludziom patrzeć w oczy. Następnego dnia podpisała papier. Ręka zadrżała, ale kreska wyszła równa. W archiwum pachniało kurzem i papierem, stały regały i teczki. Dostała klucze i listę zadań: segregacja, zszywanie, sprawdzanie. Praca była cicha, prawie niewidoczna. Tydzień później na Kościuszki wywiesili wreszcie oficjalne ogłoszenie. Ludzie i tak narzekali – tak już jest – ale część zdążyła wcześniej złożyć wnioski. Dowiedziała się o tym od dawnej koleżanki, która, nie patrząc jej w oczy, mruknęła na korytarzu: — Wiesz… niektórzy jednak zdążyli. Ci z czatów. I parę babć z wnukami. Może to nie było na darmo. Kiwnęła głową i poszła dalej z teczką pod pachą. W środku czuła jednocześnie pustkę i ciężar. Nie stała się bohaterką, nie rozwaliła systemu, nie pomogła wszystkim. Po prostu zrobiła to jedno i teraz płaciła za to swoją cenę. Wieczorem zajrzała do mamy, przywiozła leków i zakupy. Mama długo jej się przyglądała. — Ty cała jesteś jakby bardziej zmęczona. — Tak — odparła — ale wiem, po co. Położyła torby na stole, zdjęła płaszcz i poszła umyć ręce. Woda była ciepła – jedyne, nad czym miała w tej chwili pełną kontrolę. Za oknem miasto żyło dalej. Do następnej daty wdrożenia w czyimś excelu zostało już ledwie kilka tygodni.

newsempire24.com 12 godzin temu

Do daty wdrożenia

W pokoju na trzecim piętrze zamknąłem teczkę z korespondencją i przybiłem pieczątkę na ostatnim wniosku, starając się nie rozmazać tuszu. Na biurku leżały starannie uporządkowane stosy: świadczenia, przeliczenia, skargi. W korytarzu już zbierała się kolejka po głosach rozpoznawałem tych ludzi, których widuję co tydzień. Lubiłem w tej pracy to, iż jej efekty są namacalne: papier zmienia się w przelew, zaświadczenie w bilet ulgi, podpis w szansę, żeby nie wybierać między wykupem leków a rachunkiem za prąd.

Spojrzałem na zegar. Do obiadu zostało czterdzieści minut, a jeszcze musiałem zweryfikować rejestr za zeszły tydzień i odpowiedzieć na dwa pisma z województwa. W środku czułem zmęczenie zawsze obecny ciężar na barkach. Przywykłem do tego, uczyniłem z porządku swoją tarczę przed rozsypką.

Wszystko w moim życiu trzymały liczby. Kredyt hipoteczny za M3 na peryferiach, gdzie mieszkaliśmy z synem po rozwodzie, i regularne opłaty za jego naukę na uniwersytecie. Do tego mama po udarze leki i opiekunka na kilka godzin dziennie. Nie narzekałem, po prostu liczyłem. Każdy miesiąc był jak raport: dochody, wydatki, ile można odłożyć, a czego się nie da.

Gdy sekretarka zawołała na naradę, chwyciłem notes i długopis, wyłączyłem monitor i zamknąłem gabinet na klucz. W sali konferencyjnej już siedziała kierowniczka działu, dwóch zastępców i prawniczka. Na stole dzbanek z wodą i plastikowe kubeczki. Kierowniczka mówiła spokojnie, bez emocji, jakby czytała sprawozdanie.

Szanowni, w związku z rekomendacjami z góry od nowego kwartału wdrażamy plan optymalizacji. Dla efektywności obsługi i podziału zadań od pierwszego przechodzimy na nowy model. Część funkcji przejmie centralny punkt. Nasza placówka na ul. Zielonej zostaje zamknięta, przyjmowanie wniosków ulgowych przechodzi do Centrum Obsługi Mieszkańców i portalu. Wypłaty zmiany zasad, pewne kategorie będą weryfikowane na nowo.

Notowałem, dopóki słowa nie zaczęły zatrzymywać się gdzieś głębiej. Zamknięcie placówki na Zielonej to nie był abstrakcyjny adres. Tam przychodzili mieszkańcy z obrzeży miasta i pobliskich wsi, starsi ludzie, którzy do centrum mieli dwa autobusy. Zmiany zasad zawsze oznaczały, iż ktoś straci.

Prawniczka dodała:

Ta informacja jest wewnętrzna. Przed oficjalnym ogłoszeniem żadnych własnych inicjatyw. Każdy wyciek traktujemy jako naruszenie procedur. Wszyscy podpisaliście zobowiązanie.

Kierowniczka zatrzymała na mnie wzrok nieco dłużej i dodała:

Będą decyzje kadrowe. Ci, którzy udźwigną zmiany i wykażą się dyscypliną, mogą liczyć na awans. Swoich nie zostawiamy.

To zdanie spadło ciężko na stół. Przełknąłem ślinę. Awans znaczyłby podwyżkę, a to mniej strachu przed bankiem i apteką. Ale zamknięcie i zmiana zasad brzmiały głośniej.

Po naradzie wróciłem do gabinetu, otworzyłem pocztę wewnętrzną. Już czekał mail Projekt zarządzenia. Nie udostępniać. W załączniku tabela: daty, listy, komentarze. Przewinąłem do dołu: Od 1-go zamknięcie przyjmowania przy ul. Zielonej… i lista kategorii świadczeń, które podlegały nowemu trybowi. W jednym punkcie: W przypadku braku wniosku elektronicznego wypłata zostaje zawieszona do czasu złożenia dokumentów. Wiedziałem, iż zawieszona dla wielu będzie znaczyło przepada na miesiąc lub dwa, bo nie zdążą, nie umieją się zapisać, nie pojmą co trzeba.

Wydrukowałem tylko jedną stronę z datą wdrożenia i ogólnymi zasadami i od razu schowałem ją do teczki służbowe. Drukarka zostawiła na podajniku ciepły papier. Zamknąłem pokrywę, jakby mogło to ukryć sens.

Tuż przed obiadem kolejka pod drzwiami gęstniała. Przyjmowałem sprawnie, ale z uwagą i łapałem się na tym, iż na każdego patrzę jak na kogoś, kto może coś zaraz stracić. Emerytka z drżącymi rękoma, przynosząca zaświadczenie o rencie syna. Facet w roboczej kurtce, załatwiający zwrot kosztów dojazdu na leczenie. Kobieta z dzieckiem, domagająca się przeliczenia, bo mąż odszedł i nie płaci alimentów.

Znałem ich twarze i historie w urzędzie gminy ludzie nie znikają. Wracają z nowymi papierami, z tymi samymi zmartwieniami. A mnie teraz kazano milczeć, gdy system po cichu przekłada tabliczki na drzwiach.

Zostałem po godzinach. Wokół cichło, tylko gdzieś na dole trzaskały drzwi ochrony. Znów przejrzałem tabelę, już nie z ciekawości, a z pytaniem czy jest jakakolwiek możliwość złagodzenia ciosu. Może przewidziano dyżury wyjazdowe? Może będzie okres przejściowy? Może uda się przygotować instrukcje?

Znalazłem tylko: Informowanie mieszkańców przez oficjalną stronę i ogłoszenia w Centrum. I tyle. Bez dzwonienia, listów, bez spotkań z radami osiedli. Zimna prostota tego rozwiązania była wręcz okrutna.

Następnego dnia poszedłem do kierowniczki nie z pretensjami, a z pytaniami. Tak miałem w zwyczaju.

Mam pytanie o wdrożenie położyłem notes na brzegu stołu, nie otwierając go. Na Zielonej prawie nikt z petentów nie ma telefona ani internetu. jeżeli nie złożą elektronicznie, wypłata im przepadnie. Może chociaż przez miesiąc przyjmować zarówno tu, jak i w centrum? Albo wyznaczyć dyżur w okolicy?

Otarła czoło.

Rozumiem. Ale to nie nasza decyzja. Musimy ciąć wydatki, zwiększyć udział zgłoszeń elektronicznych. Dwa okienka nie przejdą. Wyjazdy to koszty, rozliczenia, raporty. Budżetu brak.

To może chociaż uprzedzić wcześniej Przecież wiemy, kto przychodzi.

Spojrzała na mnie.

Uprzedzimy oficjalnie, gdy będzie zarządzenie i komunikat. Wcześniej nie. Wiesz, co będzie: nerwy, skargi, telefony na województwo. A mamy jeszcze zamykać kwartał.

Poczułem wściekłość nie tylko na nią. Ona też żyła tymi liczbami, tylko na innym poziomie.

Jak im zabiorą wypłatę, przyjdą tutaj. I do nas.

Przyjdą. Wyjaśnimy. Instrukcje będą. Poradzisz sobie, jesteś twardy.

Wyszedłem z gabinetu z wrażeniem, iż grzecznie ustawiono mnie na adekwatnym miejscu. W korytarzu koledzy rozmawiali o urlopach i złośliwie o tym, iż znowu coś mieszają. Nic im nie powiedziałem nie dlatego, iż się zgadzałem, tylko nie wiedziałem, jak to powiedzieć, nie robiąc z siebie sprawcy nieszczęścia.

W domu podgrzałem zupę, którą ugotowałem na dwa dni, i nakryłem do stołu. Syn przyszedł późno, zmęczony, słuchawki na szyi.

Tata, praktyki nam przenoszą. Może do innego działu wrzucą. Jak nie wezmą, będę musiał coś sam szukać.

Kiwnąłem głową, kryjąc niepokój. Jemu i tak było ciężko. Uczył się, dorabiał, a i tak czasem patrzył na mnie tak, jakbym miał być murem.

Gdy poszedł do pokoju, zadzwoniłem do opiekunki mamy, dogadałem godzinę na następny dzień, potem zadzwoniłem do mamy. Mówiła powoli, ale próbowała brzmieć pogodnie.

Nie zapominaj o sobie powiedziała. Wszystko dźwigasz.

Zamiast w porządku powiedziałem bez namysłu:

Mamo, gdybyś dowiedziała się, iż aptekę pod domem zamykają i leki będą tylko w centrum, wolałabyś wiedzieć wcześniej?

Oczywiście! zdziwiła się. Kazałabym ci kupić na zapas, albo poprosić sąsiadkę. Dlaczego pytasz?

Nie odpowiedziałem. To nie chodziło o aptekę.

W nocy leżałem i myślałem: Tajemnica służbowa w naszym wydaniu służy nie bezpieczeństwu, tylko sterowalności. Ma zaskoczyć ludzi, żeby nie zdążyli się zorganizować i zadawać trudnych pytań. Żeby pracownicy też nie zaczęli się wahać.

Trzeciego dnia przyszedł do mnie kobieta z sąsiedniej wsi, załatwiała zasiłek opiekuńczy. Teczka z dokumentami trzymana jak ostatnia deska ratunku.

Mówili mi, iż potrzebne jest nowe potwierdzenie powiedziała cicho. Wszystko przyniosłam. Niech pan sprawdzi, żeby nie była odmowa. Mąż leży, nie pracuję.

Przeglądałem papiery, dźwięczała mi w głowie data wdrożenia. To była jedna z wielu, które nie złożą papierów elektronicznie nie dlatego, iż nie chcą, tylko iż nie umieją albo nie mają siły.

Ma Pani telefon? Internet?

Telefon zwykły, internet tylko u sąsiadów, rzadko korzystam.

Kiwnąłem głową i powiedziałem zgodnie z zasadami:

Załatwię wniosek po obecnych zasadach. I proszę, tu kartka z adresem Centrum i godzinami. Jak coś się zmieni, niech Pani przyjdzie od razu.

Dziękowała jak za coś więcej niż załatwienie formalności. Gdy wyszła, poczułem, iż moje przyjdźcie od razu to ironia. Bo “od razu” będzie znaczyło “za późno”.

Tego samego dnia na czacie działu pojawiła się wiadomość od prawniczki: Przypomnienie o zakazie rozpowszechniania projektów decyzji. W razie wykrycia konsekwencje, łącznie ze zwolnieniem. Koledzy dali emotki, ktoś napisał zrozumiano. Patrzyłem na ekran i czułem, iż lęk staje się decyzją.

Wieczorem miałem już w ręku listę adresów przypisanych do centralnego punktu i wykaz świadczeń, które się zmieniały. Nie powinienem tego drukować, ale wydrukowałem jeden egzemplarz, by porównać ze sprawami na biurku. Kartka leżała wyraźnie biała, rażąca.

Okno szansy trwało dzień, dwa. Do oficjalnego zarządzenia zostało jeszcze dwa dni, ale data wdrożenia już była pewna. jeżeli ludzie dowiedzą się teraz, zdążą złożyć papiery według starych zasad, przynieść zaświadczenia, poprosić kogoś z rodziny o pomoc przez portal. jeżeli później zostaną przed zamkniętymi drzwiami i będą się kłócić z ochroną.

Rozważałem opcje. Powiedzieć kolegom? Zaraz wyjdzie na jaw, a winny będę ja. Napisać na lokalnym forum? gwałtownie znajdą źródło. Dzwonić do pojedynczych osób? To złamanie tajemnicy i nie mam przecież wszystkich numerów.

Została tylko jedna droga: anonimowo przekazać informację tym, którzy wiedzą jak ją rozsądnie rozpuścić. W dzielnicy działała Rada Seniorów, aktywne lokalne grupy i była dziennikarka z gazety miejskiej, która czasem pisała o sprawach społecznych. Znałem ją z wcześniejszych spraw.

Zrobiłem zdjęcie kartki, ale tylko tej części, gdzie była data i adres zamykanej placówki. Bez nazwisk, numerów, wewnętrznych sygnatur. Otworzyłem komunikator, znalazłem kontakt do dziennikarki. Palce drżały, nie z ekscytacji, tylko ze świadomości nieodwracalności.

Wiadomość pisałem długo skreślając słowa.

Proszę sprawdzić: od 1-go zamykają Zieloną, świadczenia przechodzą do Centrum i na portal. Warto, by ludzie złożyli wnioski wcześniej. Można publikować bez źródła. Dokument projekt, ale data już pewna.

Załączyłem wycięte zdjęcie bez oznaczeń.

Przed wysłaniem wyciszyłem dźwięk w telefonie jakby to miało mnie ukryć. Wysłałem, od razu usunąłem rozmowę. Potem zdjęcie z galerii i śmieci. Działałem mechanicznie, jak w pracy, tylko tym razem nie dla porządku, ale żeby sam siebie ochronić.

Kartkę drasnęłem na drobne kawałeczki i wyrzuciłem do wspólnego kubła na klatce. Wróciwszy, umyłem ręce choć nie było na nich brudu.

Następnego dnia w lokalnych grupach już huczało, iż zamykają Zieloną, ktoś wrzucił zdjęcie ogłoszenia, którego jeszcze nie było. W urzędzie zrobiło się nerwowo. Koledzy szeptali, kierowniczka chodziła po pokojach, prawniczka zbierała oświadczenia o nieudziale w rozpowszechnianiu. Siedziałem przy komputerze, przyjmując ludzi i czekając, iż zaraz mnie wezwą.

I rzeczywiście kolejka zrobiła się dłuższa, rozdrażniona, ale niektórzy przyszli nie dla kłótni, tylko żeby zdążyć. Facet z sąsiedniego bloku przyprowadził matkę, mówił iż zarejestrował ją na portalu, ale woli złożyć papier. Kobieta z dzieckiem prosiła o listę wymaganych dokumentów, bo na forum pisali, iż potem nie przyjmą. Kobieta z wsi zadzwoniła czy mogę już złożyć papiery?. Odpowiedziałem tak, głos mi zadrżał z ulgi.

Wieczorem kierowniczka wezwała mnie do siebie. Na stole leżał wydruk z komunikatora, te same sformułowania co w projekcie.

Pan wie co to znaczy? spytała.

Spojrzałem na kartkę i odpowiedziałem spokojnie:

Wiem.

To wyciek. Województwo już pyta. Prawniczka żąda kontroli. Był pan na spotkaniu, miał pan dostęp do maila. Pracuje pan tu długo. Nie chcę robić z tego pokazówki mówiła cicho, bardziej zmęczona niż groźna. Ale muszę wiedzieć, czy mogę na panu polegać.

Poczułem, jak ściska mnie w środku. Bycie oparciem znaczyło dla niej milczenie. Mogłem skłamać iż nic nie wiem. Może by mnie nie ruszyli. Ale wtedy zostałbym w systemie, który stoi na takich drobnych przemilczeniach.

Nie upowszechniłem dokumentów dobierałem słowa. Ale uważam, iż ludzie musieli wiedzieć wcześniej. jeżeli się dowiedzieli, to znaczy, iż tak musiało być.

Zamilkła na długo. Potem stwierdziła:

Pan rozumie, co pan mówi?

Tak.

Odsunęła się na krześle.

Dobrze. Tyle iż nie zrobię z tego pokazowej sprawy. Ale awans odpada. Przenoszę pana do archiwum. Bez dostępu do świadczeń i petentów. Oficjalnie podział obowiązków. W praktyce żeby nie kusiło. Zgadza się pan?

Nie słyszałem w tym ani łaski, ani kary, raczej próbę zachowania twarzy wszystkim. Archiwum oznaczało mniej kontaktu, mniej sensu, ale i mniej ryzyka. Pensja niższa, premii prawie nie było. Kredyt nie zniknie przez to.

A jak się nie zgodzę?

Komisja, wyjaśnienia, dyscyplinarka. Wie pan jak to wygląda. I musiałbym to podpisać.

Wyszedłem z gabinetu z kartką o przeniesieniu do podpisu do końca dnia. Koledzy w korytarzu udawali zajętych, czułem jednak ich wzrok. Nikt się nie odezwał. W takich miejscach boimy się nie szefa, tylko tego, iż tuż obok może się zrobić niebezpiecznie.

Wieczorem długo siedziałem w kuchni przy zgaszonym telewizorze. Syn wyszedł, spojrzał na mnie i spytał:

Co się stało?

Opowiedziałem krótko, nie wdając się w szczegóły. O przeniesieniu, o pieniądzach. Słuchał w milczeniu, potem powiedział:

Zawsze mówiłeś, iż najważniejsze to nie wstydzić się siebie.

Uśmiechnąłem się, bo to zdanie zabrzmiało zbyt mądrze jak na naszą kuchnię, ale przez to nie mniej trafnie.

Najważniejsze, żebyśmy mieli za co żyć powiedziałem. I żebym mógł ludziom patrzeć w oczy.

Następnego dnia podpisałem dokument. Drżała mi ręka, ale kreska wyszła prosta. W archiwum pachniało papierem i kurzem; półki, pudła, ewidencje. Dostałem klucze i listę zadań do rozdziału, uzupełnienia, kontroli. Praca cicha, prawie niewidzialna.

Tydzień później na Zielonej zawisło oficjalne ogłoszenie. Ludzie i tak się złościli, bo taka jest natura rzeczy, ale część zdążyła zgłosić się na czas. Usłyszałem o tym od byłej koleżanki, która, nie patrząc mi w oczy, mruknęła w korytarzu:

Wiesz część zdążyła. Ci z czatów, i babcie z wnukami też przyszły. Może jednak dobrze zrobiłeś.

Kiwnąłem głową i poszedłem dalej, trzymając teczkę z aktami. W środku czułem pustkę i ciężar naraz. Nie byłem bohaterem, nie uratowałem wszystkich, nie zburzyłem systemu. Zrobiłem tylko to jedno, co mogłem i teraz za to płaciłem.

Wieczorem odwiedziłem mamę, przywiozłem zakupy i leki. Mama patrzyła na mnie długo i powiedziała:

Wyglądasz na bardziej zmęczonego.

Tak odpowiedziałem. Ale przynajmniej wiem, po co.

Odłożyłem zakupy, zdjąłem płaszcz i poszedłem umyć ręce. Woda była ciepła jedyne, nad czym miałem pełną władzę w tamtym momencie. Za oknem miasto żyło dalej, a do kolejnej daty wdrożenia w czyjejś tabeli zostało już mniej niż miesiąc.

Idź do oryginalnego materiału