Znów zmywałem naczynia. Trzeci dzień stoją w zlewie. choćby czystej filiżanki już brak. Czekałem, czekałem Co robić? Przychodzę z pracy głodny, zły, zmęczony. I trzeba najpierw wszystko pozmywać, bo nie ma na czym choćby zjeść.
A przecież i tak nie ma co jeść. Włączyłem czajnik i postawiłem garnek z wodą na kuchence. Chyba ugotuję parówki. Albo po prostu je ugotuję. Jestem naprawdę głodny. Nigdy nie przypuszczałem, iż będę cierpiał w taki sposób A taki krupnik od Małgorzaty był! Ach, gdybym teraz miał taką zupę
A te pierogi! I ciasta francuskie z różnymi nadzieniami. I żeberka, specjalność domu. No i ten porządek, ta czystość! Wrócić po pracy, a wszystko lśni. Zapach świeżości unosi się wszędzie. A teraz
Czemu tego nie doceniłem? Wydawało mi się, iż Małgorzata zajmuje się tylko praniem i gotowaniem
Spotkałem kiedyś Sylwię. Piękna, w krótkiej spódnicy, na wysokich obcasach. Wychodziła właśnie z salonu kosmetycznego. Zadbaną, jedyną w swoim rodzaju. Wydawało mi się wtedy
Nie chodziła do salonów, nie wydawała złotówki na włosy, nie lubiła farbować. Do sklepów modowych też nie zaglądała. Chociaż była szczupła i ładna. Po prostu nie przepadała za tymi kobiecymi sprawami. Zawsze jeansy i trampki. Wybiegała do sklepu albo latała po domu.
Kocham inną! powiedziałem Małgorzacie, gdy wróciłem do domu. Odchodzę do niej! Nie chcę cię oszukiwać.
Małgorzata ubijała właśnie śmietanę do tortu. choćby się nie odwróciła. Nie zauważyłem choćby łez, które cicho spływały jej po policzkach
Zmęczyłem się widząc obok siebie nie kobietę, a gospodynię domową. Chyba dlatego tak zaangażowałem się w Sylwię. I teraz zmywam naczynia, podłogi, robię porządki. Gotować jeszcze dobrze nie umiem, a nocami śnią mi się pierogi Małgorzaty
Sylwia ma teraz nowy manicure, więc nie może zmywać. Siedzi na kanapie, przewraca magazyn, chodzi do salonu zrobić fryzurę. Wokół kilka sukienek leży na podłodze, a o jej buty już się potknąłem dwa razy. Nie wie, co założyć do salonu. A szklanka przy drzwiach wczoraj nie przyniosła, tak więc stoi.
Czemu zamieniłem żonę na tak leniwą dziewczynę? Do śmierci niedaleko. Może jeszcze makaron sobie zrobię? Taki jestem głodnyPopatrzyłem bezmyślnie przez okno na ciemne miasto. Cichy szelest naczyń, stuk garnka, parówki bulgoczące w wodzie. Sylwia roześmiała się przez telefon, rozciągnęła się leniwie. A ja poczułem, iż jestem tak bardzo sam. W tej pustce, w tej tęsknocie choćby za zwyczajną rozmową, za odgłosem ubijania śmietany, za śmiechem Małgorzaty, kiedy zmywałem naczynia we dwoje.
Nagle zawstydziłem się własnej decyzji tak podkreślonej fryzurami, kolorami paznokci, blichtrem obcych domów. Mój dom, ten prawdziwy, został gdzieś daleko i buntował się w mojej pamięci.
Wyłączyłem kuchenkę. Zamiast parówki, zrobiłem sobie herbatę. Zastanawiałem się, czy zjeść makaron, czy po prostu zapukać do drzwi Małgorzaty. Może znowu poczuć ten dom, w którym wszystko było na swoim miejscu, a zupa pachniała czułością.
Może jutro. Może dziś.
Wziąłem czystą filiżankę i spojrzałem na nią jak na skarb. Zdecydowałem czas wrócić tam, gdzie zapach pierogów znaczy więcej niż nowy manicure.








