– Dlaczego uważasz, iż masz prawo rozporządzać moim majątkiem i stawiać mnie w takiej sytuacji? – głos Olgi brzmiał jak dzwony w pustym kościele.
Andrzej stał z pochyloną głową.
Właśnie odłożył telefon po rozmowie z matką.
Ola stała w progu, twarz napięta jak przed bitwą.
Andrzej podniósł ręce w geście pojednania.
– Kochanie, posłuchaj. Mama jedzie do miasta w sprawach urzędowych.
– I co z tego? – zapytała Ola.
– Nie chce spać w hotelu. Zamieszka u nas kilka dni, najwyżej tydzień.
Ola oparła się o framugę, krzyżując ręce.
Jej oczy lśniły jak szkło.
– Mogłaś mnie uprzedzić wcześniej. Zamiast informować godzinę przed przyjazdem.
– Wiem, iż to nie w porządku – wymamrotał Andrzej. – Ale już obiecałem.
– Nie lubię, gdy w moim domu goście zostają jak poduszki na kanapie.
– Przepraszam. To się nie powtórzy.
Ola spojrzała w jego błagające oczy.
Wiedziała, iż nie ma już wyboru.
– Dobrze. Jeden raz. I ostatni.
Dwie godziny później rozległo się stukanie w drzwi.
Róża Kowalska stała w progu z małą walizką, rozpromieniona jak lampka choinkowa.
– Dziękuję, kochanie – wyciągnęła ręce do przytulenia. – Muszę zrobić badania. Starość to nie jest wesoła sprawa.
Ola przytuliła teściową, czując zapach tanich perfum.
– Wejdźcie, rozgośćcie się. Kolacja za pół godziny.
Przy stole Róża zaczęła swoją opowieść.
– Życie na wsi jest ciężkie, córeczko. Karetka jedzie godzinę, a lekarz jeden na całą okolicę.
– W mieście jest wygodniej – przyznała Ola.
– A gdzie mieszkają twoi rodzice? – zapytała nagle Róża.
– W dwupokojowym mieszkaniu. Osobno.
– Dlaczego osobno?
– Wyprowadziłam się, gdy zaczęłam pracować. Chciałam niezależności.
– Brawo, jesteś taka samodzielna! – wykrzyknęła Róża z przesadnym entuzjazmem.
Ton miał w sobie ukryty haczyk, ale Ola postanowiła to zignorować.
Tydzień ciągnął się jak sen.
Róża „pomagała” – myła naczynia, zostawiając plamy, przestawiała jedzenie, prała delikatne rzeczy w gorącej wodzie.
Każdy wieczór wymagał naprawy.
– Wiesz, kiedy twoja mama wyjedzie? – szepnęła Ola do męża.
– Jutro, chyba. Badania powinny być gotowe.
Siódmego dnia Róża ogłosiła uroczyście:
– Doktor zlecił jeszcze dwa badania. Zostanę dłużej, na kilka tygodni.
Ola zakrztusiła się kawą.
– Różo, może wynajmiemy ci mieszkanie? Zapłacimy wszystko.
Twarz teściowej zmieniła się w jednej chwili.
– Co to za pomysł? Wypędzacie mnie!
– Nikt cię nie wypędza. Ale nie przywykłam do obcych w moim domu.
– Nie jestem obca! – wykrzyknęła Róża.
– Ola – wtrącił się Andrzej. – To moja matka. Mamy wolny pokój.
Ola wstała od stołu.
– To moje mieszkanie. Tydzień to jedno, miesiąc to inna bajka.
– Jaka jesteś egoistyczna! – Róża rozłożyła ręce. – Synu, widzisz, kogo poślubiłeś?
Andrzej zaczerwienił się, rozdarty między żoną i matką.
– Ola, proszę…
– Nie – odcięła Ola. – jeżeli coś ci nie pasuje, wyjdź na drugą stronę.
Rozeszli się bez słowa.
Ola czuła gniew palący ją od wewnątrz.
Jak mógł stanąć po stronie matki?
Następnego dnia wróciła wcześniej z pracy.
Róża siedziała w salonie jak zwyciężczyni.
– No i co, przemyślałaś swoje zachowanie?
Ola powiesiła płaszcz, licząc w myślach do dziesięciu.
– Dobra synowa już by przeprosiła – ciągnęła Róża. – Myślałam o przeprowadzce. Sprzedam dom, zamieszkam z wami. Potrzebuję opieki.
Ola stanęła jak przybita.
Wszystko ułożyło się w jednej chwili – badania, zwłoka, to był test.
– Chcesz się tu wprowadzić na stałe? – wyszeptała.
– A co w tym złego? Rodzina powinna żyć razem.
– Wyjaśnię ostateczną pozycję – Ola rozpostarła ramiona. – Nie zamieszkam z nikim oprócz męża. jeżeli Andrzej tego nie akceptuje, niech odejdzie z tobą.
– Co ty mówisz? – zadrżał Andrzej. – To moja matka!
– To moje mieszkanie i moje życie. Wybieraj.
– Ach ty! – Róża chwyciła się za serce. – Andrzeju, wyrzuca mnie na ulicę!
– Nic takiego. Proponowałam wynajęcie mieszkania.
Andrzej patrzył na obie kobiety, milcząc.
Czas płynął, a odpowiedzi wciąż nie było.
Ola czekała.
Nie zamierzała ustąpić.
Dom miał być jej domem, nie polem walki.
A wybór musiał należeć do niego.
















