— Dlaczego się na mnie drzesz?! — oburzył się mężczyzna. — Lecę, dokarmiam twoją żonę, a ty na mnie podnosisz głos?! Co to w ogóle ma być?! Kłócili się tak przez pół godziny, aż ptak ochrypł, a mężczyzna się zmęczył…

polregion.pl 21 godzin temu

Dziennik: Piątek, 18 marca

Dlaczego na mnie krzyczysz?! zirytowałem się, patrząc na ptaka. Leczę i karmię twoją żonę, a ty podnosisz na mnie głos?! Co to za zwyczaje?! Kłóciliśmy się z woronem dobre pół godziny, aż ptak ochrypł, a mnie sił zabrakło

Wracam dzisiaj rano z pierwszej zmiany w fabryce. Przede mną weekend, co samo w sobie poprawia humor. ale nie tylko o odpoczynek chodzi. W sobotni wieczór czeka mnie wyczekane spotkanie z kobietą, którą poznałem przez internet.

Pisaliśmy do siebie przez miesiąc: dzieliliśmy się nowinkami z pracy, rozmawialiśmy o hobby, o planach, o codzienności. Jak to w takich sytuacjach bywa. W końcu umówiliśmy się na randkę pozostało tylko zadzwonić do przytulnej restauracji na Żoliborzu, zarezerwować stolik i wybrać odpowiedni strój.

Zamyślony, niemal dotarłem pod swój blok szary wieżowiec na Pradze, mieszkanie na czwartym piętrze, jak zawsze. Do klatki schodowej zostało może jeszcze pięćdziesiąt metrów. Wydawało się, iż jeden krok może zupełnie zmienić bieg mojej codzienności, ale

No właśnie, ale

Tuż przed wejściem, z drzewa, na które nigdy nie zwracałem szczególnej uwagi, wprost pod moje nogi spadła wrona. Ptak rozpaczliwie szamotał się, głośno krakał, a na gałęziach nad moją głową miotało się stado kraczących pobratymców. Ten jazgot przypominał prawdziwy kataklizm.

Tylko tego brakowało mruknąłem.

Wrona próbowała się podnieść, ale natychmiast opadała z powrotem na bruk. Dopiero teraz zauważyłem wyraźnie złamaną prawą łapkę.

I co ja mam z tobą zrobić? westchnąłem na głos.

Nie potrafiłem po prostu odejść. Zdjąłem kurtkę, ostrożnie nakryłem nią ptaka, by nie uciekł, podniosłem i ruszyłem do windy. Za mną rozlegały się przejmujące, pełne rozpaczy krzyki stada.

W domu delikatnie położyłem ranioną wronę na stole i próbowałem obejrzeć łapkę. W odpowiedzi natychmiast wbiła mi dziób w palec.

Kurcze, no! zakląłem i z trudem powstrzymując się od przekleństw, owinąłem jej dziób kawałkiem nabłyszczanej szmatki.

Nie pomogły telefony do warszawskich weterynarzy żaden nie zajmował się zwykłymi wronami. Wśród znajomych też zero ratunku. No nic, przecież jestem mechanikiem, coś wymyślę.

Najpierw przygotowałem dla ptaka niewysokie kartonowe pudełko, wysłałem je ręcznikiem i położyłem przy kaloryferze. Od razu nadałem jej imię Jagoda.

Przez dwie godziny dłubałem przy konstrukcji szyny: z cienkiego noża do tapet, dwóch patyczków do lodów i izolacyjnej taśmy wykonałem prowizoryczne usztywnienie. Gdy skończyłem, odwiązałem dziób.

Jagoda z miejsca próbowała dziobać mnie ponownie.

No już, spokojnie powiedziałem. Chcę tylko pomóc. Przecież musisz jeszcze zjeść i napić się, a nie tylko się kłócić

Zalecenia z internetu były jednoznaczne ruszyłem do sklepu wędkarskiego, gdzie kupiłem białe robaki i dżdżownice, oraz do apteki po pincetę i strzykawkę. Po powrocie rozpocząłem karmienie nie obyło się bez walki. Otwierałem jej dziób i jak najdelikatnej starałem się nakarmić, a wodę podawałem strzykawką. Wrona kłóciła się, prychała i próbowała ciągle uciekać. Ja też przeklinałem pod nosem, ale nie poddawałem się.

Ostatecznie, oboje byliśmy wykończeni. Jagoda, najedzona i napiła się wody, wyczerpana bólem i szamotaniną, w końcu usnęła. Ja zresztą zaraz potem też padłem.

Rano wszystko zaczęło się od nowa: karmienie, krakanie i nasza wzajemna upartość. I wtedy zauważyłem: na zewnętrznym parapecie pojawił się ogromny kruk prawdopodobnie samiec który uważnie obserwował wnętrze kuchni.

Nie do końca rozumiem, dlaczego, ale otworzyłem okno.

Ty chyba jesteś mężem Jagody? Wejdź, zobacz sam. Ja chcę jej pomóc, nic więcej.

Kruk przekręcił głowę, spojrzał na mnie prawym okiem i się przybliżył, rzucając spojrzenie na leżącą w kartonie Jagodę. Zbliżył się ostrożnie.

Jagoda cicho zaszurała. Kruk odwrócił się do mnie, rozwinął skrzydła i zaczęło się: głośne, natarczywe krakanie.

Czemu na mnie krzyczysz?! nie wytrzymałem Leczę i karmię twoją żonę, a ty podnosisz głos?! Co to za obyczaje?!

I w ten sposób przez pół godziny, ja i ptak, wrzeszczeliśmy jeden na drugiego, aż ptak ochrypł, a mnie przeszła ochota na wszystko.

Po prostu przesunąłem mu dwie pudełka z dżdżownicami i białymi robakami. Bez słowa, bez tłumaczeń.

Kruk zbadał uważnie zdobycz, po czym zaczął jeść.

Aha, tak jasne mruknąłem Możesz się częstować, przecież specjalnie dla ciebie to wszystko kupiłem.

Najadł się, podszedł do Jagody i zaczął delikatnie czyścić jej pióra.

No proszę wzruszyłem się nagle. Małżeńska troska. Nie martw się, uratuję twoją Jagodę. Ale przekonaj ją, żeby nie dziobała i jadła normalnie.

W nocy kruk odleciał, rano był znowu. Stukał dziobem w szybę, czekał, aż mu otworzę, sprawdzał Jagodę i spokojnie zjadał śniadanie.

Dzień dobry uśmiechnąłem się. Wygląda na to, iż zaczynamy się rozumieć

Kiedy karmiłem Jagodę, a ona stawiała opór, jej partner przyglądał się uważnie, nie wtrącał się.

I wtedy przeszedł mnie dreszcz.

Chryste jęknąłem, łapiąc się za głowę Przecież ona czeka! Nie zadzwoniłem, nie zarezerwowałem stolika!

Chwyciłem telefon, wybrałem numer.

Przepraszam zacząłem i szczerze opowiedziałem, czemu nie zamówiłem stolika w restauracji.

Czyli wrona jest dla pana ważniejsza niż spotkanie ze mną?! przerwała mi z żalem.

Nie To nie tak To ważne, ale tylko w tym sensie, iż próbowałem się tłumaczyć.

Niech pan mieszka ze swoją wroną! rzuciła ostro i się rozłączyła.

No to po randce westchnąłem ciężko, zwracając się do kruka. Randka skończyła się, zanim zaczęła.

Wtedy duży ptak znienacka sfrunął na stół, rozłożył skrzydła, wypiął pierś i dumnie przeszedł się tam i z powrotem, jakby dawał mi do zrozumienia, iż nie czas na poddawanie się.

Sam się uśmiechnąłem:

Nie wiem, czy rozumiesz moje słowa, ale jakoś czuję wsparcie. Pewnie masz rację trzeba iść dalej.

W tej chwili rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stała sąsiadka z piątego piętra pani Iwona, zawsze uśmiechnięta w windzie.

Przepraszam, iż przeszkadzam zaczęła z lekkim speszeniem. Ale od kilku dni pod pani oknami krąży stado wron. Wszystko w porządku?

To trudno od razu wyjaśnić speszyłem się Może po prostu pani wejdzie i zobaczy sama?

Weszła i zamarła zaskoczona.

Co za cud Ratuje pan wronę?

To Jagoda poprawiłem ją.

W takim razie kruk będzie Karol zaśmiała się.

Jej śmiech był lekki jak dźwięk srebrnych dzwoneczków i poczułem, iż już dawno nic tak przyjemnego nie słyszałem. Patrzyłem na nią i uświadomiłem sobie, iż nie żałuję niedoszłej randki.

Karol rozwinął skrzydła, dumnie przeszedł po stole, a sąsiadka znowu się roześmiała.

Od tego dnia wszystko zrobiło się prostsze. Karol polubił naszą gościnię gdy tylko się pojawiała, zaczął się stroić i przysuwać. Iwona śmiała się i cicho rumieniła.

Jagoda powoli zaakceptowała, iż chcemy jej dobra, przestała się szamotać, zaczęła jeść sama. Zdrowiała szybciej. Wręczyłem Iwonie zapasowy klucz, by podczas moich dłuższych zmian opiekowała się ptakiem.

Coraz bardziej mi się podobała. W końcu postanowiłem ją zaprosić na spotkanie, gdy wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Późnym wieczorem, po popołudniowej zmianie, wracałem do domu. Dzień był wyjątkowy przez przerwę na obiedzie upolowałem w sklepie dla Iwony drobny upominek: srebrny łańcuszek z maleńkim czerwonym sercem.

Szłem i wyobrażałem sobie, jak jej to wręczam. Nagle spod latarni wyskoczyły dwie postacie.

Oddaj portfel, telefon i zegarek! zażądał jeden, wyciągając nóż.
I kurtkę ściągaj dodał drugi.

Nie zdążyłem choćby się przestraszyć, bo z góry spadła na nich czarna chmura. Rozległy się wrzaski z bólu i strachu. Stado wron zaatakowało napastników

Rzuciłem się do ucieczki, do domu wtargnąłem drżąc.

Rano na progu stała przerażona Iwona.

Boże, żyjesz! wtuliła się we mnie. Przestraszyłam się, iż to na ciebie napadli

A co się wydarzyło? zapytałem, gładząc ją po włosach.

W nocy stado wron zaatakowało dwóch przechodniów. Chyba ledwie przeżyli, leżą w ciężkim stanie w szpitalu.

Uśmiechnąłem się i nagle sobie przypomniałem:

Mam dla ciebie prezent.

Proszę, nie trzeba zawstydziła się.

Gdy pokazałem srebrny łańcuszek z serduszkiem, uśmiechnęła się promiennie i pocałowała mnie w policzek.

Jaki piękny. Dziękuję szepnęła ale wtedy no właśnie!

Karol niczym błyskawica rzucił się, porwał łańcuszek i zaniósł obok prawie wyleczonej Jagody, kładąc zdobycz przy jej łapach.

Oboje z Iwoną wybuchliśmy śmiechem.

Kupię ci nowy obiecałem.

Karol rozpostarł skrzydła, wypiął pierś i wykrakał zwycięsko: Karr! Jagoda delikatnie schowała łańcuszek w swoim pudełku.

A my z Iwoną pocałowaliśmy się na progu.

I czy to ma aż takie znaczenie? W końcu to sprawa rodzinna.

Idź do oryginalnego materiału