Mam trzydzieści jeden lat i wychowuję dwie córki: trzyletnią Anię i roczną Zosię. Nie pracuję, jestem mamą na pełen etat to mój świadomy wybór. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, naiwnie wyobrażałam sobie, iż babcie na pewno pomogą na początku. gwałtownie się jednak okazało, iż są raczej przeszkodą niż wsparciem, i iż muszę poradzić sobie sama, z wszystkim i ze wszystkim.
W moim śnie to było jeszcze dziwniejsze, bo wszystko działo się jakby w powietrzu, a dom był zrobiony z pierników. Po porodzie i wyjściu ze szpitala czułam się tak bezradna, iż nie wiedziałam nawet, od której strony podejść do swojej Zosi miałam wrażenie, iż przewijak tańczył poloneza, a kołyska śpiewała kolędy bez okazji. To, co teraz, z dwojgiem dzieci wydaje mi się banalnie proste i oczywiste, wtedy było jak zagadka z innej planety, jakby ktoś kazał mi ugotować bigos w czapce króla Popiela.
Oczywiście, nie znalazłam nigdzie instrukcji obsługi dziecka choćby w głowie nie miałam zaszytych takich poradników. Myślałam, iż starsze pokolenie ma to wszystko w małym palcu. Spodziewałam się, iż babcie wszystko wiedzą: jak kąpać, czym karmić, jak obcinać paznokcie czy kiedy podać syrop. Jednak okazało się, iż ich rady są jak dwa osobne programy kulinarne: każdy gotuje coś innego, a jak się spotkają, to choćby barszcz wyjdzie szary.
Nauczyłam się więc sama mistrzowsko zmieniać pieluchy i radzić sobie z rozlanym kompotem, choć wszystko wydawało się lekko przechylone jak wieża w Toruniu.
Mam ogromny szacunek i wdzięczność do mojej mamy i teściowej, ale w tym śnie obie wyglądały trochę jak postacie z Lalki Prusa: lekko zamglone, niewyraźne, a ich rady mieszały się z szumem Wisły.
Babcia 1 (teściowa):
Nad każdą wodą do picia musisz odmawiać zdrowaśkę, tylko wtedy dziecko nie dostanie bólu brzucha.
Po pół roku kupiłam filtr do wody, przez który śniły mi się złote rybki.
Musisz używać tylko szarego mydła, najlepiej sprzedawanego koło kiosku. Tylko ono nadaje się do mycia dzieci. I na odparzenia obowiązkowo.
Źle wychowujecie te dzieci, dlatego wam ciągle chorują (nie wiadomo jednak na co).
Jak Zosia płacze, to może trzeba ją zanieść do szeptuchy na Podlasiu, ona wszystko załatwi.
Babcia 2 (moja mama):
Jak płacze, to płacze, przejdzie, jak przejdzie powtarzała, sypiąc cukrem do kompotu.
Gorączka? Daj tabletkę, zaraz będzie lepiej i świat wróci do porządku.
Kupujecie dzieciom za dużo zabawek, jakby cała Biedronka miała wylądować pod łóżkiem.
Wpadnę w sobotę popilnować dziewczyn o trzynastej, ale o szesnastej muszę już być w kinie i tak co tydzień.
Słodkie? Słone? Można dać już od sześciu miesięcy, nie zaszkodzi, jak dziecko chce może spróbować wszystkiego.
Kocham moją mamę, ale coraz bardziej dziwię się, jak nas wychowała.
Pamiętam, jak w snach jadłam przez cały dzień tylko kluski u prababci w Poznaniu, po czym w domu serwowano tłuste flaki na kolację. Miałam kaszel, którego nikt nie słuchał, i potem leżałam pod pierzyną słysząc, jak zegar kurantowy wybija nie mój czas, aż wreszcie skończyło się na krztuścu. Teraz już kojarzę, dlaczego mam taki żołądek jak studnia bez dna i wątrobę rozkołysaną jak łajba na Mazurach.
I dlatego, choć babcie są kochane, naprawdę nie potrafiłabym zostawić moich córek pod ich opieką na kilka dni. Pod okiem, proszę bardzo. Nie jestem przewrażliwiona, ale gdzieś z tyłu głowy wciąż boję się, iż w tym dziwnym śnie wszystko wyjdzie na odwrótAle kiedy patrzę, jak Ania i Zosia śmieją się razem, wywracając na dywanie klocki, łapię się na tym, iż trochę z każdej naszej babci zostaje w tych małych sercach czasem w upartości przy układaniu puzzli, czasem w śmiałości, gdy domagają się dokładki kompotu. Moja codzienność to nie wyścig na medale z matczynej doskonałości, ale raczej spokojny, nieco pokrzywiony taniec, gdzie wolno się potknąć i śmiać z własnych błędów.
Zaskakująco, zwykłe dni układają się w cudowny, własny rytm. Czasem gdy zasypiam przy dziecięcym łóżeczku, głowę opierając o miękki pluszak mam wrażenie, iż właśnie tutaj bije najprawdziwsze, najsilniejsze serce każdego pokolenia: w tej wypadniętej spod kocyka rączce, w niepewnym mamo?, w smaku klusek, które pewnie kiedyś ulepię niedoskonale, jak moja prababka.
I wtedy wiem, iż radzę sobie najlepiej, jak umiem, próbując nie tylko gotować barszcz i nie zagubić się wśród rad, ale tworzyć własny dom choćby jeżeli czasem przypomina on chaotyczny, piernikowy sen. A kiedy dziewczynki, otulone ciszą, sennie wyciągają do mnie ręce wszystko inne na chwilę przestaje mieć znaczenie.
Moja rodzina to nie katalog eksperckich porad. To śmiech, bałagan, czułość i odrobina niedorzeczności. I w tym właśnie tkwi nasze szczęście.














