Dlaczego coraz trudniej nam znosić głupotę w pracy (i dlaczego to nie kryzys wieku średniego, tylko zdrowy rozsądek)

kobietytomy.pl 2 godzin temu

W okolicach czterdziestki dzieje się coś dziwnego. Ale jednocześnie mocno pozytywnego (w pewnym sensie). Niby jesteśmy wciąż ci sami, niby przez cały czas potrafimy pracować szybko, sprawnie i „na ogarnięciu”, ale nagle… zaczyna nas boleć głupota. Dosłownie i to fizycznie. Jakby ktoś wbijał nam w skroń tępe narzędzie za każdym razem, gdy słyszymy „zróbmy jeszcze jedno spotkanie, żeby omówić poprzednie spotkanie”.

I nie, to nie jest kryzys wieku średniego, choć może tak wyglądać, na pierwszy a choćby kolejny rzut oka. To jest moment, w którym mózg mówi: „Koniec. Wystarczy. Ja już swoje odrobiłem”.

Zmęczenie absurdami, czyli głupota w pracy, która się przelewa

Po około dwudziestu latach pracy widzieliśmy już wszystko:

  • prezentacje o niczym,
  • projekty, które nigdy nie ujrzały światła dziennego,
  • ludzi, którzy awansowali dzięki głośnemu mówieniu oczywistości,
  • i tych, którzy pracowali za trzech, ale byli „niewidzialni”, bo nie robili wokół siebie show.

Kiedy masz 25 lat, myślisz: „Tak wygląda świat, trzeba się dostosować”. Ale z czasem coś się zmienia, bo kiedy masz 40, myślisz: „Serio? Mam na to tracić życie?”. Tak to ma naprawdę wyglądać?

Korporacyjne gierki, które choćby już nie są śmieszne

W pewnym wieku przestajesz mieć cierpliwość do ludzi, którzy budują swoją wartość na tym, iż potrafią wysłać maila w CC do całego zarządu. Albo do tych, którzy mówią trzydzieści minut, nie mówiąc nic.

Po czterdziestce zaczynasz widzieć te mechanizmy jak na dłoni.

I już nie chcesz w nich uczestniczyć.
Bo wiesz (naprawdę wiesz), iż to teatrzyk. I to na żywo każdego dnia!
A Ty nie masz już ochoty być statystą. Bo to ani śmieszne, ani fajne…tylko koszmarnie żadne.

Niekompetencja boli bardziej, głupota w pracy pod lupą

Kiedy jesteś młodsza, masz jeszcze złudzenia, iż świat jest logiczny, a ludzie na stanowiskach wiedzą, co robią.
Po czterdziestce wiesz, iż często jest odwrotnie. Za dużo w tym wszystkim przypadku i za dużo absurdu podniesionego do kwadratu.

I nagle zaczyna Cię to męczyć.
Bo już nie masz energii, żeby naprawiać po kimś błędy, gasić pożary i udawać, iż wszystko jest w porządku.
Nie jest.
I Ty to widzisz. Jak na dłoni, pod szkiełkiem kontaktowym.
A co gorsza: nie potrafisz już udawać, iż nie widzisz. Bo cholera to jak świadomość, która wypada każdego dnia z lodówki. Nie da się tego już nie zauważyć.

To nie kryzys. To selekcja priorytetów. Nowy świadomy układ

Najpiękniejsze w czterdziestce jest to, iż zaczynasz rozumieć wartość swojego czasu.
I nagle okazuje się, że:

  • nie chcesz siedzieć na bezsensownych callach,
  • nie chcesz udowadniać, iż jesteś „zaangażowana”,
  • a tym bardziej nie chcesz brać udziału w wyścigu, którego nagrodą jest… kolejny wyścig, w którym ten, kto jest pierwszy na mecie przegrywa, bo dostaje w nagrodę jeszcze więcej…zadań.

To nie jest wypalenie.
To jest przebudzenie. Jak pierwszy świadome złapanie oddechu po długim biegu bez zastanowienia.

Nowa definicja sukcesu

Kiedyś sukces oznaczał: wyżej, szybciej, więcej, czyli po prostu więcej obowiązków, więcej odpowiedzialności, więcej presji.

A potem przychodzi czterdziestka i nagle odkrywasz, iż sukces to… mniej.

  • Mniej chaosu.
  • Mniej ludzi, którzy drenują energię.
  • projektów, które nic nie znaczą, ale mają ładnie wyglądać.
  • i mniej udawania.

Sukces zaczyna oznaczać:

  • robię rzeczy, które mają sens,
  • pracuję z ludźmi, których szanuję,
  • mam czas na życie poza pracą,
  • nie muszę nikomu nic udowadniać.

To jest rewolucja, która dzieje się po cichu. I która zmienia wszystko.

Dlaczego spokój wygrywa z awansem

Kiedy masz 25 lat, awans to trofeum.
Kiedy masz 40, awans często oznacza: więcej stresu, więcej polityki, więcej odpowiedzialności za rzeczy, na które nie masz wpływu. I robienia dokładnie tak, jak trzeba, a niekoniecznie tak, jak chcesz i to w pakiecie po godzinach. Długofalowo czasami krótsze życie…i mniej zdrowia.

I nagle okazuje się, iż spokój jest walutą.
Najcenniejszą.

Spokój to NIE:

  • budzić się w nocy z myślą o deadlinie,
  • brać na siebie cudzych dramatów,
  • żyć w trybie „ciągłego dowożenia”,
  • być dostępna 24/7.

Spokój to luksus, na który wreszcie nas stać, w znaczeniu nie finansowo, tylko mentalnie.
Bo po czterdziestce wiesz, iż życie jest jedno.
I iż nie zamierzasz go oddawać w zamian za tytuł w stopce maila.

Nawet jeżeli oznacza to trochę mniej podróży, mniejsze mieszkanie i starsze auto…lub po prostu dojazdy tramwajami. Teraz to się tak układa, iż mniej opłaca się po prostu bardziej. I nieważne, czy ktoś to rozumie i jak bardzo ocenia twoje życie pod kątem prestiżu. W pewnym wieku masz to bardziej lub mniej…po prostu gdzieś.

Co dalej?

Kultura zapierdzielu staje się dla czterdziestolatków nieznośna

Sukces po 40-tce – nigdy nie jest za późno, by zmienić życie na lepsze

Po 40 spokój wewnętrzny jest moim największym luksusem

Idź do oryginalnego materiału