Decluttering bez buldożera. Karina Herwich: „wolę uwalnianie przestrzeni lub pozbywanie się nadmiaru”

codziennypoznan.pl 1 godzina temu

Na początku padło podstawowe pytanie: co adekwatnie oznacza tajemniczo brzmiące „decluttering”? Gościni przyznała, iż to angielskie określenie doczekało się polskich prób tłumaczenia, ale nie wszystkie do niej przemawiają.

– „Staramy się tego nie tłumaczyć, chociaż pojawia się tłumaczenie odgracanie. Które dla mnie nie jest odpowiednie” – wyjaśniła.

Jak dodała, słowo „odgracanie” kojarzy się jej z radykalnym wyrzucaniem wszystkiego „jak leci”. Dlatego woli inne określenia:

– „Ja wolę uwalnianie przestrzeni lub pozbywanie się nadmiaru”.

Rozmowa gwałtownie przeszła do źródeł problemu. Prowadzący zauważył, iż łatwy dostęp do tanich produktów i zakupowych aplikacji sprawia, iż do domów trafia coraz więcej rzeczy, których często nie potrzebujemy. Karina Herwich potwierdziła, iż skala jest duża, a jednocześnie rośnie społeczna potrzeba zmiany.

– „Mamy bardzo dużo rzeczy i pojawia się powoli taka potrzeba, żeby jednak tych rzeczy mieć mniej, iż one zaczynają przeszkadzać, ciążyć, iż są takim niepotrzebnym balastem w życiu” – mówiła.

Zapytana o to, kiedy decluttering na dobre wszedł do codziennego języka, wskazała, iż w Polsce stało się to wyraźniejsze w ostatnich latach.

„Myślę, iż u nas w Polsce to było jakieś pięć lat temu” – oceniła, przypominając, iż wcześniej szeroką rozpoznawalność tematowi nadały m.in. formaty telewizyjne i popularne metody porządkowania.

Karina Herwich podkreślała, iż małe mieszkania i biura szybciej pokazują, ile rzeczy jest nadmiarowych – bo nie da się ich bez końca chować. Ale choćby w dużych przestrzeniach problem wraca w momencie, gdy szafa przestaje być funkcjonalna.

– „Chodzi o to, iż choćby kiedy tę szafę już mamy, to żebyśmy mogli ją otworzyć i znaleźć to, czego szukamy, a nie żeby wszystko, co mamy w domu, na nas wypadło” – mówiła.

W trakcie rozmowy pokazano przykłady „przed i po” z różnych przestrzeni: spiżarni, garderoby i kuchennej szafki. W jednym z opisów pojawił się bardzo konkretny detal, dobrze pokazujący, iż decluttering to nie tylko wyrzucanie i układanie.

W garderobie, która na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle, klucz okazał się ergonomiczny: drążek na ubrania był za wysoko. Efekt? Ubrania lądowały na krześle albo w szufladach, bo odwieszanie było niewygodne. Rozwiązaniem była drobna zmiana konstrukcyjna i przemyślenie układu.

– „Tak zwana ergonomia, czyli dostosowanie do naszej wygody, a nie standaryzacja jakaś” – podsumowała Herwich.

Jednym z najważniejszych wątków rozmowy była popularna pułapka: kupujemy pudełka, koszyki i organizery, a potem… upychamy w nie wszystko, bez selekcji i bez systemu. Karina Herwich zwróciła uwagę, iż taki sposób często niczego nie rozwiązuje.

„Organizer to już jest ten ostatni etap” – podkreśliła. Najpierw trzeba sprawdzić, co adekwatnie mamy, jak z tego korzystamy i gdzie tego używamy. Dopiero potem przychodzi czas na strefy i ewentualne pojemniki.

W innym momencie ujęła to jeszcze dosadniej:

– „Często ten organizer, to pudełko to jest taka mikro szafa. Wcześniej wrzucaliśmy do szafy, a teraz tę szafę dzielimy jeszcze na mniejsze pudełka”.

Prowadzący zauważył, iż wielu z nas ma problem z rozstaniem się z rzeczami, bo „kiedyś się przydadzą”. Gościni programu przyznała, iż to najczęstsza blokada, szczególnie przy przedmiotach sentymentalnych lub trudno dostępnych w przeszłości.

– „Zawsze mówię, żeby przy declutteringu nie koncentrować się na tym, co mamy wyrzucić, tylko na tym, co mamy zostawić” – tłumaczyła.

Jej zdaniem to zmiana myślenia: zamiast walki z wyrzutami sumienia, decyzja o tym, co nam realnie służy.

W rozmowie pojawił się też wątek różnic pokoleniowych – osoby pamiętające czasy niedoborów często mocniej trzymają się przedmiotów „na wszelki wypadek”. Karina Herwich przyznała:

– „Pokolenie naszych rodziców zdecydowanie jeszcze ma takie sentymenty, ma takie obawy, iż po prostu już więcej tego nie dostaną”.

Jak rozmawiać z bliskimi, którzy nie są gotowi na porządkowanie? Jej receptą nie jest presja, tylko pytania o cel. jeżeli ktoś chce więcej przestrzeni, warto wybrać kilka najważniejszych rzeczy, resztę sfotografować i zachować w albumie albo dać przedmiotom „drugie życie”. Zaproponowała też proste ćwiczenie na przykładzie kubków: jeżeli przez miesiąc służą jako pojemniki na drobiazgi, to znak, iż nie są używane zgodnie z przeznaczeniem – i łatwiej będzie się z nimi pożegnać.

Ważnym elementem declutteringu jest również pytanie „co dalej”. Karina Herwich wyraźnie podkreśliła, iż wyrzucanie powinno być ostatecznością.

„Wyrzucenie jest myślę najgorszą opcją” – powiedziała, wskazując, iż istnieje wiele instytucji, które przyjmują rzeczy, sklepy z obiegiem wtórnym, rynek vintage oraz różne miejsca, w których można przekazać przedmioty innym osobom.

Idź do oryginalnego materiału