Dorota wróciła do domu wcześniej, z prezentami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale Zbyszek, zamiast ciepło ją powitać, wysłał żonę do sklepu. Konsekwencje były naprawdę niespodziewane.
Ciężka torba tak wżynała się w bark Doroty, iż aż jęknęła. Bolały ją plecy od dwóch miesięcy stały się jej stałym problemem. Ostrożnie postawiła dwa pokaźne siaty na popękanym chodniku pod przystankiem.
Dorota odetchnęła głęboko. Maluszek w brzuchu niecierpliwie się poruszył. Szósty miesiąc ciąży to nie przelewki. Tym bardziej, kiedy człowiek chce sprawić mężowi niespodziankę i wraca od rodziców trzy dni wcześniej, niż się umawiali. Tak za nim tęskniła, iż przez ostatnie sto kilometrów drogi autobusem liczyła wręcz przydrożne słupy.
Ciekawe, co teraz robi Zbyszek? Pewnie w życiu by nie zgadł, iż już tu jestem dziesięć minut spacerem od domu. Droga do klatki dłużyła się niemiłosiernie. Torby wypchane przetworami, swojskim boczkiem, ciężkimi jabłkami ważyły chyba tonę.
Po pięćdziesięciu metrach Dorota zrozumiała: nie da rady ich zanieść. Ból pleców był nie do wytrzymania.
Wyciągnęła telefon i wybrała numer męża.
Zbyszek, cześć szepnęła, gdy wreszcie odebrał.
Dorota? Co się dzieje? Wszystko w porządku? zaniepokojony głos Zbyszka.
Nic się nie dzieje. Już jestem! Stoję pod naszym blokiem na przystanku. Przyjdź, proszę, pomóż mi. Te siaty są niewyobrażalnie ciężkie, mama znowu upchała wszystkiego…
Przez chwilę panowała dziwna cisza. Dorota aż zerknęła na ekran telefonu, czy czasem połączenie nie zostało przerwane.
Naprawdę jesteś na przystanku? Teraz? A czemu nie uprzedziłaś? Przecież umawialiśmy się na czwartek!
Bo chciałam zrobić ci niespodziankę zmarszczyła brwi Dorota. Zbyszek, nie cieszysz się? Jestem padnięta. Wyjdź już po mnie!
Poczekaj! nagle krzyknął Nie idź tu. To znaczy idź, ale… Dorota, w domu nie ma kompletnie nic do jedzenia. Wczoraj wszystko dojadłem. Zrób tak: wpadnij do całodobowego, tego za rogiem. Kup mięsa, wołowiny dobrej. Wziąłem dziś wolne, chcę zrobić porządny obiad na twoje powitanie. Musi być jak należy.
Jakie mięso, Zbyszku? Dorota była kompletnie zdezorientowana. Słyszysz co mówię? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję tu z gigantycznymi siatami!
Bolą mnie plecy! O mięsie mogę tylko pomarzyć. W domu są ziemniaki i jajka. Przyjdź po mnie chcę coś zjeść i się położyć.
Nie rozumiesz Zbyszek mówił coraz szybciej, przerywając jej. Chcę, żeby było idealnie. Przecież sklep jest za rogiem. Kup mięsa, przy okazji ziemniaków, bo nasze już zwiędły do cna. Może kogoś poproś o pomoc, przyniesiesz wszystko powoli… Proszę cię! To dla nas obojga. Ja tu wszystko szykuję.
Dorota patrzyła na czerwone dłonie, czując narastającą falę goryczy.
Zbyszek, ty żebyś nie zwariował? głos jej zadrżał. Naprawdę prosisz mnie, żebym teraz, w tym stanie, z tymi torbami, szła jeszcze po zakupy, bo chcesz ugotować obiad?
Sam nie możesz po mnie wyjść?
Już zacząłem… taką małą niespodziankę! jeżeli teraz wyjdę, wszystko się popsuje. Dorotko, zrób to dla mnie! Kup tej dobrej wołowiny, z osiemset gram, i mały woreczek ziemniaków, taki w siatce. Czekam na ciebie!
Rozłączył się. Dorota patrzyła na wygaszony ekran i nie wierzyła w to, co się właśnie wydarzyło. Miała ochotę rozpłakać się na pustym przystanku, w zimnym świetle latarni. Zamiast czułego powitania i łóżka wyprawa po mięso. Może rzeczywiście Zbyszek coś dla niej szykuje? Westchnęła, podniosła torby i ruszyła do sklepu, kulejąc z bólu.
Przewiozła wózek po sklepowych alejkach, czując współczujące spojrzenie sennej kasjerki.
Wołowina ważyła jak kamień, siatka ziemniaków nie do udźwignięcia. Gdy wychodziła ze sklepu, nie czuła już rąk. Palce zesztywniały jak haki.
Telefon znowu zadzwonił.
Kupiłaś? Zbyszek dźwięczał w słuchawce.
Kupiłam syknęła Dorota. Jestem pod klatką. Otwieraj.
Stój! wykrzyknął Nie wchodź! Poczekaj dosłownie dziesięć minut.
Żartujesz sobie? wybuchła Dorota, nie zważając na przechodniów. Zbyszek, jakie dziesięć minut? Ledwo stoję!
Niespodzianka jeszcze niegotowa! uparcie powtarzał. jeżeli wejdziesz teraz, wszystko na marne. Usiądź na ławce, odsapnij. Pięć minut, przysięgam! Już kończę!
Z trudem opadła na drewnianą ławkę obok klatki. Torby stuknęły obok niej na chodnik. Miała ochotę rzucić tę przeklętą siatkę z mięsem w okno na trzecim piętrze.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Siedziała, czuła w sobie kipiącą frustrację. Wyobrażała sobie, iż wejdzie do mieszkania, a tam… co? Morze kwiatów? Śniadanie przy świecach? Skrzypek w kącie? Nic nie usprawiedliwiało tego, iż kazał jej tyle czekać, w jej stanie.
Po trzydziestu pięciu minutach drzwi klatki jęknęły. Na korytarz wypadł Zbyszek, z potarganymi włosami, potem na czole, w podkoszulku wywróconym na lewą stronę.
O, siedzisz! wymusił uśmiech, łapiąc za torby. Po co ta mina? Pogoda piękna… a, no tak. Chodźmy już!
Dlaczego jesteś taki spocony? zmrużyła oczy Dorota, z trudem wstając, wspierając się na poręczy. I dlaczego od ciebie tak wali chemią gospodarczą?
Zobaczysz! podskakiwał z ekscytacją, wchodząc do windy.
Weszli do mieszkania. Zbyszek uroczyście rozwarł drzwi, jakby czekał na brawa. Dorota poczuła natychmiast duszący zapach chloru i taniego odświeżacza powietrza o woni morskiej bryzy.
Przeszła do pokoju. Potem do kuchni. Zajrzała jeszcze do łazienki. Mieszkanie lśniło czystością. A raczej było nienaturalnie puste. Rzeczy, które zwykle walały się po krzesłach, znikły. Dywan solidnie odkurzony; kurz z półek przetarty. Jej bibeloty stały skromnie w kącie.
No, i co? Zbyszek był dumny jak świeżo wybita złotówka. Niespodzianka! Podoba ci się?
Dorota odwróciła się wolno.
To już wszystko? zapytała cicho.
Jak to wszystko? Zbyszek omal nie przysiadł z oburzenia. Dorotko! Trzy godziny tyrałem! Umyłem wszędzie podłogę, choćby za kanapą! Naczynia wymyte, kibelek błyszczy. Chciałem ci zrobić przyjemność, żebyś weszła do czystego, nie musiała nic robić. Szaleńczo biegałem, kiedy ty… byłaś w sklepie.
Dorocie aż ścisnęło gardło.
Naprawdę dla tej czystej podłogi… głos jej się załamał …kazałeś mi targać się z zakupami?
Nie przyszedłeś na przystanek, choć prosiłam, bo… myłeś podłogę?
No tak! rozłożył ręce Zbyszek. Przecież zawsze narzekasz, iż nic po domu nie robię. Chciałem ci pokazać, iż się staram. Przyjechałaś za wcześnie, nie zdążyłem, musiałem cię zatrzymać jakoś! A ty zamiast powiedzieć dziękuję, patrzysz na mnie jakbym ci plunął do zupy.
Ty jesteś poważny?! Dorota nie wytrzymała, podniosła głos. Mam gdzieś twoje podłogi! Mam bolące plecy, siaty ledwo doniosłam! Jestem w ciąży, Zbyszek! Wystarczyłoby, gdybyś mnie wziął za rękę i przyprowadził do domu, a nie szalał tu ze szmatą!
Zbyszek poczerwieniał, rzucił ścierkę do zlewu.
No już, zaczyna się! wrzasnął. Nigdy ci nie dogodzę! Od piątej rano biegam, staram się, niespodziankę szykuję, a ty z awanturą! Widzisz jaki tu porządek? choćby na ślub tak nie było wysprzątane!
I co z tego? ledwo oddychała Dorota. Kazałeś mi czekać pół godziny na ławce! Zmarzłam, nogi mi puchną! Musiałam kupować mięso, ziemniaki prawie padając z nóg! To nie jest niespodzianka to znęcanie się!
Aha! Zbyszek krążył po kuchni, machając rękami. Przepraszam, iż nie jestem idealny! Każda inna by się cieszyła porządek, obiad szykuję. Ale nie! Zawsze tylko o tobie! Ach, mój stan! Ach, moja spina!. Ja też jestem zmęczony! Całą noc nie spałem, rozmyślałem jak zrobić ci radość!
Dorota ukryła twarz w dłoniach.
choćby nie rozumiesz… szlochała. Nic nie rozumiesz. Wolisz czysty korytarz niż moje samopoczucie.
Co ty gadasz! Zbyszek znów podniósł głos. To przez ciebie! Ty mi wszystko popsułaś! Gdybyś była, jak się umawialiśmy, w czwartek, wszystko by się udało: weszłabyś do czyściutkiego domu i byłoby super. Ale nie, trzeba się wpakować wcześniej i jeszcze mi to wypominać. Jesteś niewdzięczna, Doroto. Po prostu niewdzięczna.
Z trzaskiem zamknął drzwi do sypialni.
Dziecko w brzuchu znów się poruszyło. Dorota osunęła się na krzesło, patrząc na siatkę z mięsem, którą Zbyszek zostawił na wierzchu. Ogarnęły ją mdłości.
Po dziesięciu minutach drzwi kuchni się uchyliły.
To robię to mięso, czy nie? burknął. Czy będziesz głodować by mi zrobić na złość?
Nie rób nic, Zbyszku szepnęła Dorota, nie patrząc na niego. Chcę spokoju. Muszę się przespać.
No jak chcesz! stuknął drzwiami.
Dorota wstała i chwiejnym krokiem poszła do łazienki. Spojrzała w lustro blada, z podkrążonymi oczami, rozczochrana.
Przypomniała sobie drogę autobusem, kiedy wyobrażała sobie, iż Zbyszek ją przytuli i powie: Na szczęście już jesteś w domu. Tak, przytulił… Po umyciu twarzy wyszła, ale wybuchła nowa kłótnia. Zbyszek znowu miał jej coś do zarzucenia.
Z mieszkania wyszła w tym, w czym była choćby nie zdążyła się przebrać. I pojechała do rodziców.
Rozwodu odradzali jej wszyscy: teściowie, szwagierka, daleka rodzina. Sam Zbyszek często dzwonił, prosił żeby wróciła, zapewniał, iż zrozumiał swój błąd. Ale Dorota decyzję podjęła: z takim mężem nie chce być, rozwód był nieunikniony. Po co jej mąż, który stawia porządek w mieszkaniu ponad zdrowie ich wspólnego dziecka?















