Kiedy matka po raz pierwszy usłyszała, iż Danuta wychodzi za Konrada, odłożyła telefon na stół i długo patrzyła przez okno na parking przed blokiem. Potem powiedziała tylko: „Ciekawe”. To „ciekawe” ciążyło potem w powietrzu przez jedenaście lat — przy wigiliach, przy chrzcinach, przy niedzielnych obiadach, na które Danuta przychodziła z kwiatami, a matka przyjmowała je, nie wyjmując wazonu z szafki.
Konrad nie był zły. Był inny. Matka nie lubiła, jak jadł — za głośno, jej zdaniem, jakby chleb był winien. Nie lubiła, jak składał serwetkę w trójkąt, bo „tak robią w barach mlecznych”. Nie lubiła, iż po studiach nie poszedł do banku, tylko otworzył warsztat samochodowy na obrzeżach Lublina. „Mechanik” — mówiła, jakby to było słowo z paragrafu.
Danuta myślała, iż z czasem zmięknie. Że jak urodzi się Hania, to babcia w końcu zobaczy, iż tam, gdzie jest miłość, estetyka schodzi na drugi plan. Ale matka potrafiła przyjść w odwiedziny, postawić torbę z jabłkami na progu i nie zdjąć płaszcza. Siadała na brzegu krzesła, jak pacjentka w przychodni, i mówiła: „Nie chcę przeszkadzać”. Zostawała piętnaście minut. Jabłka potem leżały w kuchni tydzień, aż Danuta wyrzucała je do kosza, bo nikt ich nie tknął.
Najgorsze zaczęło się, kiedy Konrad zaproponował, żeby zamieszkali w domu po jego dziadku na obrzeżach Zamościa. Dom był stary, z czerwonej cegły, z kaflowym piecem w kuchni, z drewnianą podłogą, która skrzypiała dokładnie w trzech miejscach. Trzeba było włożyć w niego pieniądze. Dużo pieniędzy. Danuta sprzedała mieszkanie, które dostała od ciotki, i włożyła wszystko w remont — czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych. Matka, gdy się dowiedziała, nie krzyczała. Powiedziała cicho, iż „córka zawsze miała talent do wyrzucania pieniędzy przez okno, tylko dotąd okno było zamknięte”.
Hania pokochała ten dom. Miała w nim swój pokój z widokiem na starą lipę, a latem biegała boso po trawie, której w bloku nigdy nie miała. Danuta patrzyła na nią i myślała: może tu jest nasze miejsce. Może w końcu coś wygram.
W sobotę matka zadzwoniła o siódmej rano. Zawsze dzwoniła wcześnie, żeby zastać Danutę zanim zacznie się dzień. Tym razem nie było „dzień dobry”. Było:
— Musisz przyjechać. Sama. To ważne.
Danuta pojechała. Półtorej godziny pociągiem do Lublina. W mieszkaniu matki pachniało kawą zbożową i proszkiem do prania. Na stole leżały dokumenty. Matka siedziała po drugiej stronie, sztywna jak notariusz.
— Chcę przepisać mieszkanie na ciebie — powiedziała. — Ale musisz się rozwieść.
Danuta usłyszała, ale nie zrozumiała. Poprosiła o powtórzenie.
— Konrad cię nie szanuje. Ty to wiesz, ja to widzę. Dwa lata temu zabrał cię na urlop do Międzyzdrojów i przez cały tydzień chodził w tej samej koszulce. Człowiek, który jedzie z żoną nad morze i nie potrafi się ubrać, nie zasługuje na moją córkę. A już na pewno nie na mieszkanie, za które zapłaciłam własnym zdrowiem.
W umowie było wszystko: mieszkanie na Czwartaku, siedemdziesiąt dwa metry, wartość rynkowa około miliona dwustu tysięcy. Matka trzymała długopis, jakby chciała, żeby Danuta podpisała od razu.
Danuta wstała. Zabrała torebkę. W drzwiach odwróciła się i zrobiła coś, czego nie planowała — zdjęła z wieszaka swój stary prochowiec, który wisiał tam od zeszłej zimy, i powiesiła go na poręczy. Matka patrzyła na ten prochowiec, jakby to był wyrok.
W pociągu do Zamościa Danuta długo trzymała telefon w dłoni. Chciała napisać do Konrada, ale nie wiedziała co. „Mama chce mi dać mieszkanie” — brzmiało jak początek złej bajki. „Mama postawiła warunek” — jak zapowiedź trzęsienia ziemi.
Wysiadła na stacji. Poszła prosto do piekarni na rogu. Kupiła dwa pączki i zjadła oba, stojąc przy oknie. Cukier puder osypał się na rękaw. Potem zadzwoniła do Konrada i powiedziała:
— Przyjedź po mnie. Musimy porozmawiać.
Konrad przyjechał. Zaparkował pod piekarnią i wysiadł w tej samej koszulce, którą matka wspominała przy każdej okazji. Miał na rękach smar pod paznokciami, bo rano rozbierał skrzynię biegów w oplu. Danuta usiadła obok niego. Powiedziała wszystko. O umowie. O warunku. O tym, iż matka czeka na odpowiedź do niedzieli wieczór.
Konrad słuchał, nie odrywając rąk od kierownicy. Potem zapytał:
— A ty co chcesz zrobić?
Danuta patrzyła na jego dłonie. Na te dłonie, którymi naprawiał cudze samochody, żeby Hania miała nowe buty na zimę. I przypomniała sobie, jak dwa tygodnie temu, w nocy, Hania obudziła się z gorączką i Konrad jechał do apteki w samych kapciach, bo nie chciał jej zostawiać samej. Potem wrócił i siedział przy jej łóżku do rana, trzymając termometr jak relikwię.
— Chcę — powiedziała Danuta — żebyś pojechał ze mną do matki.
Następnego dnia, w niedzielę, o dziewiątej rano, zapukali do drzwi mieszkania na Czwartaku. Matka otworzyła. Zobaczyła Konrada i cofnęła się o krok.
— Prosiłam, żebyś przyjechała sama — syknęła, ale Danuta już weszła do środka.
Położyła na stole teczkę. Matka przez chwilę myślała, iż to podpisana umowa. Otworzyła ją. W środku był wypis z księgi wieczystej. Dom w Zamościu. Własność: Danuta i Konrad, wspólność majątkowa.
— Nie chcę twojego mieszkania — powiedziała Danuta. Spokojnie, bez złości, jakby czytała prognozę pogody. — Nie sprzedam swojego męża za metraż. Możesz je przepisać komu chcesz. Fundacji. Sąsiadowi. Komukolwiek. Ja już swoje wybrałam.
Konrad milczał. Stał przy drzwiach, w marynarce, którą Danuta kazała mu włożyć, i patrzył na teściową. Matka nie patrzyła na niego. Patrzyła na teczkę, jakby to był rachunek, którego nie chciała zapłacić.
— Ty głupia dziewczyno — wyszeptała w końcu.
To było jedyne, co powiedziała, zanim zamknęła za nimi drzwi.
Wracali do Zamościa tą samą drogą, którą jechali rano. Konrad prowadził powoli, bo padał deszcz. Danuta zdjęła buty i położyła stopy na desce rozdzielczej, czego nigdy nie robiła. Miała na paznokciach u nóg stary lakier, różowy, popękany przy brzegach. Patrzyła na niego i myślała, iż powinna go zmyć. Ale nie teraz. Teraz chciała tylko siedzieć i patrzeć, jak wycieraczki zgarniają wodę z szyby.
Wjechali w swoją ulicę. Dom stał tam, gdzie stał — z czerwonej cegły, z lipą przy oknie Hani. Na ganku leżał zeszłoroczny kalendarz, który wiatr zerwał ze ściany. Danuta patrzyła na ten kalendarz i na czarny napis: „Warsztat Samochodowy — Konrad Mazur. Naprawy kompleksowe”. I pomyślała, iż to jest jej dom. Nie metraż. Nie umowa. Nie choćby te czterysta osiemdziesiąt tysięcy, które włożyła w remont. Tylko to: kalendarz, skrzypiąca podłoga, mężczyzna w kapciach jadący nocą do apteki.
Matka zadzwoniła po dwóch tygodniach. Danuta odebrała w kuchni, mieszając zupę. Matka powiedziała, iż nie chce, żeby Hania przyjeżdżała na wakacje. „Dopóki ona ma takiego ojca, nie jest moją wnuczką”. Danuta wyłączyła gaz. Wyjęła z szuflady nożyczki. Przecięła kabel od starego radia, które matka kupiła jej na osiemnaste urodziny. Potem wyrzuciła radio do kosza.
Nie odpisała. Nie oddzwoniła. Po prostu wyjęła z portfela kartkę z adresem notariusza, którą matka wcisnęła jej tamtej soboty, i podarła ją na cztery części. Jedną zostawiła na parapecie, resztę wsypała do kompostownika.
Wieczorem, kiedy Hania już spała, Danuta wyszła na ganek. Wykręciła numer do matki i nagrała się na sekretarkę:
— Mamo, dom jest nasz. Jak zechcesz przyjechać, drzwi będą otwarte. Ale nie będę cię prosić. Masz nasz adres.
Potem usiadła na schodku. W kieszeni płaszcza znalazła pognieciony papierek po pączku. Wygładziła go na kolanie. Niebo nad Zamościem zrobiło się granatowe, a ona siedziała tak długo, aż zapaliły się latarnie przy drodze.













