– Danuta, co ty wyprawiasz?! – głos Haliny drżał z oburzenia.
– Jak mogłaś tak postąpić wobec własnej siostry?
– A co miałam zrobić? – warknęła Danuta, nie odrywając wzroku od papierów.
– Czekać, aż doprowadzisz ten dom do ruiny?
– Do ruiny? – Halina złapała się oparcia krzesła.
– Przez trzydzieści lat utrzymywałam go w porządku.
– Od śmierci mamy i taty! A ty gdzie byłaś przez ten czas?
– Gdzie, gdzie – przedrzeźniła ją Danuta, mierząc siostrę zimnym wzrokiem.
– Pracowałam, zarabiałam pieniądze.
– Nie siedziałam na karku rodziców do czterdziestki.
Halina poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg.
Powoli osunęła się na krzesło, wpatrując się w dokumenty.
– To naprawdę testament? – wyszeptała.
– Tak – odparła krótko Danuta. – Mama zostawiła dom mi.
– Cały. A ty możesz szukać sobie innego mieszkania.
– Ale jak? Kiedy zdążyła to zrobić?
– Przecież w ostatnich miesiącach coraz gorzej się orientowała.
– Właśnie dlatego przyjechałam.
– Ktoś musiał zająć się jej sprawami, gdy ty biegałaś po aptekach.
Halina patrzyła na siostrę i nie poznawała jej.
Danuta zawsze była twarda, ale nie aż tak brutalna.
Zwłaszcza teraz, miesiąc po pogrzebie.
– Danusiu, porozmawiajmy jak ludzie – próbowała złagodzić ton.
– Rozumiem, iż masz prawo do swojej części.
– Ale wyrzucać mnie z domu?
– Nikt cię nie wyrzuca – Danuta zebrała dokumenty w stertę.
– Możesz wynająć pokój. Za rozsądną cenę, oczywiście.
– Wynajmować pokój w rodzinnym domu? – Halina nie wierzyła własnym uszom.
– Żartujesz?
– Absolutnie. Własność to własność.
Halina wstała i przeszła się po kuchni.
Każdy kąt przesiąknięty był wspomnieniami.
Tam stał ulubiony fikus mamy, podlewany codziennie przez piętnaście lat.
Na półkach stały słoiki z przetworami, robione razem każdej jesieni.
– Pamiętasz, jak mama mówiła, iż dom ma pozostać w rodzinie? – spytała cicho.
– Że mamy go zachować dla wnuków?
– Ty nie masz wnuków – odcięła się Danuta.
– Ja mam Maćka i Olę. To im się należy.
– Twoje dzieci choćby na pogrzeb nie przyjechały!
– A ja opiekowałam się mamą każdego dnia!
– Opiekowałaś się, opiekowałaś – machnęła ręką Danuta.
– I co z tego? I tak umarła w szpitalu.
Słowa te przeszyły Halinę jak nóż.
Sama się obwiniała, iż nie dostrzegła w porę pogorszenia.
– Wiesz, iż zrobiłam, co mogłam – szepnęła.
– Wiem. Ale to okazało się za mało.
Zadzwonił dzwonek u drzwi.
Danuta poszła otworzyć, Halina siedziała oszołomiona.
– O, Halinka, jesteś? – weszła sąsiadka, ciocia Basia, z siatką mleka.
– Jak się trzymasz, kochanie?
– Jakoś – skłamała Halina, ocierając łzy.
– Słyszałam, iż Danusia przyjechała – ciocia Basia spojrzała na papiery.
Testament już leżał na stole, jak wyrok bez odwołania.











