Dajcie klucze do domku w górach, tam sobie pomieszkamy zaproponowali znajomi Anny i Andrzeja, nie przewidując lawiny skutków.
Matka Andrzeja, pani Barbara, zachorowała na przełomie roku, więc on z żoną Anną zostali w Krakowie na święta. Sylwester spędzili na spokojnie, rodzinnie żadne fajerwerki na Rynku ani sauny w Zakopcu. Z kolei Ich przyjaciele, Dorota i Michał, byli wyraźnie rozczarowani, bo liczyli, iż spędzą Nowy Rok na domku w Tatrach, na który Anna z Andrzejem wcześniej się umawiali ale kto by przewidział, iż pani Barbara dostanie zapalenia płuc tuż przed balem sylwestrowym?
Anna czuła się winna, więc gdy drugiego stycznia Dorota zadzwoniła i zaczęła skarżyć się, jak w fatalnych warunkach spędziła z Michałem i teściową Nowy Rok w ciasnej kawalerce, poczucie winy u Anny narastało.
Musiałam wysłuchiwać jęków teściowej. Przyniosła się z walizką trzydzieści pierwszego bo kaloryfery u niej zamarzły! Planuje u nas siedzieć całą przerwę świąteczną, aż spółdzielnia ruszy tyłek i naprawi rurki! Ja już dłużej nie wytrzymam, rozwiodę się z Michałem przez jego matkę, przysięgam! narzekała Dorota.
Współczuję. Z moją teściową, panią Barbarą, dogadujemy się nieźle, ale teraz, jak się rozchorowała, to naprawdę ciężko westchnęła Anna. Gdybym mogła w czymś pomóc…
Wiesz co, możesz mi pomóc. Daj klucze do waszego domku w Zakopanem. My z Michałem uciekniemy przed teściową na ferie. Niech siedzi w mieszkaniu i gdera do lustra.
Anna się zawahała. Z jednej strony żal jej było przyjaciółki, z drugiej nie wiedziała, co powie Andrzej. Domek oficjalnie należał do niego, choć traktowali go jako wspólną własność.
Muszę pogadać z Andrzejem
Jasne, rozumiem. Obiecuję, iż będziemy szanować wasze miejsce jak własne!
Może tam nie da się wjechać, zasypało śniegiem, traktora nie wzywaliśmy bąknęła Anna.
Damy radę. Mamy SUV-a. Przejedziemy. Michał ogarnie kotłownię, jest magistrem od pieców. Niczego nie zdemolujemy, spokojnie, choćby naprawimy!
Stanęło na tym, iż Anna obiecała przekazać decyzję po rozmowie z Andrzejem.
Jesteś pewna, iż to dobry pomysł? Andrzej był sceptyczny.
Sama nie wiem… Ale z Dorotą od lat się przyjaźnimy. Gdyby nie twoja mama, sami byśmy tam siedzieli.
Tylko żeby nie marudzili potem. Przecież to kawał drogi, a mamę zostawić przez śniegi nie można.
Po krótkiej naradzie uznali, iż rodzinnym szczęściem Doroty i Michała nie mogą gardzić.
Dajmy klucze, niech sobie radzą sami podsumował Andrzej.
Dorota rozpłynęła się w podziękowaniach i już po kilku godzinach ruszyli z Michałem w Tatry. Jazda zajęła im ponad trzy godziny. Domek położony malowniczo, z widokiem na Gubałówkę, daleko od miejskiego zgiełku. Szkoda tylko, iż był zasypany po dach, a SUV ugrzązł w śniegu i musieli dzwonić do właścicieli.
Co robić? skarżyli się przez telefon.
Wracajcie, nikt wam na święta drogi nie odśnieży, wszyscy są na wolnym.
Po to jechaliśmy do Zakopanego, żeby się śniegu wystraszyć? Przecież mówiłaś, iż twój Andrzej zna jakiegoś traktorzystę z Poronina!
Jasne, zaraz wyślę numer rzuciła Anna.
Po pół godziny telefon: traktorzysta nie odbiera, podobno obcy numer. Andrzej niech zadzwoni, znają się z piłki nożnej.
W końcu udało się pan traktorzysta przyjechał, zgarnął śnieg z podjazdu, a wejście do domku Michał przekopał sam. Piec chodził jakby nie w tempie, więc Michał telefonował Andrzeja przez dwie godziny o szczegóły obsługi.
Dawno takiego nie widziałem stara wersja chyba szczerzył zęby Andrzej przez zmęczenie.
Ważne, iż w ogóle działa! rzucił z przekąsem.
Na tym się nie skończyło: Dorota dzwoniła jeszcze po nocach z pytaniami, gdzie patelnia, a gdzie łopatka do ciasta, czemu w domku zimno jak w grocie lodowej.
Wieczorem Anna i Andrzej wyłączyli telefony, chcąc zaznać ciszy.
Rano kilkanaście nieodebranych i Dorota w panice.
Gdzie byliście, co się stało?! Prawie spłonęliśmy w saunie zadymiło, mogliśmy się ugotować!
Jezus Maria
Trzeba było ostrzec, iż na kominiej jest zaślepka! Michał na szczęście domyślił się w porę.
Nie wiedziałam, iż na pierwszy rzut pójdziecie do sauny. I ten śnieg na ścieżkach!
W końcu jesteśmy gośćmi, korzystamy ze wszystkiego! Sauna była w pakiecie, nie? dodała z rozbrajającą logiką Dorota.
No jasne poddała się Anna.
Ale jeszcze nie ma grilla! A gdzie się podział stary grill? Miał być steak, a tu choćby rusztu brak!
Zepsuł się. Możecie sobie sami wymyślić, jak grillować. Proszę, tylko domu nie spalcie i śniegu nie wrzucajcie do pieca rzuciła Anna, już na granicy rozpaczy.
Po tej rozmowie Dorota przestała dzwonić chyba w końcu zrozumiała, iż Anna nie ma ochoty niańczyć ich przez obce ferie.
Dziwne, już się nie odzywają, może żyją? Andrzej był zaniepokojony.
Anna uznała, iż najlepiej zaufać przyjaciołom skoro nie dzwonią, to pewnie ok.
Pod koniec ferii Barbara wreszcie wyzdrowiała, a Anna zaproponowała środowe odbieranie kluczy i inspekcję domku ze strony męża.
Andrzej pojechał, wrócił późnym popołudniem, naburmuszony i niechętny opowieściom z gór.
Całą sprawę rozjaśniła Dorota, która zadzwoniła do Anny z prośbą o spotkanie. Mieszkała ulicę dalej.
Teściowa wróciła do siebie, na szczęście? upewniła się Anna.
Jest już w domu, kaloryfery chodzą, wróciła wczoraj wieczorem.
To widzimy się za godzinę zarządziła Anna, nie mówiąc Andrzejowi ani słowa. Domyślała się, iż źle znosi domkowe przygody.
Na kawie Dorota wręczyła Annie kartkę.
Tu wszystko wyliczone powiedziała.
Co to, faktura z gór?
Zestaw wydatków na waszym domku: traktor, elektryczna łopata, nowy grill, brykiet, rozpałka, ruszt, trzy żarówki i aromaterapia do sauny.
Hm, dzięki Ale po co mi to?
Zostawiamy wam te rzeczy. Skoro z nich będziecie korzystać, podzielmy się kosztami po połowie.
Mówisz poważnie?! Anna niemal się roześmiała. Myślała, iż Dorota żartuje.
Tak, przecież gdybyście mieli grill, nie byłoby wydatku na ruszt i rozpałkę. Gdybyście mieli sensowną łopatę, nie musielibyśmy kupować elektrycznej. I gdyby trakotzysta odśnieżał wcześniej, nie płacilibyśmy za benzynę. choćby szamponu nie było sami musieliśmy wszystko nabyć!
Doroto, to trochę przesada. To nie pensjonat, żeby w łazience leżały szampony i myjki. Łopatę i grill kupiliście z własnej potrzeby, równie dobrze możecie je zabrać do siebie, dziękuję bardzo. Aromaterapia, brykiet, ruszt to samo. A za traktor nie płacę, jechaliście w święta na własne ryzyko.
Ale przecież też będziecie jeździć po tej drodze…
Nim dotrzemy tam latem, to z tej waszej drogi nie zostanie śladu, pewnie śnieg znów zasypie. W normalnym tygodniu spółdzielnia odśnieża za darmo, tylko w święta nie pracują, dlatego musieliście zapłacić. Za żarówki ok, trzysta osiemdziesiąt złotych przesłała szybkim BLIKiem i wyszła bez słowa.
Na telefony i wiadomości już nie odpowiadała. Żeby nie być winna szamponów, z Andrzejem podjechali do domku, zapakowali całą górską inwestycję przyjaciół i wysłali im kurierem pod drzwi.
Teściowa była już zdrowa, Anna i Andrzej znów jeździli do domku, a Dorota z Michałem dostali ban na Tatry, oferta góry na wyłączność wygasła. Przyjaźń, choć przez lata się kleiła, rozmyła się jak śnieg na Gubałówce. Wierni, gościnni, a dziś złośliwie obojętni taki los towarzystwa w stylu polskiej rodzinnej gościnności.
Sami ich obdarowaliśmy, chcieliśmy dobrze… A zobacz, jakie niewdzięczniki! wściekała się Dorota do Michała, próbując zwrócić łopatę elektryczną. Niestety, bez paragonu, który został w domku przyjaciół.








