Daj klucze do domku na wsi, chcemy tam zamieszkać – małżeństwo zaprosiło znajomych na ferie, nie przewidując konsekwencji

polregion.pl 1 dzień temu

2 stycznia

Zapisuję te wydarzenia z mieszanymi uczuciami, czując, jak moje sumienie domaga się szczerości.

W tym roku Sylwestra spędziliśmy w domu nie w Zakopanem, jak planowaliśmy z rodziną i przyjaciółmi. Mama Wojtka, mojego męża, pani Barbara, poważnie się rozchorowała, więc zostaliśmy w Krakowie, by być z nią. Cicho powitaliśmy Nowy Rok tylko my i ona, trochę pierogów, barszczyk, kolędy w tle. Nie żałowałam tego, choć wciąż w głowie kłębił się żal wobec naszych przyjaciół Mariola i Grzegorz byli rozczarowani, iż odwołaliśmy wspólny wyjazd na naszą działkę pod Zakopanem. Przecież nikt nie przewidział, iż pani Barbara tak się rozchoruje właśnie teraz.

Ale i tak miałam wyrzuty sumienia. Kiedy Mariola zadzwoniła drugiego stycznia, żaląc się, iż Sylwester u nich w bloku z teściową, Grzegorzem i kotem Rysiem zamienił się w pasmo frustracji, poczułam, jak rośnie we mnie poczucie winy. „Musiałam słuchać narzekań teściowej cały wieczór. Przyszła do nas, bo ogrzewanie padło u niej w mieszkaniu! Teraz chce z nami siedzieć do końca ferii. Zwariuję!” narzekała Mariola. Współczułam jej. Choć z panią Barbarą mamy dobre relacje, choroba wiele zmienia.

„Może mogłabym wam jakoś pomóc…” zaczęłam niepewnie.

„Wiesz co, Lena… możesz.” odpowiedziała Mariola.

„Czym?”

„Pożyczcie nam klucze od waszej chaty pod Zakopanem. Uciekniemy z Grześkiem od teściowej. Niech ona siedzi u nas i sama rozmyśla.”

Zastanowiłam się. Z jednej strony żal mi było przyjaciółki, z drugiej nie wiedziałam, jak zareaguje na to Wojtek. Dom na papierze należy do niego. Powiedziałam, iż muszę się skonsultować.

„Spoko, ale obiecuję będziemy ostrożni ze wszystkim!”

Ale przecież teraz tam zasypało drogi śniegiem… Ostrzegłam.

„Mamy terenówkę, damy radę przejechać!”

Kotła też dawno nie sprawdzaliśmy…

„Grzesiek ogarnia kotły, lata przy tym pracował. Nie martw się!”

Była tak przekonująca, iż pomyślałam: dlaczego by nie spróbować? Obiecałam oddzwonić, po rozmowie z Wojtkiem.

„Jesteś pewna, Lena?” zapytał Wojtek.

„Nie wiem. Chcieliśmy jechać z nimi, gdyby nie Twoja mama…”

„Jak coś się stanie, nie damy rady tam pomóc. To kawał drogi.”

„Racja… Ale Mariola na serio jest na skraju nerwów. Ponoć jej życie małżeńskie wisi na włosku przez teściową.”

W końcu uznaliśmy, iż skoro od nas zależy ich spokój, dobrze będzie pomóc klucze przekażemy, ale niech rozwiązują sprawy sami.

Mariola była wzruszona, zapewniła, iż będzie dzwonić na bieżąco. Ruszyli z Grześkiem pod Zakopane. Trzy godziny zajęła im droga, a potem zaczęły się problemy śnieg, choćby ich terenówka utknęła. Dzwonili. Wojtek podpowiedział, żeby znaleźć lokalnego traktorzystę z pobliskiej wioski; przekazałam numer. Po pół godzinie znów odezwali się traktorzysta nie odbiera, poprosili o pomoc Wojtka. Z trudem przekonałam go do kolejnego telefonu. Udało się! Traktorzysta obiecał przyjechać w godzinę.

W tym czasie Mariola co chwilę dzwoniła, podnosiła ciśnienie wszystkim. Czułam się coraz bardziej winna.

Na szczęście traktorzysta pojawił się, odśnieżył dojazd. Ale do furtki trzeba było jeszcze odśnieżać, nikt się nie rwał, więc Grzesiek wziął łopatę i utorował ścieżkę. Otworzyli dom, ale grzejniki prawie nie grzały. Trzeba było naprawić kocioł. Grzesiek zadzwonił do Wojtka dwie godziny tłumaczył mu przez telefon, co zrobić.

„Stara ta wasza instalacja…”

„Nieważne, byle działała!” odburknął Wojtek. Czuł, iż na tym problemy się nie skończą.

I rzeczywiście. Mariola dzwoniła z każdą błahostką: gdzie jest patelnia, dlaczego dom chłodny. Wieczorem z Wojtkiem wyłączyliśmy telefony, żeby choć na chwilę odpocząć.

Rano dziesiątki nieodebranych połączeń. Co się stało? Byłam niespokojna. Oddzwoniłam Mariola odebrała dopiero po kilku próbach.

„Co się stało?!”

„Spaliśmy. Lawina kłopotów w saunie czuć było dym! Prawie się podpaliliśmy!”

„Boże…”

„Wiecie, kto budował takie piece?!”

„A co się tam wydarzyło?”

„Trzeba było powiedzieć, iż macie zaślepkę w kominie… Na szczęście Grzesiek się zorientował!”

„Przepraszam, nie myślałam, iż pójdziecie do sauny od razu…”

„A czemu nie?! Jesteśmy gośćmi, korzystamy! Mieliśmy trudności z przedarciem się przez śnieg!”

„Korzystajcie z sauny do woli!” powiedziałam lekko zdezorientowana.

„Poza tym nie znaleźliśmy grilla.”

„Stary się zepsuł…”

„I nie ostrzegliście?! Jak my mamy zrobić karkówkę?!”

„Nie mam pojęcia, Mariola… Nie ogarniam już, co się dzieje ostatnio. Poradzicie sobie. Tylko domu nie spalcie.”

Rozłączyłam się. Zachowanie Marioli zaczynało mnie drażnić.

„Wojtek, kolejny problem. Mówiłam Ci.”

„Żaden problem. Grzesiek w lecie grillował z nami, wie, gdzie jest zaślepka. A z grillem… nie nasza sprawa. Jakby chcieli gotować bigos, mielibyśmy kocioł podać? Niech jadą do wsi tam sprzedają jednorazowe grille.”

To samo powiedziałam Marioli, gdy znów zadzwoniła.

„Ok, rozumiem. Pojedziemy do wsi, w końcu dzięki nam droga odśnieżona.”

Dziwnie, ale od tej rozmowy dała mi spokój. Może w końcu zrozumiała, iż mam już dość.

Dzień później Wojtek pyta: „Cicho coś z Mariolą. Może sprawdzisz, jak tam u nich?”

Odezwała się SMS-em wszystko w porządku.

Postanowiliśmy więc zostawić ich w spokoju do końca ferii. Pod koniec świąt mama Wojtka poczuła się znacznie lepiej.

„Wojtek, jedź po klucze pod Zakopane i zobacz dom po ich pobycie,” zasugerowałam.

„Masz rację. Rano tam pojadę, wrócę wieczorem zobaczę, czy wszystko w porządku.”

Pojechał wrócił kompletnie zniechęcony, nie chciał rozmawiać. Było jasne, iż coś jest nie tak.

Dzień potem Mariola zadzwoniła, poprosiła, bym zajrzała do niej mieszka niedaleko, w sąsiedniej kamienicy.

„Już teściowa sobie poszła?” dopytałam.

„Na szczęście tak! Ogrzewanie naprawili, wróciła do siebie.”

„Dobrze, zajrzę za godzinę.” Nie mówiłam Wojtkowi widziałam, jak wszystko, co związane z naszymi przyjaciółmi, go irytuje.

Mariola przeszła od razu do rzeczy:

„Oto rozliczenie kosztów na waszej działce,” podała mi kartkę.

Popatrzyłam: opłata dla traktorzysty, elektryczna łopata, grill, węgiel, rozpałka, ruszt do grilla, trzy żarówki i aromaty do sauny.

„To jest to, co kupiliśmy.”

„Po co mi pokazujesz?”

„Zostawiliśmy wszystko u was. Możecie korzystać. Ustaliliśmy z Grześkiem, iż ponosimy połowę kosztów, skoro korzystacie dalej z tych rzeczy.”

„Serio?!”, nie mogłam się powstrzymać od ironii myślałam, iż żartują.

„Oczywiście. Gdybyście mieli grill, nie musielibyśmy wydawać na nowy zestaw. Gdyby była solidniejsza łopata, nie kupowalibyśmy elektrycznej. jeżeli traktorzysta by odśnieżył wcześniej, zaoszczędzilibyśmy na paliwie! No i w saunie nie było szamponu musiałam wszystko dokupić.”

„Mariola, chyba przesadzasz. Działka to nie hotel. Łopata i grill to wasza decyzja. Aromaty, węgiel, ruszt też. To wasze, możecie zabrać. Opłaty za odśnieżanie też nie ponoszę, sami jechaliście w święta. A za żarówki ok, zapłacę. To przydatne, dzięki iż wymieniliście.”

Przelałam jej 38 zł za trzy żarówki. Wyszłam w milczeniu. Przestałam odbierać telefony, nie odpowiadałam na wiadomości. Żeby nie być w długach, z Wojtkiem wróciliśmy na działkę, zebraliśmy ich rzeczy dostarczyliśmy kurierem.

Mama Wojtka prawie już wyzdrowiała i znów zaczęliśmy jeździć na działkę w weekendy. Mariola i Grzegorz tej możliwości zostali pozbawieni nasze przyjaźnie po tamtych feriach wygasły. Przestaliśmy być tak hojni i otwarci, a ich reakcje tylko utwierdzały mnie, iż to dobra decyzja.

Chcieliśmy dobrze… a oni? Niewdzięczni, narzekała Mariola do Grzegorza, dzwoniąc już nie do mnie, ale do Wojtka. Łopata elektryczna była jej niepotrzebna, ale oddać można było tylko z paragonem, który został u nas.

Czasem mam ochotę wrócić do czasów, kiedy dzielenie się było łatwe i oczywiste. Ale życie chyba nauczyło mnie, iż granice są konieczne, choćby wobec najbliższych.

Idź do oryginalnego materiału