Czysta kuchenka
Grażyno. Chodź tu.
Nie “proszę”, nie “jak skończysz”, tylko “chodź tu”, jak się wzywa psa.
Oparła mop o ścianę i weszła do kuchni. Bogdan siedział przy stole, patrzył w telefon. Obok, na swoim zwyczajowym miejscu przy oknie, siedziała Jadwiga Stanisławowna, popijała herbatę. W pokoju pachniało gotowanym kalafiorem i lekami, które teściowa łykała garściami od rana do wieczora.
Matka mówi, iż znowu kuchenki nie doczyściłaś rzucił Bogdan, nie odrywając wzroku od ekranu.
Myłam wczoraj.
Źle myłaś.
Jadwiga Stanisławowna odstawiła filiżankę na spodek z cichym stukiem.
Ja nie przywykłam, żeby u mnie w domu był brud powiedziała tonem oczywistej prawdy. U mnie zawsze był porządek. Dwadzieścia lat sama ten dom prowadziłam i nigdy takiego bałaganu nie było.
Grażyna miała pięćdziesiąt trzy lata. Stała w kuchni, w gumowych rękawiczkach, z mokrymi dłońmi, i słuchała. Już kolejny raz.
To pokaż, gdzie ten brud powiedziała. Umyję.
Właśnie, pokaż wtrącił Bogdan. Sama nie widzisz? Czy pokazać ci na kolanach?
Powiedział to cicho. Prawie spokojnie. Zawsze tak mówił: cicho, bez krzyku, ale z takim naciskiem, iż każde słowo trafiało tam, gdzie trzeba.
Grażyna spojrzała na kuchenkę. Kuchenka lśniła. Myła ją wieczorem po kolacji, pół godziny drapała tłuszcz z palników. Była czysta.
I wtedy coś się stało.
Nie wybuch. Nie łzy. Po prostu spojrzała na tę czystą kuchenkę, potem na Bogdana z jego telefonem, na Jadwigę Stanisławownę z filiżanką herbaty i w środku zrobiło się bardzo, bardzo cicho. Jak wtedy, gdy coś ostatecznie się psuje.
Zsunęła rękawiczki. Położyła je na stole.
Dwadzieścia osiem lat to słyszę powiedziała. Wystarczy.
Bogdan podniósł wzrok znad telefonu. Jadwiga Stanisławowna znieruchomiała z filiżanką w dłoni.
Co powiedziałaś? spytał Bogdan.
Powiedziałam: wystarczy.
Wyszła z kuchni. Poszła do sypialni, wyjęła z szafy dużą reklamówkę z Biedronki i zaczęła pakować rzeczy. Niewiele. Dokumenty, dwa swetry, bieliznę na zmianę, ładowarkę. Ręce jej nie drżały, co ją samą zdziwiło. Była spokojna, jak ktoś, kto wreszcie podjął decyzję dojrzewającą latami.
Z kuchni dobiegły głosy. Najpierw ciche, zaraz głośniejsze.
Bogdan, nie słyszysz? Idź ją zatrzymaj!
Sama idź, jeżeli chcesz.
Grażyna zapięła kurtkę, wzięła torbę i wyszła do przedpokoju. Ubierała buty. Otworzyła drzwi.
Grażyna! zawołała Jadwiga Stanisławowna z kuchni. Ty wiesz, co robisz? Dokąd ty pójdziesz? Bez niego jesteś nikim! Nikim!
Grażyna cicho zamknęła drzwi.
Na klatce schodowej pachniało kuwetą kota od sąsiadki z trzeciego piętra i świeżą farbą z pierwszego. Zeszła, wyszła na ulicę. Był październik, chłodny i wilgotny, liście leżały na asfalcie mokrą warstwą. Grażyna stanęła pod blokiem i wyjęła telefon.
Basia odebrała po drugim sygnale.
Basia powiedziała Grażyna wyszłam.
Chwila ciszy.
Skąd?
Od Bogdana. Na zawsze. Nie mam dokąd iść.
Cisza trwała trzy sekundy. Potem Basia powiedziała:
Pamiętasz adres? Za dwadzieścia minut będę w domu. Czekaj pod blokiem, powiem ci kod do domofonu.
***
Basia mieszkała w kawalerce na ulicy Słowackiego. Malutkiej, ale własnej, kupionej siedem lat temu, gdy pracowała jako recepcjonistka w hotelu i odkładała każdy grosz. Wszędzie półeczki, doniczki z kwiatami, na lodówce magnesy z różnych polskich miast. W powietrzu czuć było kawę i coś słodkiego, może cynamon.
Grażyna siedziała na kanapie z gorącą herbatą w rękach, Basia naprzeciwko, podciągnęła nogi pod siebie, patrzyła uważnie, milczała.
Opowiedz powiedziała Basia.
Nie ma co opowiadać machnęła ręką Grażyna. Zawsze to samo. Kuchenka niedoczyszczona. Zupa zbyt wodnista. Podłogi źle umyte. No i patrzą tak jakbym była uszkodzonym sprzętem.
Zawsze tak było. A dzisiaj?
Grażyna zamyśliła się.
Dzisiaj spojrzałam na czystą kuchenkę i zrozumiałam, iż jeżeli nie wyjdę teraz, to nie wyjdę nigdy. Umrę tam. Po prostu kiedyś się położę i nie wstanę. A oni powiedzą, iż źle o siebie dbałam.
Basia kiwnęła głową. Nic nie odpowiedziała. Dolała herbaty.
Nocą Grażyna leżała na Basi kanapie pod ciepłym pledem i słuchała ciszy. Prawdziwej ciszy. Bez telewizora z drugiego pokoju. Bez kaszlu Jadwigi Stanisławowny za ścianą. Bez ciągłego poczucia, iż musi zrywać się na każde zawołanie.
Nie spała do trzeciej. Nie z niepokoju, po prostu nie znała tego: leżeć i nie być odpowiedzialną za nic.
W końcu zasnęła.
***
Telefon milczał dwa dni. Trzeciego dnia Bogdan napisał SMS: “Kiedy wrócisz?” Nie “przepraszam”. Nie “porozmawiajmy”. Po prostu “kiedy wrócisz” jakby pojechała w delegację.
Grażyna przeczytała i schowała telefon do kieszeni.
I dobrze skomentowała Basia. Nie odpisuj. Niech myśli.
On nie ma o czym myśleć odparła Grażyna. Zawsze uważał, iż przejdzie mi i wrócę. Jak zawsze.
I wrócisz?
Grażyna spojrzała przez okno. Za oknem szary październikowy dziedziniec, mokre auta, nagie drzewa.
Nie, nie wrócę. Tylko nie wiem, dokąd pójdę.
Pierwsze tygodnie były dziwne. Grażyna nie wiedziała, co z sobą począć. Całe życie wstawała o siódmej, bo trzeba było zrobić śniadanie, posprzątać, zrobić pranie, iść do apteki po leki dla Jadwigi Stanisławowny, potem zakupy, znowu gotowanie, sprzątanie. Od rana do nocy. I ciągle “za mało” i “źle”.
Teraz budziła się i dzień był pusty. Nic nie trzeba było robić. Było to prawie nie do zniesienia.
Basia powiedziała któregoś ranka, gdy Basia szykowała się do pracy muszę czymś się zająć. Zwariuję, jak tak dalej pójdzie.
Szukaj pracy.
Ale jakiej? Dwadzieścia osiem lat w domu.
Przecież jesteś plastyczką.
Grażyna wybuchła krótkim, gorzkim śmiechem.
Byłam. Po studiach dwa lata w wydawnictwie, a potem ślub. Bogdan powiedział, iż niepotrzebne, on zarabia. A matka jego: porządna kobieta dom prowadzi, a nie lata po urzędach.
Zgodziłaś się.
Zgodziłam. Miałam dwadzieścia pięć lat, myślałam, iż na tym polega miłość. Że się ktoś tobą opiekuje.
Basia zamilkła, wkładając płaszcz.
W szafie mam akwarele i blok. Bratanica zostawiła, weź spróbuj.
Po co?
Bo ręce pamiętają.
***
Farby znalazła w dolnej szufladzie szafy, zawinięte w gazetę. Dziecinne, z plastikową wiewiórką na pudełku. Papier do akwareli także się znalazł, w notesie. Grażyna wzięła to wszystko, usiadła przy kuchennym stole i długo patrzyła na biały arkusz.
W końcu wzięła pędzel.
Na początku nic nie wychodziło. Kolor rozlewał się nie tak, drżała ręka, wszystko krzywe. Potargała trzy kartki. Potem się uspokoiła i zaczęła po prostu mazać, bez planu, bez zamysłu. Tylko kolor, tylko formę.
Po godzinie miała przed sobą mały obrazek: jesienny dziedziniec, który widziała z okna Basi. Mokre drzewa, szare niebo z różowawą smugą na horyzoncie.
Patrzyła i myślała: oto. To ja namalowałam.
Nie zupa. Nie czysta kuchenka. To.
Wieczorem Basia wróciła z pracy, zobaczyła akwarelę na stole i zastygła.
To ty namalowałaś?
Ja.
Super Tak żywe.
Krzywe raczej.
Żywe powtórzyła Basia. Tyle widziałam podwórek, ale taki jakby prawdziwy. Można go poczuć.
Grażyna nie odpowiedziała. Ale obrazka nie wyrzuciła.
***
W mieszkaniu Bogdana Szymańskiego tymczasem działo się coś, czego się nie spodziewał.
Przez pierwsze trzy dni czekał, iż Grażyna wróci. Przecież oczywiste dokąd pójdzie? Nic nie potrafi, nie ma pieniędzy, pracy, mieszkania. Musi wrócić.
Nie wróciła.
Czwartego dnia odkrył pustą lodówkę. Zupełnie. Jedynie samotna butelka kefiru. Poszedł do pracy głodny.
Wieczorem matka siedziała w kuchni, patrząc z tym wyrazem twarzy, jakby od dawna o wszystkim wiedziała, ale z grzeczności milczała.
Jadłeś?
Nie.
Ja też nie. Przyniosłeś coś ze sklepu?
Nie zdążyłem.
Czyli nie jadłeś i nie przyniosłeś powiedziała Jadwiga Stanisławowna. Siedemdziesiąt osiem lat żyję i takich czasów nie widziałam, żeby chleba w domu nie było.
Mamo, idź sama do sklepu.
Długa pauza.
Ja mam siedemdziesiąt osiem lat. Stawy bolą, ciśnienie wysokie, z laską chodzę. I ty mi mówisz: “idź sama”.
Nie miałem czasu, pracowałem.
A Grażyna nie pracowała? Od rana do nocy na was robiła, a ty ją wygoniłeś.
Bogdan podniósł głowę.
To ona sama odeszła!
Boś ją do tego doprowadził! głos matki był coraz wyższy. Mówiłam ci: trzeba łagodniej z ludźmi. Nic, ty zawsze wiesz lepiej.
Sam jej codziennie suszyłaś głowę: “kuchenka brudna, zupa niesmaczna, podłoga źle umyta”!
Uwagi miałam prawo mieć! W moim domu!
W moim domu, mamo! To moja własność!
Patrzyli na siebie. Po raz pierwszy od wielu lat. Grażyny nie było między nimi, nie zamortyzowała ich sporów.
Bogdan wstał, założył kurtkę i wyszedł. Trzasnął drzwiami.
Jadwiga Stanisławowna została sama w kuchni. Za oknem zrobiło się ciemno. Wstała, włączyła światło, otworzyła pustą lodówkę i po chwili zamknęła.
Usiadła z powrotem.
Było ciszej niż kiedykolwiek, gdy Grażyna mieszkała z nimi.
***
Listopad przyniósł mróz i pierwszy śnieg. Grażyna już trzy tygodnie mieszkała u Basi i stopniowo dochodziła do siebie, jak ktoś, kto długo siedział w zamkniętym pokoju i wychodzi na światło. Najpierw razi. Potem się przyzwyczajasz.
Malowała codziennie. Kupiła prawdziwe akwarele. Basia znalazła w internecie ogłoszenie: mała pracownia do wynajęcia na ulicy Rzecznej, niedaleko parku. Pokój dwadzieścia metrów z dużym oknem na północ. Tani, bo po remoncie nikt się nie zgłosił.
Grażyna obejrzała i od razu wiedziała: właśnie to miejsce.
Wynajmujesz? spytała właścicielka, starsza pani w wełnianej czapce.
Wynajmuję.
Pieniędzy prawie nie miała. Sprzedała złote kolczyki, które dostała od rodziców na ślub. Trochę bolało. Ale potem pomyślała: jaka to pamiątka? Z czego?
Pracownia stała się jej azylem. Przychodziła rano, otwierała okno, wpuszczając zimne powietrze z zapachem śniegu i rzeki. Pachniało farbą, lnem i drewnem. Rozkładała słoiki, rozkładała papier albo płótno i zaczynała pracę. choćby zapominała o jedzeniu.
Malowała wszystko: pejzaże, zakątki miasta, martwe natury z jabłkiem, starą filiżanką, butem. Coraz lepiej jej szło. Ręce naprawdę pamiętały; potrzebowały tylko czasu, żeby się rozruszać po dwudziestu ośmiu latach milczenia.
Pewnego dnia w grudniu Basia zadzwoniła:
Grażyna, nasz hotel robi małą wystawę lokalnych artystów. Wspominałam o tobie. Przyniesiesz kilka prac?
Basia, ja nie jestem artystką. Dopiero zaczęłam znowu.
Jesteś. Widziałam twoje akwarele.
To amatorszczyzna.
Grażyna, od lat sobie to powtarzasz. Przyniesiesz?
Grażyna chwilę milczała.
Dobrze zgodziła się w końcu.
***
Tam właśnie poznała Andrzeja Leonowicza.
Przyszedł na wystawę przypadkiem miał tu zarezerwowany pokój. Wysoki, w kraciastej koszuli, z siwymi skroniami, o spokojnych, szarych oczach. Stał przed jedną z prac Grażyny: zimowy park, ławka, ślady na śniegu prowadzące do niej i z powrotem.
Grażyna podeszła, chciała poprawić ramkę. Usłyszała jak cicho mówi do siebie:
Tak to bywa. Przyszli, posiedzieli i odeszli.
O śladach pan mówi? zapytała.
Odwrócił się. Nie speszył się, iż rozmawia z obrazem.
Tak. Patrzę i myślę: przyszło dwoje. Posiedzieli. Rozeszli się różnymi drogami. Może miło im było, może się pokłócili.
Ja myślałam, iż to jeden człowiek powiedziała Grażyna. Przyszła, posiedziała, wróciła do domu.
Nikt tak nie chodzi sam odparł poważnie. Ślad kluczy. Dwoje.
Grażyna popatrzyła na obraz inaczej.
Może i dwoje przyznała.
Potem rozmawiali jeszcze dobrych kilka minut. Okazało się, iż Andrzej przyjechał z Łodzi załatwiać sprawy dla brata. Był złotą rączką robił stolarkę, elektrykę, hydraulikę. Wdowiec, dwóch dorosłych synów. Mówił mało, słuchał bardzo uważnie. Nie przerywał, nie zerkał w telefon, patrzył na nią.
Było to tak dziwnie nowe, iż Grażyna nie wiedziała, co robić.
Przy wyjściu spytał:
Ma pani wizytówkę?
Nie, nie mam zmieszała się.
To numer telefonu może?
Podała. A potem długo się zastanawiała, po co. Może będzie chciał kupić obraz.
Po trzech dniach napisał: Dzień dobry, tu Andrzej, rozmawialiśmy o śladach na śniegu. Chciałbym kupić ten obraz, jeżeli nie jest sprzedany.
Nie był sprzedany. Przyjechał, zabrał go, zawinął starannie w torbę, którą przyniósł. Spytał, czy można zobaczyć inne prace.
Pojechali do pracowni. Oglądał długo i w ciszy. Kupił jeszcze dwa pejzaże.
Dobrze pani maluje powiedział.
Długo nie malowałam odpowiedziała.
Dlaczego?
Wzruszyła ramionami. Nie chciała tłumaczyć.
Tak się życie ułożyło.
Pokiwał głową, przyjął to, nie dociekał.
***
Bogdan zadzwonił w styczniu. Grażyna od kilku miesięcy mieszkała u Basi albo w pracowni. Formalnie byli jeszcze małżeństwem, dokumentów nie złożyła.
Zadzwonił wieczorem, kiedy kończyła zimowy martwy pejzaż: gałązki świerka w szklanym wazonie, szyszki, świeca.
Grażyna powiedział.
Tak?
No jak tam?
W porządku.
Cisza.
Mama chora powiedział.
Przykro mi.
Mogłabyś czasem wpaść? Przynajmniej raz w tygodniu. Pomóc w domu.
Grażyna odłożyła pędzel.
Bogdan powiedziała. Odeszłam. Mieszkam osobno. Nie wrócę do sprzątania po was.
Wciąż jesteś moją żoną.
Jeszcze chwilę, ale to się niedługo zmieni.
Nie rób tak. Wróć, pogadamy.
Przez dwadzieścia osiem lat tylko ty i twoja matka gadaliście, ja słuchałam i robiłam, co mi kazano.
Przesadzasz.
Może tak. Ale nie wrócę.
Odłożyła słuchawkę. Ręce nie drżały. choćby ją to zaskoczyło.
Pomyślała: od środka to w ogóle nie wyglądało tak prosto, jak może z boku. Odeszła żona od męża normalne. Ale w środku to była nauka chodzenia od nowa. Co dzień.
***
Kwestia pieniędzy rozstrzygała się powoli. Obrazy kupowano rzadko, za niezbyt wysoką cenę. Czasem zamawiano kartki, czasem miniatury. Basia pomogła jej założyć stronę w internecie; powoli pojawiali się ludzie, którzy śledzili jej prace, czasem pisali.
Na życie starczało ledwo-ledwo. Pracownia, żywność, ubranie. Bez luksusów, ale wystarczało.
Nie wiedziała, iż to będzie się wydawało bogactwem. A jednak tak się czuła.
Andrzej przyjeżdżał co dwietrzy tygodnie załatwiać sprawy do brata, zawsze zajrzał. Pili kawę w małej kawiarni obok parku lub spacerowali zimowymi ulicami i rozmawiali. On opowiadał o pracy, o synach, jeden już żonaty i miał zostać ojcem. Grażyna opowiadała o obrazach, iż chce spróbować malowania olejem, nie tylko akwarelą.
Nigdy jej nie pośpieszał, nie naciskał. Zauważyła, iż czeka na te spotkania. Gdy go nie było, w pracowni było ciszej.
Basia powiedziała kiedyś Andrzej… Ja się boję.
Czego?
Jest taki dobry. To mnie przeraża.
Dlaczego dobro ma przerażać?
Bo zawsze po dobrym przychodzi coś złego.
Basia patrzyła długo.
Może nie u wszystkich? odparła.
Grażyna myślała o tym kilka dni.
Potem napisała sama: Może wpadłby Pan w sobotę? Zaczęłam nową pracę, chciałabym pokazać.
Przyjechał w sobotę. Oglądał. Chwalił. Poszli znów na kawę i tam zaproponował:
Grażyna, może pojechalibyśmy gdzieś w weekend? Jest tu taki stary klasztor, godzinę drogi. Podobno zimą piękny.
Chciała.
***
Co słychać w mieszkaniu na ulicy Kopernika, gdzie został Bogdan z matką, Grażyna wiedziała od sąsiadki, pani Zofii z czwartego piętra, z którą nieraz gawędziła na schodach.
I jak, Grażyna? zagadywała Zofia. Tam u nich piekło. Przez ścianę słychać, jak się kłócą. Jadwiga Stanisławowna każdego dnia suszy Bogdanowi głowę, iż cię nie zatrzymał. On jej coś odburknie. Ostatnio tak się darli, iż mało co nie wezwałam dzielnicowego.
Grażyna słuchała i dziwiła się, iż nie czuje nic, tylko odległy smutek. Ani triumfu, ani zemsty. Po prostu: tak to bywa.
Brakowało im nie Grażyny, tylko tarczy. Całe życie strzelali w jedną stronę, a teraz została im tylko druga.
W lutym Zofia powiedziała, iż Jadwigę Stanisławownę zabrało pogotowie. Ciśnienie, serce. Bogdan siedział w szpitalu sam jak palec.
Grażyna wstawiła wodę na herbatę i pomyślała: może powinnam zadzwonić. W końcu dwadzieścia osiem lat, w końcu człowiek, choć taki.
Potem przyszła myśl: nie trzeba. Nie robić już, co trzeba. Robiła całe życie. Niech sam zacznie.
***
Marzec przyniósł roztopy i zapach wilgoci. Grażyna szła przez bazar z płócienną torbą, wybierała coś na śniadanie. Przystanęła przy stoisku z wczesnymi ogórkami, pomyślała, iż namaluje taki wiosenny targ: kolory, hałas, ludzie.
Zauważyła Bogdana.
Szedł przez bazar z foliówką, patrzył w telefon, jej nie widział. Postarzał się chyba. Albo nigdy nie widziała go tak z perspektywy. Ramiona opadnięte, kurtka pomięta, szara twarz.
Czekała, co poczuje. Strach? Złość? Uciekać, żeby nie zobaczył?
Nic takiego.
Bogdan podniósł głowę, zobaczył ją. Stanął.
Popatrzyli sobie w oczy przez trzy stoiska.
Grażyna powiedział.
Głos ten sam co zawsze, cichy, ale nieco inny. Zgubiony.
Bogdan odparła.
Podszedł. Handlarka z warzywami nagle zajęła się jabłkami.
Jak żyjesz? spytał.
Dobrze.
Schudłaś.
Możliwe.
Matka w szpitalu. Na serce.
Wiem. Przykro mi.
Chwilę milczał. Przekładał torbę z ręki do ręki.
Ty naprawdę nie wrócisz?
Grażyna spojrzała spokojnie; bez żalu, bez litości.
Nie, Bogdan. Nie wrócę.
Bo musimy jakoś żyć
Musisz ty. Ja już żyję.
Nic nie odpowiedział. Ona kupiła ogórki, zapłaciła, ruszyła dalej.
Serce biło równo. Tylko to było jej zwycięstwem, właśnie to. Nie iż odeszła, nie iż nie wróciła. Że stała przed nim i już się nie bała. Nie ściskała sama siebie z myślą: “nie wypada być opryskliwa”, “może on ma rację”. Po prostu rozmawiała jak z obcym.
Kupiła jeszcze bochenek chleba i poszła do pracowni czyli do domu, bo tak już mówiła tylko o tym miejscu.
***
W kwietniu złożyła pozew o rozwód. Sama wypełniła papiery, bez prawnika, poszła tam, gdzie trzeba. Bogdan nie protestował. Spotkali się raz u notariusza, podpisali papiery, rozeszli się.
Nie miała mieszkania. Bogdan został w swoim. O podział majątku nie walczyła, zbyt dużo by ją to kosztowało. Basia mówiła, iż szkoda, coś by dostała. Grażyna pokręciła głową.
Nie chcę tej klatki, Basiu. Chcę żyć dalej.
Ale pieniądze?
Będą, inne, własne.
Do lata widywali się z Andrzejem niemal co tydzień. Czasami ona jechała do Łodzi, czasem on do niej. Miał nieduży domek z ogrodem na cichym osiedlu. Przyjechała tam pierwszy raz w maju, stała długo pod kwitnącą jabłonią.
Ładnie powiedziała.
Żona sadziła odpowiedział spokojnie. Osiem lat, jak jej nie ma. Jabłoń kwitnie.
Stali oboje, patrząc na drzewo.
Andrzeju zaczęła Grażyna a pan się nie boi? Znowu być z kimś blisko?
Boję się odpowiedział szczerze. Ale pani mi się podoba. I myślę, iż strach to nie powód, by nie żyć.
Zaśmiała się, sama się dziwiąc.
Rozsądne.
Ja po prostu przyzwyczaiłem się słowa wbijać wprost, bez dodatkowych ceregieli.
***
Jesienią, w rocznicę tamtego październikowego dnia, gdy zabrała reklamówkę i wyszła z bloku na Kopernika, siedzieli z Andrzejem u niego w kuchni. On naprawiał szufladę, Grażyna z kawą, szkicownik otwarty.
Było ciepło. Cicho. Pachniało drewnem i kawą.
Grażyno rzucił Andrzej, nie podnosząc głowy znad śrubokręta przeprowadzisz się?
Podniosła wzrok.
Gdzie?
Do mnie. Tutaj.
Zamilkła. On też nic nie mówił, dokręcał coś w szufladzie.
Mam pracownię w mieście powiedziała.
Wiem. Tutaj jest pokój z dużym oknem na wschód. Słońce rano. Wspominałem?
Wspominałeś.
No?
Grażyna patrzyła na szkic: kuchnia, mężczyzna ze śrubokrętem, kobieta z filiżanką. Okno, za oknem ogród.
Muszę się zastanowić.
Zastanów się.
Nie będziesz poganiał?
Nie.
Czemu?
Odłożył śrubokręt, sprawdził, czy szuflada działa. Działała.
Bo mam czas powiedział. I nie pogania się dorosłych ludzi.
Popatrzyła jeszcze na szkicownik.
Dobrze powiedziała.
Dobrze, iż się zastanowisz, czy dobrze, iż się przeprowadzisz?
Dobrze, iż się przeprowadzę.
Kiwnął głową. Usiadł naprzeciwko z herbatą. Siedzieli w ciszy. Ta cisza była dobra.
***
Minęło kolejne pół roku.
Grażyna mieszkała u Andrzeja, ale pracownię na Rzecznej zostawiła. Bywała tam trzy razy tygodniowo, pracowała. Pokój z oknem na wschód w domu Andrzeja był jej drugim miejscem: tam szkicowała rano przed jego wyjściem do pracy.
Jej prace kupowano już nieco częściej. Żadna sława po prostu pojawili się jej ludzie, przychodzili specjalnie po jej obrazy. Bez rozgłosu, ale własne.
O Bogdanie słyszała czasem przez Zofię z czwartego. Jadwiga Stanisławowna po szpitalu ledwo się ruszała. Bogdan zatrudnił opiekunkę. Żył po staremu.
Grażyna słuchała, myślała: kiedyś ten człowiek był całym moim niebem. Jego nastrój moją pogodą. Jego słowa były moim prawem. Połowa Polski żyje w takich rodzinach, które z zewnątrz wyglądają jak “dobra rodzina”, a w środku są klatką, której drzwi trzyma się zamknięte od środka.
Teraz niebo było inne.
Pewnego wtorku w grudniu Grażyna przyszła do pracowni jeszcze przed świtem. Włączyła światło, nastawiła wodę. Za oknem padał śnieg, powoli, miękko.
Zadzwoniła Basia.
Grażyna, jak tam?
Dobrze, pracuję.
Słuchaj. Jedna znajoma mówiła, iż galeria w centrum szuka malarzy na wiosenną wystawę. Mała galeria, ale prawdziwa. Widziała twoje obrazy w sieci, chce pogadać. Mam numer.
Grażyna zapisała numer długopisem.
Basiu powiedziała oni pewnie chcą kogoś poważnego. Ja nie mam żadnego nazwiska, żadnej renomy.
Grażyna, przez pięć lat nie malowałaś, a teraz masz półtorej setki obrazów. To nie jest poważne?
No
Zadzwoń. Po prostu zadzwoń.
Dobrze.
Odłożyła telefon. Spojrzała na zapisany numer, potem przez okno: śnieg dalej padał, wielkimi, miękkimi płatkami. Dziedziniec już był biały, czysty jak czysta kartka.
Nalała sobie herbaty, wzięła pędzel i zaczęła malować. Zadzwoni. Później. Najpierw trzeba ten śnieg uchwycić, póki jest taki.
***
Wieczorem Andrzej przyszedł pod pracownię. Zapukał, wszedł, zobaczył ją przy sztalugach.
Gotowa?
Jeszcze pięć minut.
Usiadł na stołku przy ścianie, nie poganiał. Patrzył uważnie, czasem na nią zerkał, spokojnie, tak jak patrzy się na coś bliskiego.
Po pięciu minutach Grażyna zwinęła pędzle, zamknęła farby.
No, już.
Ładnie ci wyszło wskazał na obraz.
Nie wiem. Śnieg jest trudny. Teoretycznie biały, ale w rzeczywistości nie czasem niebieski, różowy, szary, wszystko, tylko nie biały.
interesujące powiedział poważnie. Nigdy bym nie pomyślał.
Tak jest ze wszystkim odparła patrzysz i tylko wydaje ci się, iż widzisz.
Wyszli. Na dworze było zimno, cicho, śnieg przestał padać, powietrze było tak czyste, iż aż chciało się oddychać głęboko.
Andrzej powiedziała Grażyna, idąc ciemną ulicą dostałam telefon w sprawie wystawy. Galeria w centrum.
I?
Zastanawiam się, czy się zgłosić.
A chcesz?
Zamilkła.
Chcę odpowiedziała w końcu. Ale się boję.
Czego?
Że powiedzą nie to, nie tak. Że nie jestem prawdziwą artystką. Że wszystko to niepoważne.
Andrzej szedł obok, ręce w kieszeniach.
Grażyno powiedział. Wiesz, czego już nie ma się bać?
Czego?
Najgorsze masz już za sobą. Żyłaś tam, gdzie codziennie mówili ci, iż jesteś nikim. Dwadzieścia osiem lat. Wyszłaś stamtąd z jedną torbą. To było straszne. Galeria? Powiedzą nie? I co z tego.
Zatrzymała się.
Ty to jak potrafisz, prosto w punkt.
Czasem trzeba.
Zaśmiała się. On się lekko uśmiechnął, w bocznym świetle latarni.
Idźmy, zimno.
Ruszyli dalej. Śnieg skrzypiał, latarnie odbijały się od cienkiego lodu w kałużach. W oddali świeciły okna domu.
Andrzej powiedziała.
No?
Dziękuję.
Za co?
Za to, iż nigdy mi nie mówisz musisz i powinnaś.
Zamyślił się.
Dorosły człowiek sam wie, co powinien odrzekł. Ja mogę czasem przypomnieć. Nic poza tym.
Doszli do domu. Otworzył drzwi, przepuścił ją. W sieniach pachniało drewnem i odrobiną jabłek: od jesieni trzymał je w piwnicy.
Grażyna ściągnęła buty, poszła do kuchni, zapaliła światło.
Wszystko było znajome: drewniany stół, dwa krzesła, okno na ogród. Na parapecie leżał jej szkicownik, ten, który rano zostawiła.
Otworzyła na wczorajszym szkicu: kuchnia, mężczyzna ze śrubokrętem, kobieta z filiżanką, okno na ogród.
Teraz trzeba tylko domalować śnieg.
Sięgnęła po ołówek.









