Facet, którego wszyscy kojarzą z jednej roli, wszedł pewnego piątku na scenę w hali sportowej pod Radomiem bez żadnego medialnego szumu. Zwykła gitara basowa, ubłocone adidasy, w kratę koszula. Nikt z obecnych nie dostał zaproszenia z nazwiskiem wydrukowanym na papierze. Wchodził każdy, kto miał legitymację rezerwisty, odznakę strażacką albo po prostu bliznę, której nie da się ukryć pod rękawem.
Znam tę halę. Pracuję tam jako technik oświetlenia od dziewięciu lat. W sobotę rozstawialiśmy trybuny na mecz siatkówki, a w piątek stał tam ten aktor, przez którego moja mama, jak twierdzi, płakała w kinie w 1994 roku. Ja kojarzę go tylko z jednej roli. Ale tamtego wieczoru nikt nie rozmawiał o rolach.
Kierownik powiedział mi tylko: "Ustawiasz światło, nie gapisz się". Ale jak się nie gapić, kiedy na widowni siedzą ludzie bez nóg, bez rąk, bez połowy twarzy i śpiewają z nim "Mury" tak, iż aż hala drży. Jeden facet na wózku, któremu potem musiałem przytrzymać kabel, złapał mikrofon i krzyknął do tych w mundurach: "Teraz wam pokażę, jak się tańczy, chłopaki". Tańczył rękoma.
Zaczęło się to wcześniej, gdzieś na początku lat osiemdziesiątych. Tak przynajmniej pisało w materiałach, które dostaliśmy od organizatora trasy. Podobno w jego rodzinie było kilku weteranów z poprzedniego pokolenia, od których nauczył się, iż po powrocie z wojny przychodzi cisza. Nie ta dobra, tylko ta, która dzwoni w uszach, kiedy zostajesz sam w pokoju.
Po tym filmie mógł zrobić wszystko. Dzwonili z Hollywood, oferty leżały na stole, a on kupił gitarę basową i założył zespół. Nazwa zespołu była taka sama jak nazwa jego roli. Ludzie myśleli, iż to kaprys bogatego aktora. Trasa miała trwać rok, może dwa.
Trwała piętnaście lat, a ja widziałem czterysta trzydzieści siedem koncertów. Nie wszystkie oczywiście. Jeden widziałem w tamtej hali, a w kolejnych latach sprawdzałem w internecie, gdzie występują, bo ciekawość nie dawała mi spokoju. Czterysta trzydzieści siedem. Ta liczba nie dawała mi spokoju, bo nie potrafiłem jej z niczym porównać. Mój brat, nauczyciel, w całej karierze poprowadził dwadzieścia trzy apele z okazji Święta Niepodległości i zawsze narzekał, iż to za dużo.
A tu facet, który mógł siedzieć na Mazurach w willi z basenem, gra przed dwustoma osobami na odludnej jednostce wojskowej na Podlasiu, bo akurat tam stacjonuje garnizon, którego nikt nie odwiedza.
Potem zobaczyłem w internecie zdjęcie domu. Nie jego domu. Domu, który zbudował dla kogoś innego. Płaski próg, szerokie drzwi, obniżona kuchnia, żeby człowiek na wózku mógł sam sięgnąć po patelnię. Mówili, iż zbudował ponad sto takich domów. Ktoś mi powiedział, iż bez kredytu, po prostu oddaje ludziom klucze. Ja, żeby kupić dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie, wziąłem kredyt na trzydzieści lat. Do dziś zostało mi sto osiemdziesiąt jeden rat.
Zapytałem później kolegę, który pracuje przy produkcjach w Warszawie, czy to prawda. Spojrzał na mnie jak na idiotę i powiedział: "Stary, on bierze pensję tylko po to, żeby mieć z czego dalej budować te domy".
I to mnie najbardziej rozłożyło. Nie liczba koncertów. Nie liczba wybudowanych domów. Tylko to, iż ja od dziewięciu lat przestawiam reflektory w tej samej hali i nigdy nie pomyślałem, iż mogę zrobić coś, co nie kończy się na moim koncie bankowym.
Nie jestem bohaterem. Nigdy nie służyłem w jednostce bojowej. Zwolnili mnie z poboru przez astmę, którą chyba sam sobie wymyśliłem przed komisją. Nie mam żadnej wielkiej traumy. Ale tamtego wieczoru, kiedy ten aktor zszedł ze sceny i podał szklankę wody facetowi na wózku, nie jakiemuś weteranowi z telewizji, tylko zwykłemu chłopakowi spod Kielc, który stracił nogi na misji w Afganistanie, coś we mnie drgnęło, jakby ktoś zmienił kierunek reflektora, który od lat kieruję tylko w jedną stronę.
To nie była zazdrość o pieniądze czy sławę. Stałem przy konsoli oświetleniowej i przypominałem sobie wszystkie zmiany, które przepracowałem w tej hali — jak dwadzieścia razy podnosiłem te same statywy, jak liczyłem godziny do wypłaty. Nigdy nie policzyłem, komu to światło daje coś poza mną.
Po koncercie poszedłem do magazynu po taśmę klejącą i zobaczyłem, iż ten facet stoi przy bocznej rampie. Nikogo obok niego nie było. Palcami obracał czerwoną naklejkę z butelki wody, taką co się odkleja. Nie wyglądał jak gwiazda. Wyglądał jak zmęczony basista, który po raz setny tłumaczy sobie, iż ma jeszcze siłę, żeby grać dalej.
Mogłem nic nie powiedzieć. Miałem w kieszeni telefon z otwartą aplikacją banku. Sprawdziłem, ile mam na koncie. Cztery tysiące dwieście trzydzieści złotych. Ktoś powiedziałby, iż to niewiele. Dla mnie to były trzy miesiące oszczędzania na zimowe opony.
Poszedłem do pomieszczenia ze sprzętem, usiadłem przy starym stole i napisałem krótki mail do fundacji, którą prowadzi ten aktor. Nie z prośbą o pomoc. Z pytaniem, czy przyjmują darowiznę od zwykłego technika z hali sportowej.
Odpowiedzieli po dwóch dniach. Przekazałem tę kwotę. Cztery tysiące dwieście trzydzieści złotych. Zostawiłem sobie na koncie dokładnie sto złotych. Na chleb i dwa bilety miesięczne na autobus.
Dwa tygodnie po przelewie do hali przyszedł nowy chłopak. Powiedział, iż skończył technikum, iż kiedyś budował dekoracje na festiwale. Zapytał, czy może zostawić CV. Nic szczególnego na pozór. Ale zanim wyszedł, pokazał mi zdjęcie w telefonie. Siedział na wózku przed jakimś domem jednorodzinnym, a obok stał ten aktor i się śmiał. "To mój ojciec" — powiedział. A potem dodał: "W ich domu włączniki światła są na wysokości kolan. On sam włącza sobie światło".
Wziąłem od niego CV, otworzyłem górną szufladę biurka i wsunąłem je między stare faktury za żarówki. W drodze do pomieszczenia ze sprzętem zgasiłem światło włącznikiem, do którego sięgałem po ciemku już od dziewięciu lat, dokładnie na wysokości ramienia.












