Czterysta osiemdziesiąt złotych za taksówkę z Sopotu

twojacena.pl 1 tydzień temu

Marek stał w przedpokoju z telefonem w ręku, kiedy usłyszał klucz w zamku. Dochodziła czwarta nad ranem. Za oknem sąsiad wyprowadzał psa, tego samego kundla, co zawsze budził całą klatkę o świcie, a w kuchni na blacie stygła herbata, którą Marek zaparzył sobie dwie godziny temu i o niej zapomniał.

Drzwi się otworzyły. Weszła Iwona, jego żona od jedenastu lat, w sukience, którą wkładała na wieczór panieński koleżanki z pracy. Sandałki niosła w ręku. Na schodach pewnie by się przewróciła, gdyby je miała na nogach.

— Gdzie byłaś tyle czasu — zapytał, nie podnosząc głosu.

— U Doroty. Rozmawiałyśmy.

Rzuciła torebkę na komodę. Marek zauważył, iż sukienka jest inaczej ułożona niż wtedy, gdy wychodziła — bokiem, jakby ktoś ją poprawiał w pośpiechu w ciemności. I to, iż pod spodem nic nie było. Widział to, kiedy się schylała po sandałki.

— A bielizna, Iwona?

Zamarła na chwilę z butem w dłoni.

— Zgubiłam. W klubie, na Monciaku było tyle ludzi, nie wiem, może w toalecie…

Nie powiedział nic więcej. Poszedł do sypialni, zamknął drzwi i wybrał numer Tomka, męża Doroty. Znali się od ośmiu lat, razem stawiali grilla na działce w Żukowie, razem oglądali mecze reprezentacji. Tomek odebrał po trzecim sygnale, głos miał ochrypły, jakby też nie spał.

— Tomek, wiesz może, co się działo dzisiaj z dziewczynami? Iwona wróciła bez bielizny, mówi iż zgubiła w klubie.

W słuchawce było cicho przez dobre pięć sekund. Potem Tomek zaśmiał się, ale ten śmiech nie miał w sobie nic wesołego.

— To jeszcze nic. Moja przyjechała taksówką z Sopotu, zapłaciła kartą czterysta osiemdziesiąt złotych i nie potrafiła powiedzieć, z jakiego klubu wyszła. Telefon miała rozładowany, torebkę zostawiła u kogoś, kolczyki — tylko jeden. Ja już od tygodnia nie śpię, bracie.

Marek usiadł na brzegu łóżka. Przez ścianę słyszał, jak Iwona puszcza wodę w łazience — zbyt długo, jakby zmywała coś więcej niż makijaż.

— Czekaj, to ty już wiedziałeś? I nic mi nie powiedziałeś?

— A co miałem ci powiedzieć, Marek? Że moja żona wróciła nad ranem bez majtek i nie pamięta nazwy klubu? Myślałem, iż to tylko u mnie tak jest. Że coś jest nie tak ze mną.

— A jeżeli to prawda, Tomek? jeżeli naprawdę im coś dosypano?

Cisza w słuchawce przeciągnęła się tak, iż Marek pomyślał, iż połączenie padło.

— Chciałbym w to wierzyć — powiedział w końcu Tomek. — Ale Dorota ma na nadgarstku pieczątkę z klubu, którego nazwy nie pamięta. Sprawdziłem zdjęcie w jej telefonie, zanim go rozładowała. To pieczątka Sfinksa. Tego samego, co u ciebie na wyciągu.

Rozłączyli się bez pożegnania. Marek długo siedział z telefonem w dłoni, ekran zgasł, zapaliła się tylko dioda ładowania. Nie wszedł do łazienki. Nie zapukał. Poszedł do gabinetu, otworzył laptopa i zaczął sprawdzać wyciąg z konta wspólnego — nawyk księgowego, którym był od piętnastu lat. Transakcja z klubu Sfinks przy Monte Cassino, godzina 23:47, kwota sto dziewięćdziesiąt złotych. Potem, o pierwszej dwadzieścia, płatność za taksówkę — kurs z Sopotu do Gdańska, sto sześćdziesiąt złotych, opłacona z konta Iwony. Nie tego samego, którym rzekomo płacił ktoś obcy. Jej kartą, jej ręką.

Zamknął laptopa i siedział w ciemności gabinetu, dopóki nie usłyszał, iż woda w łazience przestała lecieć.

Rano Iwona zeszła do kuchni w szlafroku, z mokrymi włosami. Postawiła przed sobą kubek kawy i patrzyła, jak para unosi się znad niego, nie pijąc.

— Musimy porozmawiać — powiedziała.

— Już rozmawiałem. Z Tomkiem.

Zbladła.

— I co ci powiedział?

— Że jego żona wróciła z Sopotu taksówką za czterysta osiemdziesiąt złotych, bez torebki, z jednym kolczykiem, i nie pamięta klubu. Ty wróciłaś bez bielizny i nie pamiętasz toalety. Mówisz, iż wam coś dosypano. Chcę w to wierzyć, Iwona. Naprawdę chciałem.

— To dlaczego mówisz to takim tonem?

Wyjął telefon, otworzył wyciąg i położył go na stole, obok kubka, z którego wciąż unosiła się para.

— Bo o pierwszej dwadzieścia, dwie godziny po tym, jak ktoś miał wam coś dosypać, ktoś przytomnie zapłacił kartą za taksówkę z Sopotu. Twoją kartą. Osoba, której ktoś podał w drinku coś, po czym nie pamięta własnej bielizny, nie loguje się do aplikacji bankowej i nie wpisuje pinu na tylnym siedzeniu taryfy. Ja też chciałbym, żeby to było takie proste, Iwona. Ale to nie trzyma się kupy.

Odstawiła kubek tak gwałtownie, iż kawa chlusnęła na obrus, ten sam w kratkę, który dostali od jego matki na pierwszą rocznicę ślubu. Patrzyła na plamę, nie na niego.

— Więc co, uważasz, iż kłamię.

— Uważam, iż coś mi ukrywasz. Może nie to, co myślałem wczoraj w nocy. Ale coś.

Milczała długo. W końcu powiedziała, cicho, bez patrzenia mu w oczy:

— Był tam ktoś. Nie w klubie. Wcześniej. Nie chciałam, żeby to tak wyglądało, dlatego powiedziałam o zgubionej bieliźnie, o drinkach. Bo prawda jest gorsza, Marek. Prawda jest taka, iż nie musiał mi nic dosypywać.

Marek nie krzyczał. Nie trzasnął drzwiami. Siedział przez chwilę zupełnie nieruchomo, jakby czekał, aż to zdanie przestanie boleć na tyle, żeby móc wstać. Potem wstał, wyjął z szuflady teczkę, w której od trzech lat trzymał dokumenty mieszkania — tego przy ulicy Kołobrzeskiej, kupionego jeszcze przed ślubem, zapisanego wyłącznie na niego. Położył ją na stole obok plamy z kawy.

— Masz dwa tygodnie, żeby znaleźć coś dla siebie.

— Marek, poczekaj, ja…

— Nie krzyczę, nie proszę o dalsze wyjaśnienia. Po prostu kończę płacić za coś, w co już nie wierzę.

Ręce mu drżały, kiedy zamykał teczkę, i musiał odczekać chwilę, zanim wstał od stołu na tyle pewnie, żeby nie było tego widać.

Przez następny tydzień Iwona próbowała różnych rzeczy. Zostawiła na stole liścik, iż to był błąd, którego żałuje bardziej niż czegokolwiek w życiu. Zadzwoniła do jego matki, płacząc do słuchawki, iż to jedna noc nie powinna przekreślać jedenastu lat. Pewnego wieczoru czekała pod drzwiami gabinetu, gdy wrócił z pracy, z dwoma kubkami herbaty, jakby nic się nie stało, jakby mógł usiąść i wypić jeden z nich.

Postawił swoją teczkę na podłodze, spojrzał na parujące kubki i powiedział tylko:

— Nie chcę herbaty, Iwona. Chcę, żebyś spakowała rzeczy do przyszłego piątku.

Zabrała kubki z powrotem do kuchni. Nie odezwała się już tego wieczoru.

Zadzwonił do notariusza, którego znał z pracy, i przepisał pełnomocnictwo do konta wspólnego wyłącznie na siebie, zamknął kartę dodatkową, którą miała Iwona, i wystawił mieszkanie na wynajem od pierwszego dnia następnego miesiąca — nie dla niej, dla studentki z Gdańska, która już oglądała je w czwartek.

Z Tomkiem też się już nie widywał. Ten zadzwonił raz, próbując zaproponować wspólne wyjście na piwo, „żeby to jakoś przegadać, jak mężczyzna z mężczyzną" — ale Marek odpowiedział tylko, iż nie ma nic do przegadania z kimś, kto milczał tydzień, wiedząc, co się dzieje w jego domu.

Dwa tygodnie później Iwona wyniosła ostatnie pudło z mieszkania przy Kołobrzeskiej. Zatrzymała się w progu, jakby czekała na coś — na inne słowa, na cofnięcie decyzji.

— Mogłeś chociaż zapytać, kim on był — powiedziała.

— Mogłem. Ale to już nic by nie zmieniło, Iwona. Nie chcę wiedzieć, komu oddałaś tę noc. Chcę tylko, żebyś zamknęła za sobą drzwi.

Podał jej kopertę z kluczami zapasowymi, które miała u siostry, i powiedział, iż czynsz za bieżący miesiąc jest już rozliczony, więc nic mu nie jest winna.

Drzwi zamknęły się za nią cicho. Marek usiadł przy stole, na którym wciąż widać było bladą plamę po kawie, i długo patrzył na puste miejsce naprzeciwko, zanim wybrał numer studentki z Gdańska, żeby potwierdzić termin oglądania na czwartek.

Idź do oryginalnego materiału