Osiemset dwadzieścia gramów kawy dziennie
Renata Wachowicz miała czterdzieści siedem lat i przez dwadzieścia dwa z nich prowadziła jedyną kawiarnię przy rynku w Kłodzku, tę z czerwonym szyldem i stolikami na zewnątrz, gdzie zimą parował grzaniec, a latem stała kolejka po lody włoskie. Kawiarnia nazywała się „Café Pod Basztą" i była jej, wyłącznie jej — zapisana w akcie notarialnym z dwa tysiące czwartego roku, bez udziałów, bez współwłaścicieli.
Jej syn Kacper miał dwadzieścia dziewięć lat i od trzech lat mieszkał z żoną Julią w bloku przy ulicy Grunwaldzkiej, dziesięć minut piechotą od rynku. Julia pracowała w banku, Kacper układał płytki — i to właśnie jego praca sprowadziła całą historię do jednego popołudnia w połowie lipca.
Renata poprosiła syna, żeby wymienił terakotę w zapleczu kawiarni, tam gdzie stały lodówki i zmywarka. Robota na góra dwa dni. Zapłaciła mu z góry, gotówką, tysiąc osiemset złotych — cenę, jaką by wzięła każda ekipa z ogłoszenia. Zawsze płaciła mu tyle samo, co obcym, odkąd raz dała mniej i przez miesiąc nie odzywał się do niej przy niedzielnym obiedzie.
Kacper przyszedł w poniedziałek, popracował trzy godziny, a potem zniknął. We wtorek też się nie pojawił. Renata dzwoniła — nie odbierał. Napisała SMS-a: „Synku, klienci się potykają o odsłonięte rury, kiedy wrócisz?" Odpowiedź przyszła dopiero w środę wieczorem, jedno zdanie: „Mam ważniejsze sprawy, ogarnę jak będę miał czas."
W czwartek do kawiarni weszła sąsiadka z piętra wyżej, pani Basia, i powiedziała to, czego Renata nie chciała usłyszeć: iż widziała Kacpra rano na targu przy dworcu, jak kupował opony zimowe do swojego passata, a obok stała Julia z torbami pełnymi ubrań ze sklepu przy Zielonym Moście. Tysiąc osiemset złotych, które miały pójść na terakotę, poszły na cztery opony i letnią wyprzedaż.
Renata nic nie powiedziała. Poszła do zaplecza i uklękła przy stercie niedokończonej terakoty. Worek kleju budowlanego zdążył zaschnąć w otwartym opakowaniu — rozerwała go paznokciem, wysypała twardą, spękaną bryłę na folię i wyrzuciła do kontenera na zewnątrz, kawałek po kawałku, żeby się zmieściła. Potem zamówiła nową ekipę — firmę z Nowej Rudy, tę samą, która robiła jej remont dziesięć lat wcześniej. Zapłaciła im dwa tysiące dwieście złotych, bo termin był pilny, sezon urlopowy w pełni, a klienci już pisali komentarze na Google, iż w toalecie kawiarni leżą kartony.
Miesiąc później, na początku sierpnia, przyszedł do niej Kacper. Nie z przeprosinami — z pytaniem. Powiedział, iż rozmawiał z Julią i iż oboje uważają, iż skoro kawiarnia „i tak kiedyś będzie jego", to mogliby już teraz przepisać na niego pięćdziesiąt procent udziałów, żeby „mieć to na papierze" przed tym, jak zaciągną kredyt na własne mieszkanie. Bank podobno chciał widzieć „stabilność majątkową rodziny".
Renata siedziała wtedy przy tym samym stoliku, przy którym dwadzieścia dwa lata temu podpisywała pierwszą umowę najmu lokalu, kiedy ledwo miała na czynsz i piekła ciasta w domu, bo nie stać ją było na cukiernika. Zapytała syna wprost: a kto wymieni terakotę, jak znów zabraknie rąk do roboty? Kacper wzruszył ramionami i powiedział, iż to nie fair porównywać jeden epizod do całego życia.
Nie robiła sceny przy klientach popijających kawę przy oknie. Powiedziała tylko, iż musi to przemyśleć, i poprosiła syna, żeby przyszedł za tydzień.
Tego samego wieczoru zadzwoniła do notariusza, pana Zbigniewa Korytko, z którym współpracowała od lat przy sprawach lokalu. Umówiła się na piątek. W piątek przyniosła ze sobą teczkę z aktem własności i poprosiła o coś innego, niż się spodziewano po tej rozmowie — nie o przepisanie udziałów na syna, tylko o testament i o pełnomocnictwo, w którym na wypadek jej choroby lub śmierci kawiarnię miała przejąć nie rodzina, a jej wieloletnia pracownica, Ania, która stała za barem od jedenastu lat i znała każdego klienta z imienia.
Tydzień później, kiedy Kacper przyszedł po odpowiedź, Renata położyła na stoliku kopię dokumentu — nie całego testamentu, tylko jednej strony, tej z pieczęcią notarialną i datą. Powiedziała, iż kawiarnia zostaje jej, w całości, dopóki żyje, a decyzję o tym, co będzie później, już podjęła, i nie ma zamiaru jej zmieniać pod wpływem kredytu bankowego czy czterech opon zimowych kupionych za pieniądze na terakotę.
Kacper poczerwieniał, zapytał, czy to ma znaczyć, iż matka mu nie ufa. Odpowiedziała, iż ufa mu jako synowi, ale nie jako wspólnikowi, który znika na trzy dni z zaliczką w kieszeni. Julia, która przyszła razem z nim i czekała przy drzwiach, nic nie powiedziała, tylko wyszła pierwsza, popychając drzwi tak mocno, iż zadzwoniły filiżanki na najbliższym stoliku.
Ania stała wtedy za barem, udając, iż przeciera espresso, i słyszała wszystko. Nikt jej nie prosił o komentarz.
Kacper nie wrócił do kawiarni przez trzy miesiące. Terakota w zapleczu została dokończona przez ekipę z Nowej Rudy jeszcze w lipcu, równa, bez pęknięć, i nikt już się o nią nie potykał.
We wrześniu Kacper zadzwonił, zapytał, czy potrzebuje pomocy przy czymkolwiek w kawiarni. Renata odpowiedziała, iż owszem — jeżeli chce, może przyjść w sobotę i pomóc Ani przy inwentaryzacji, za normalną stawkę godzinową, jak każdy zatrudniony.
W sobotę o dziewiątej rano Kacper stał przed kawiarnią. Renata otworzyła drzwi, podała mu czarny fartuch z logo „Café Pod Basztą" i kartkę z listą: lodówka numer jeden, lodówka numer dwa, magazyn syropów. Nic więcej nie powiedziała, tylko wróciła za bar, gdzie Ania już liczyła butelki.













