Do trzynastego września zostało jedenaście dni, a Halina Wrona wciąż odkładała ten telefon na później.
Warsztat samochodowy przy Kamiennej w Bydgoszczy pachniał teraz inaczej niż za życia ojca — kiedyś olejem silnikowym i kawą z termosu, dziś głównie wilgocią, bo od miesiąca nikt nie otwierał bramy na oścież. Stanisław Wrona zmarł w marcu, dokładnie osiemnastego, w poniedziałek, kiedy akurat mieli dostawę części do audi. Halina pamiętała to, bo kurier dzwonił do niej trzy razy, a ona nie mogła odebrać, bo siedziała w szpitalu przy Ujejskiego i trzymała ojca za rękę, która już nie odpowiadała uściskiem.
Warsztat, dom przy tej samej ulicy i dwieście tysięcy złotych oszczędności — to było wszystko, co po sobie zostawił. I był jeszcze testament, którego przez pół roku nikt nie chciał otworzyć, bo wszyscy udawali, iż jakoś się dogadają bez papierów.
Nie dogadali się.
Bratanek Haliny, Kacper, syn jej zmarłego brata, przyszedł do warsztatu w piątek po południu z teczką pod pachą i miną kogoś, kto już wszystko sobie ułożył. Miał trzydzieści dwa lata, prowadził wcześniej komis samochodowy w Toruniu, który zamknął po dwóch latach z długami. Usiadł na taborecie mechanika, tym samym, na którym dziadek zawsze pił kawę o dziesiątej, i powiedział, iż skoro on jest jedynym wnukiem, warsztat naturalnie należy się jemu — a ciotka niech se weźmie dom, bo i tak nie umie kluczem francuskim nakrętki dokręcić.
— Dziadek by tak chciał — powtórzył dwa razy, jakby to miało zastąpić dowód.
Halina miała pięćdziesiąt sześć lat i przez dwadzieścia dwa lata pracowała w tym samym warsztacie jako księgowa i, kiedy trzeba było, druga para rąk przy podnośniku. To ona prowadziła rozliczenia z ZUS-em, umawiała klientów, jeździła po części do hurtowni na Fordońskiej. Ojciec nigdy formalnie jej tego nie obiecał na piśmie — po prostu było oczywiste, kto tu pracuje, a kto wpada raz na rok na Wigilię z butelką wina i wychodzi przed deserem.
Zapytała wtedy tylko, czy Kacper w ogóle wie, ile kosztuje miesięcznie ubezpieczenie budynku i najem gruntu pod działką za warsztatem. Nie wiedział. Nie musiał wiedzieć — bo, jak stwierdził, "od tego są księgowe".
Sąsiadka z naprzeciwka, pani Barbara, która od trzydziestu lat prowadziła mały sklep spożywczy dokładnie na wprost bramy warsztatu, widziała tego dnia, jak Kacper wychodzi czerwony na twarzy i trzaska drzwiczkami swojego srebrnego passata tak mocno, iż aż zabrzęczała szyba wystawowa. Powiedziała potem sąsiadce z klatki, iż "ten młody chyba już liczy, ile dostanie za budynek, jak go sprzeda".
Miała rację.
Dwa tygodnie później do warsztatu przyszedł list polecony — od kancelarii notarialnej z centrum miasta, przy Gdańskiej. Kacper zlecił otwarcie testamentu bez uprzedzenia Haliny, powołując się na to, iż jako "najbliższy męski potomek" ma prawo pierwszeństwa. Notariusz, pan Zieliński, człowiek po sześćdziesiątce z okularami zsuniętymi na czubek nosa, zadzwonił jednak wcześniej osobiście do Haliny — bo, jak wyjaśnił, procedura wymaga obecności wszystkich spadkobierców, a nie tylko tego, kto się najgłośniej dopomina.
Spotkanie wyznaczono na dwudziestego dziewiątego, w kancelarii przy Gdańskiej 47, na drugim piętrze kamienicy, gdzie schody skrzypiały tak głośno, iż słychać było, kto idzie, zanim jeszcze zapukał.
Halina przyszła piętnaście minut wcześniej. Usiadła na twardym krześle w poczekalni obok automatu z wodą, który buczał nierówno, i po raz kolejny przeczytała kopię aktu notarialnego, który dostała pocztą tydzień temu — jeszcze zanim Kacper zdążył cokolwiek zaplanować. Bo to ona, nie on, była wykonawcą testamentu. Ojciec zadbał o to jeszcze w dwa tysiące dwudziestym drugim roku, kiedy po raz pierwszy trafił do szpitala z sercem.
Kacper wszedł spóźniony osiem minut, bez przeprosin, w skórzanej kurtce, która pachniała nowością, i od razu zapytał notariusza, "jak gwałtownie można to wszystko sfinalizować", bo ma już kupca na budynek warsztatu — dewelopera, który chce postawić tam kamienicę z mieszkaniami na wynajem.
Notariusz otworzył kopertę powoli, jakby czas nie miał dla niego żadnego znaczenia, i zaczął czytać.
Stanisław Wrona zapisał córce sto procent udziałów w warsztacie, w tym budynek, wyposażenie i konto firmowe. Dom przy Kamiennej — również córce, z dożywotnim prawem zamieszkania dla siebie, gdyby dożył. Bratankowi Kacprowi zostawił dwadzieścia tysięcy złotych — z dopiskiem w testamencie, odczytanym przez notariusza bez emocji, słowo w słowo: "żeby nareszcie spłacił długi po komisie i nie zaczynał od zera po raz trzeci".
Kacper zerwał się z krzesła tak gwałtownie, iż przewrócił szklankę z wodą stojącą na biurku notariusza. Krzyczał, iż to niesprawiedliwe, iż jest przecież "krwią z krwi", iż kobieta nie powinna prowadzić warsztatu samochodowego, bo "klienci nie będą ufać mechanikowi w spódnicy" — mimo iż Halina od dwudziestu dwóch lat nie miała na sobie roboczego kombinezonu inaczej niż w spodniach.
Notariusz spokojnie poprosił go, żeby usiadł, bo testament jest istotny i nie podlega dyskusji przy biurku, tylko ewentualnie w sądzie — jeżeli ma dowody na nieważność, a nie tylko żal.
Dowodów nie miał.
Halina nie odezwała się przez całe czytanie testamentu ani słowem. Dopiero kiedy Kacper wyszedł, trzaskając drzwiami kancelarii tak, iż framuga zadrżała, wzięła do ręki długopis leżący przy dokumentach i podpisała protokół przyjęcia spadku. Ręka jej nie drżała.
Trzynastego września, dokładnie w rocznicę pół roku od śmierci ojca, Halina otworzyła bramę warsztatu o siódmej rano, tak jak robił to on przez trzydzieści siedem lat. W radiu, tym samym starym radiu Pioneer stojącym na półce z narzędziami, leciała stara piosenka Budki Suflera, którą ojciec zawsze nucił przy pracy, fałszując przy wysokich dźwiękach.
Zadzwoniła do banku PKO na Focha i przelała dwadzieścia tysięcy złotych na konto Kacpra — dokładnie tyle, ile zapisał mu ojciec, ani grosza więcej. Potem otworzyła szufladę biurka, wyjęła stary segregator z umowami najmu i zaczęła przeglądać oferty od firm chcących wynająć drugi boks, ten, który od lat stał pusty, bo ojciec zawsze mówił, iż "kiedyś się przyda".
Kacper zadzwonił jeszcze raz, wieczorem, pytając, czy "może chociaż odkupić od niej udział w domu, bo mu się kręci koło głowy jeden pomysł na biznes". Halina wysłuchała go do końca, popijając herbatę z kubka, który należał kiedyś do ojca, z wyszczerbionym uchem, którego nigdy nie wyrzuciła.
— Nie — powiedziała tylko, i odłożyła telefon na blat obok segregatora.
Za oknem warsztatu przejechał tramwaj numer cztery, ten sam, którym ojciec dojeżdżał tu codziennie przez dwadzieścia lat, zanim kupił swojego starego poloneza. Halina zamknęła segregator, zgasiła radio i zaczęła spisywać ogłoszenie o naborze nowego mechanika — bo warsztat, w końcu, musiał iść dalej.













