Czterysta dwadzieścia osiem schodów do piwnicy

newsempire24.com 1 dzień temu

Krystyna Adamiak straciła wzrok w wieku szesnastu lat po zapaleniu opon mózgowych. Teraz miała sześćdziesiąt dwa — czyli od czterdziestu sześciu lat nie widziała nic. Od trzydziestu ośmiu lat pracowała jako telefonistka w rejestracji przychodni przy ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu. Budynek liczył dwanaście pięter, a ona zawsze wchodziła do pracy z Dunią — owczarkiem niemieckim, którego dostała z fundacji psów przewodników siedem lat wcześniej, kiedy suczka miała zaledwie rok.

Tego dnia, czternastego października dwa tysiące czwartego roku, miała przyjść na ósmą. Przyszła na siódmą czterdzieści, bo autobus numer osiemnaście jechał szybciej niż zwykle. W kieszeni płaszcza trzymała dwa złote na kawę z automatu — tę samą monetę nosiła codziennie, bo automat na trzecim piętrze czasem jej nie oddawał.

Pożar zaczął się w archiwum na dziewiątym piętrze. Nikt do tej pory nie ustalił, czy winna była stara instalacja, czy zapalony niedopałek w koszu na papiery. Krystyna siedziała akurat przy swoim telefonie, łącząc kolejne rozmowy z gabinetami, kiedy usłyszała krzyk gdzieś z góry, a potem alarm — ten sam przeraźliwy sygnał, który do tej pory ćwiczyli raz w roku, podczas próbnej ewakuacji, i który zawsze ją rozśmieszał, bo wydawał się zbyt teatralny na prawdziwe zagrożenie.

Tym razem nie było w nim nic śmiesznego.

Dunia, która do tej pory leżała pod biurkiem zwinięta w kłębek, podniosła się bez komendy. Krystyna poczuła napięcie szelek w dłoni — pies stał już przy jej nodze, czekał.

Przy okienku numer cztery siedziała pani Basia, pacjentka czekająca na termin do kardiologa. Krystyna odłożyła słuchawkę i podeszła do niej, zaciskając palce na uchwycie szelek tak mocno, iż pobielały jej kostki.

— Trzymajmy się razem, pani Basiu.

Korytarz wypełnił się dymem szybciej, niż się tego spodziewała. Nie gryzącym jeszcze, ale wyczuwalnym, z zapachem spalonego plastiku — kabli, może obudowy komputerów z archiwum. Gdzieś walił się regał, słyszała metaliczny brzęk spadających segregatorów. Ludzie biegli, ktoś potknął się o kogoś, ktoś krzyczał imię dziecka, choć żadnych dzieci w przychodni akurat nie przyjmowano.

— Do schodów, Dunia. Szukaj schodów.

Pies ruszył pewnie, trzymając trasę wzdłuż ściany, mimo iż ludzie przepychali się z obu stron. Na klatce schodowej od strony C, tej rzadziej używanej, tłum był mniejszy. Dunia zaprowadziła ją właśnie tam, choć główna klatka była bliżej — nauczyła się tej trasy podczas ćwiczeń ewakuacyjnych i zapamiętała ją lepiej niż ludzie, którzy traktowali te próby jako formalność.

Schodzili. Dwanaście pięter po trzydzieści pięć stopni na piętro, licząc odpoczynki na półpiętrach — Krystyna później, już w szpitalu, policzyła to razem z synem na kalkulatorze: czterysta dwadzieścia osiem stopni.

Na siódmym piętrze dołączyła do nich pielęgniarka, pani Ewelina, prowadząca pod ramię starszego pana z kroplówką odłączoną w pośpiechu, z igłą jeszcze zabandażowaną w zgięciu łokcia.

— Niech się pani trzyma mojego psa — powiedziała Krystyna. — Ona wie, gdzie idzie.

Pani Ewelina nie protestowała. W dymie i krzyku nikt nie miał czasu w dumę.

Na piątym piętrze zrobiło się ciemno od gęstego dymu, gaśnice z korytarza były już zdjęte przez kogoś wcześniej, syrena wyła coraz głośniej. Dunia zwolniła, ale nie zatrzymała się — obchodziła przewrócony wózek z pościelą, prowadziła ich tam, gdzie powietrze było czystsze, trzymając się niżej, blisko podłogi.

Krystyna czuła ciepło przez podeszwy butów na trzecim piętrze. Nie powiedziała tego nikomu. Liczyła tylko kroki na głos — "dwieście trzydzieści jeden, dwieście trzydzieści dwa" — równym tonem, bo wiedziała, iż drżenie w głosie przechodzi przez szelki do psa szybciej niż przez powietrze.

Wyszli na ulicę o ósmej dwadzieścia jeden. Dziewięć minut później, jak ustalono potem z nagrań kamer monitoringu miejskiego, runęła konstrukcja nad archiwum, zabierając ze sobą dziesiąte, jedenaste i dwunaste piętro.

Siedzieli na chodniku przy przystanku, z dala od budynku, kiedy podjechały straż i karetki. Pani Ewelina trzymała za rękę starszego pana z kroplówką, który milczał, wpatrzony w dym. Krystyna objęła dłońmi pyszczek Duni, czując, jak pies dyszy — szybko, ale już spokojniej.

— Dobra dziewczyna — powtarzała. — Dobra dziewczyna.

Monetę na kawę znalazła w kieszeni płaszcza dopiero wieczorem, kiedy syn rozwieszał płaszcz nasączony dymem na balkonie. Dwa złote, wciąż ciepłe od jej ręki. Kawy tego dnia nie wypiła.

Dunia dożyła kolejnych pięciu lat. Zmarła w dwa tysiące dziewiątym, w wieku trzynastu lat, we śnie, w mieszkaniu Krystyny na Jeżycach. Krystyna pochowała jej obrożę w ogrodzie przy altanie, przy różach, które posadziła rok wcześniej.

Przychodnię odbudowano, numeracja okienek się zmieniła, nowe archiwum przeniesiono do innego budynku. Krystyna przeszła na emeryturę trzy lata później, po czterdziestu latach pracy. Na korytarzu przychodni do dziś wisi mała tabliczka z imieniem Duni i datą czternastego października, obok drzwi do klatki schodowej C.

Idź do oryginalnego materiału