Nazywam się Rafał Duda, mam dwadzieścia dziewięć lat i jestem ojcem Antka. Piszę to, bo w moim telefonie wciąż jest nagranie z tamtego popołudnia, którego nie potrafię obejrzeć od początku do końca. Za trzecim razem wyłączam je zawsze w tym samym miejscu.
Był dwudziesty siódmy lipca, sobota, upał taki, iż asfalt na drodze wojewódzkiej pod Kwidzynem lśnił jak mokry. Jechaliśmy z żoną Dorotą do jej rodziców na Mazury, z tyłu Antek, cztery latka, i jego starszy brat Kuba, dziewięć. Radio grało coś ze Trzeciego Programu, Dorota przez chwilę kłóciła się ze mną o nawigację, bo uparła się, iż skrót przez wieś będzie szybszy. Miała rację co do kilometrów. Nie miała racji co do wszystkiego innego.
Na łuku drogi, tam gdzie asfalt schodzi w dół ku rowowi melioracyjnemu przy Nowej Wsi, złapałem poślizg na żwirze, który ktoś zostawił po robotach drogowych. Auto zjechało, przewróciło się przez rów i wpadło do kanału, który akurat po deszczach z poprzedniego tygodnia stał pełen wody. Pamiętam huk, potem ciszę, w której słychać było tylko bulgotanie i płacz Kuby obok mnie.
Nie potrafię dokładnie odtworzyć, jak wyciągnąłem siebie i Kubę przez okno po stronie kierowcy — to jedyne, które dało się otworzyć. Wiem, iż woda sięgała mi do piersi, iż but zostawiłem gdzieś w błocie i iż krzyczałem imię syna, zanim jeszcze wynurzyłem głowę.
Antek został. Fotelik, do którego zawsze protestował, iż jest za duży, w tej jednej chwili go uwięził.
Na poboczu w tym samym momencie zatrzymał się srebrny volkswagen passat. Wysiadły z niego cztery dziewczyny — jak później się dowiedziałem, studentki pielęgniarstwa z Gdańska, jechały na urodziny koleżanki do Elbląga. Pamiętam, iż jedna z nich, drobna blondynka w podkoszulku z napisem jakiegoś festiwalu muzycznego, od razu zdjęła buty i weszła do wody, nie pytając nikogo o zgodę. Dzwoniła na 112 druga, ta w czerwonej bluzie — słyszałem jej głos, spokojny, prawie zawodowy: "Rów melioracyjny przy Nowej Wsi, dziecko w aucie, potrzebujemy karetki i straży."
To ja krzyczałem najgłośniej. Nie mogłem dosięgnąć klamry pasa — moje ręce trzęsły się tak, iż nie trafiałem palcami. Woda była mętna od gliny, nic nie było widać, tylko czuć.
Dziewczyna, która nazywała się Ada — imię zapamiętałem, bo powtarzała je do mnie, żebym się skupił na jej głosie, a nie na wodzie — zanurkowała trzy razy. Za czwartym razem wyszła z Antkiem na rękach.
Był siny. Nie oddychał.
Kolejna z nich, ta która pracowała latem jako ratownik na basenie w Sopocie, ułożyła go na trawie przy drodze i zaczęła uciskać klatkę piersiową. Liczyła głośno, na głos, jakby to była instrukcja dla nas wszystkich, żebyśmy nie zwariowali. Piętnaście uciśnięć, dwa oddechy. Jeszcze raz. Doroty przy tym nie było — biegła w stronę drogi, machać do przejeżdżających aut, bo karetka miała jechać z Kwidzyna, czyli dwadzieścia minut.
Po jakichś siedemdziesięciu sekundach — chociaż wtedy wydawało mi się, iż minęła cała moja dorosłość — Antek zakaszlał. Wypluł wodę i zaczął płakać. Nigdy w życiu nie ucieszył mnie tak bardzo dziecięcy ryk.
Wziąłem go na ręce i pamiętam zapach mułu z rowu zmieszany z jego szamponem, tym o zapachu truskawki, który Dorota kupuje zawsze w tej samej drogerii w Kwidzynie. To głupi szczegół, wiem. Ale trzymam się go, bo w tamtej chwili to był jedyny znak, iż świat wciąż jest ten sam co przed wypadkiem.
Karetka zabrała nas do szpitala w Kwidzynie na obserwację. Antek został na dwie doby, wyszedł zdrowy, tylko z lekkim zapaleniem oskrzeli po połkniętej wodzie. Komenda Powiatowa Policji w Kwidzynie skontaktowała się potem z dziewczynami — dowiedziałem się, iż dostały od komendanta pisemne podziękowanie, a lokalna gazeta zrobiła o nich krótką notatkę. Nie chciały rozmawiać z dziennikarzami dłużej niż pięć minut. Ada powiedziała tylko, iż nie miała czasu się bać, bo liczyła sekundy.
Ja mam czas się bać do dziś. Śnią mi się czasem te trzy nurkowania, zanim wyniosła go na brzeg. Ale bardziej niż strach zostało mi coś innego — konkretna rzecz, którą zrobiłem trzy tygodnie później, kiedy przestałem trząść się na sam widok wody.
Sprzedałem nasze audi a4 z tamtego wypadku — auto, w którym Dorota tyle razy wspominała, jak dobrze się prowadzi na trasie — za dwadzieścia dwa tysiące złotych mechanikowi z Malborka, który chciał je na części. Nie chciałem, żeby stało w garażu jako pomnik. Za te pieniądze, plus jeszcze osiem tysięcy własnych oszczędności, kupiłem dwa nowe fotelik i-Size z systemem isofix — nie te najtańsze, tylko te z najwyższą oceną w testach ADAC, trzy tysiące sto złotych za sztukę — a resztę, osiemnaście tysięcy, przelałem fundacji WOPR w Gdańsku, która szkoli młodych ratowników wodnych. Poprosiłem tylko, żeby część tej kwoty poszła na stypendium dla studentek pielęgniarstwa, które chcą zrobić kurs ratownika — bez podawania nazwisk, bez zdjęć, po prostu żeby ktoś inny miał szansę stanąć nad wodą przygotowany tak, jak Ada i jej koleżanki tamtego dnia.
Dostałem od fundacji potwierdzenie przelewu i krótki list z podziękowaniem, który trzymam w segregatorze razem z wypisem ze szpitala. Antek ma dziś pięć lat, boi się głębokiej wody bardziej niż inne dzieci w jego wieku, ale co niedzielę chodzimy razem na basen przy ulicy Grunwaldzkiej, bo uparłem się, iż pierwszy dorosły, którego pozna jako ratownika, będzie znał z imienia, a nie z nagrania w telefonie.













