Nazywam się Bożena Wilk, mam pięćdziesiąt trzy lata i od jedenastu pracuję jako konduktorka na trasie Katowice–Kraków. Tamtego dnia, w piątek, miałam drugą zmianę, a pociąg był zapchany jak przed świętami, choć to był zwykły wrzesień. Ludzie wracali z pracy, studenci z plecakami, jakaś para ze Szczecina fotografowała sobie kanapki na stoliku. Nic, czego bym wcześniej nie widziała setki razy.
W wagonie drugiej klasy siedziało tego dnia czterech mężczyzn, których zapamiętałam tylko dlatego, iż jeden z nich, ten najmłodszy, spał z głową opartą o szybę przez całą drogę z Katowic. Nazywał się Kuba – tak go później nazwał kolega, ten w bordowej bluzie, kiedy krzyczał do niego przez cały wagon. Kuba miał dwadzieścia sześć lat, pracował w firmie ochroniarskiej, o czym dowiedziałam się dopiero z gazet. Obok niego siedział Marcin, po służbie w jednostce w Afganistanie, i trzeci, Dawid, student z Wrocławia. Znajomi od podstawówki, jechali razem na wesele kuzyna do Krakowa.
Toaleta na końcu wagonu numer 12 zawsze mi trochę cuchnęła spalinami z lokomotywy, więc kiedy zauważyłam, iż ktoś siedzi tam już dwadzieścia minut, chciałam zapukać. Nie zdążyłam. Drzwi się otworzyły same, a z środka wyszedł mężczyzna bez koszuli, z plecakiem przewieszonym przez ramię, i czymś długim, owiniętym w materiał.
Pasażer z pierwszego rzędu, starszy pan w okularach, wstał i spróbował go zatrzymać – złapał go za ramię, powiedział coś, czego nie dosłyszałam przez stukot kół. Napastnik odepchnął go tak mocno, iż mężczyzna upadł między fotele. W tym samym momencie z drugiej strony przedziału zerwał się nauczyciel z Lyonu, pan Robert – tak się później okazało, uczył francuskiego w liceum – i rzucił się wprost na broń.
Udało mu się na chwilę wyrwać karabin z rąk napastnika. Pamiętam ten moment, bo krzyczał coś w stronę reszty wagonu, chyba „uciekajcie", ale zaraz potem rozległ się strzał – inny, cichszy, jakby stłumiony. Napastnik miał jeszcze pistolet, ukryty pod spodniami. Pan Robert upadł, krew zaczęła rozlewać się po podłodze wagonu szybciej, niż zdążyłam pomyśleć, co robić.
Kuba obudził się od tego strzału. Widziałam to z odległości niecałych ośmiu metrów, bo akurat blokowałam drzwi między wagonami, żeby nikt nie wbiegł w stronę zagrożenia. Otworzył oczy, zobaczył konduktora – mojego kolegę, Zenka – biegnącego w panice przez przejście, a za nim napastnika, który schylał się po broń leżącą na podłodze.
Marcin złapał Kubę za ramię, powiedział mu jedno słowo. Nie usłyszałam które, ale widziałam, jak Kuba zerwał się z miejsca w ułamku sekundy, jakby czekał na to od dawna. Pobiegł prosto przed siebie, między fotelami, przez torby zostawione na przejściu, wprost na mężczyznę z karabinem.
Zderzyli się przy drzwiach do drugiej toalety. Kuba przycisnął go do ściany, tej z metalowym uchwytem na ręcznik papierowy, który wyrwał się z zawiasu podczas szamotaniny. Napastnik miał w ręku nóż introligatorski, taki z wysuwanym ostrzem – wiem, bo mój mąż ma podobny w warsztacie. Ciął nim na oślep. Trafił Kubę w szyję, w policzek, omal nie odciął mu kciuka. Krew kapała na wykładzinę, tę szarą, którą później musieliśmy wymieniać w całym przedziale.
Kuba go nie puścił. Nie wiem, jak to możliwe przy takich ranach, ale trzymał go za nadgarstki, dociskał kolanem do podłogi. Marcin dobiegł chwilę później, wyrwał karabin i odrzucił go pod fotele, żeby napastnik nie mógł go dosięgnąć. Dawid razem z jakimś Anglikiem w jasnej marynarce – później się dowiedziałam, iż nazywał się Chris i wracał z konferencji w Amsterdamie – przytrzymali mu nogi. Związali go moim własnym paskiem od fartucha służbowego, bo nikt nie miał niczego innego pod ręką.
Ja przez ten czas stałam jak wryta, z ręką na klamce, i patrzyłam. Później mi mówiono, iż powinnam była wezwać pomoc przez radiotelefon wcześniej – i wezwałam, ale dopiero gdy zobaczyłam, iż są już czterej na nim. Wcześniej po prostu nie mogłam się ruszyć.
Kuba, cały we krwi, nie usiadł. Podszedł, kulejąc, do pana Roberta, który leżał na podłodze między rzędami siedzeń, blady jak ten wapienny mur na dworcu w Krakowie. Zobaczył, iż rana krwawi zbyt mocno na zwykły opatrunek. Wsadził palce prosto w ranę, przycisnął tętnicę – tak jak go uczyli w jednostce, jak mi wytłumaczył sanitariusz, który przyjechał później w Trzebini, gdzie pociąg musiał się zatrzymać awaryjnie. Trzymał tak, klęcząc na podłodze, przez całe czternaście minut, dopóki nie podjechała karetka.
Napastnik miał przy sobie jeszcze pistolet, dziewięć magazynków, ponad dwieście sztuk amunicji i butelkę z płynem, który później okazał się benzyną. Karabin się zaciął – gdyby nie to, nikt z nas by dzisiaj tego nie opowiadał. Nikt w tym pociągu nie zginął.
Trzy dni później w telewizji pokazywali, jak prezydent Francji wręcza im odznaczenia. Ja tego nie widziałam na żywo, bo akurat miałam zmianę do Zakopanego. Zapamiętałam tylko, iż kiedy wypełniałam raport służbowy tamtego wieczoru, długo nie mogłam wymyślić, jak nazwać rubrykę „przyczyna opóźnienia pociągu". Napisałam w końcu: „zdarzenie nadzwyczajne, bez ofiar śmiertelnych".
Do dziś, kiedy jadę tą samą trasą i mijam wagon drugiej klasy, zerkam na miejsce przy oknie, gdzie tamten chłopak spał, zanim się obudził.














