Czternaście tysięcy złotych za pomalowanie ściany

twojacena.pl 3 dni temu

Robert Wachowicz miał czterdzieści jeden lat i warsztat lakierniczy przy ulicy Kolejowej w Tarnowie, kiedy jego szwagier po raz kolejny zaczął przy niedzielnym obiedzie tę samą śpiewkę. Że Robert to niby fachowiec, a bramki wjazdowej do własnej posesji nie potrafi wyprostować. Że jak wygrywa, to tylko z takimi, co grają na trawie za stodołą, a jak trafi na kogoś poważnego, zaraz się gubi.

Chodziło o zakład, który się ciągnął od maja. Dwa warsztaty, jego i Artura, obstawiały mecze ligowe na fikcyjne punkty, coś w rodzaju rodzinnej zabawy, którą teściowa nazywała "głupotami dorosłych chłopów". Kto na koniec sezonu miał więcej punktów, ten dostawał od przegranego robociznę za darmo – przegrany miał pomalować garaż zwycięzcy. Robert przez pół roku prowadził uczciwie, przegrywał tylko z faworytami, wygrywał z całą resztą. Artur trafiał czasem w niespodziankę, ale ogólnie jechał na minusie.

A potem, w ostatnią sobotę września, coś się przestawiło. Robert obstawił trzy mecze z rzędu przeciwko drużynom, które od lat nie miały żadnych szans – i przegrał wszystkie trzy. Artur, tego samego dnia, trafił dokładnie te wyniki, które nikt się nie spodziewał. Punkty się wyrównały, potem przeskoczyły na jego korzyść, i nagle to Robert miał malować garaż.

Przy obiedzie u teściów, przy rosole i kurczaku pieczonym z ziemniakami, Artur odstawił widelec i powiedział to na głos, żeby wszyscy słyszeli:

– No i widzisz, Robert. Jak jest łatwo, to wygrywasz. Jak trzeba coś przewidzieć, to nagle nie umiesz.

Teściowa dolała sobie kompotu, nie komentując. Kasia, żona Roberta, wzięła nóż i widelec i zaczęła kroić kurczaka na coraz drobniejsze kawałki, chociaż jej porcja od dawna leżała pocięta na talerzu w kawałkach mniejszych, niż to konieczne do jedzenia.

Robert nic wtedy nie odpowiedział. Wrócił do domu, usiadł w warsztacie przy biurku zawalonym fakturami za lakier bazowy i zaczął sprawdzać. Nie mecze – zakład. Bo coś mu nie pasowało od tygodnia, tylko nie chciał w to wierzyć.

Dostęp do wspólnego arkusza w telefonie, w którym zapisywali typy przed każdą kolejką, Artur miał od czerwca – zalogował się kiedyś na koncie Roberta, żeby coś poprawić po awarii aplikacji, i konto zostało zapamiętane na jego telefonie. Przez większość sezonu nic z tym nie robił – mecze szły swoim trybem, on obstawiał na czuja jak zawsze, czasem trafiał, częściej nie. Dopiero pod koniec sezonu, kiedy zobaczył, iż stawka – darmowa robocizna przy garażu – naprawdę może wypalić na jego korzyść, zaczął zaglądać częściej.

Robert miał swój sposób pracy: najpierw zapisywał typy w prywatnej notatce w telefonie, przemyśliwał je przez dzień czy dwa, a dopiero potem przepisywał ostateczną wersję do wspólnego arkusza, żeby Artur widział gotowe typy, nie te robocze. Historia logowań w aplikacji do notatek pokazała, iż ktoś od trzech tygodni wchodził właśnie do tej prywatnej wersji, zawsze w piątek wieczorem, zanim Robert zdążył cokolwiek przepisać do arkusza na sobotę. I zawsze potem, we wspólnym dokumencie, Artur stawiał dokładnie odwrotnie niż to, co Robert miał zapisane roboczo – tam, gdzie było ryzykowniej, wiedząc, iż pojedynczy zakład może przegrać, ale zgarnie premię za "niespodziankę", bo w ich zasadach niespodziewane trafienie liczyło się podwójnie.

Czyli przez trzy ostatnie kolejki września Artur nie zgadywał wyników. Czytał typy Roberta, zanim ten zdążył je przenieść na czysto, i obstawiał świadomie przeciwko niemu.

Robert nie zadzwonił od razu. Poszedł do warsztatu, wziął z szafki metalowe pudełko po cukierkach, w którym trzymał wszystkie faktury i umowy z klientami, i dorzucił do niego wydruk historii logowań. Miał to na pamiątkę, na wszelki wypadek.

W następną niedzielę, znowu u teściów, znowu przy obiedzie, Artur zaczął to samo – iż umowa to umowa, iż sobota jest ostatnim dniem sezonu, iż Robert ma szykować farbę i pędzle na następny weekend. Teściowa uśmiechała się z zadowoleniem, bo lubiła, kiedy zięciowie się przekomarzają, jej zdaniem to oznaczało, iż rodzina jest zżyta.

Robert odłożył łyżkę, wyjął telefon i położył go na środku stołu, ekranem do góry. Otworzył zrzut ekranu z historią logowań, obok drugi – zdjęcie wiadomości, które przyniósł mu wcześniej tego tygodnia kolega Artura z warsztatu, Grzesiek. Wpadł do Roberta po lakier do zderzaka i przy okazji, bez większego namysłu, pokazał mu na telefonie stary czat, w którym Artur chwalił się trzy tygodnie temu, iż "ma dostęp do typów szwagra, więc gra na pewniaka". Grzesiek myślał, iż to zabawna ciekawostka, nie wiedział, iż robi Robertowi przysługę, o jaką by nie poprosił.

– Sprawdziłem – powiedział Robert, bez podniesionego tonu. – Przez ostatnie trzy kolejki zaglądałeś do moich typów, zanim jeszcze trafiły do wspólnego arkusza. Stawiałeś przeciwko mnie, wiedząc co ja typuję. To nie jest wygrana, Artur. To jest oszustwo.

W kuchni cykał piekarnik, nikt nic nie mówił. Artur sięgnął po telefon Roberta, żeby przeczytać dokładniej, ale ręka mu drżała na tyle, iż upuścił widelec na podłogę.

– To były żarty, głupi zakład o pomalowanie garażu, robisz z tego aferę…

– Żarty to było przez pół roku, kiedy uczciwie ze mną przegrywałeś – odpowiedział Robert. – To, co zrobiłeś w ostatnich trzech kolejkach, to już nie żarty.

Teściowa próbowała ratować sytuację, mówiąc, iż przecież to tylko malowanie garażu, iż nie warto się kłócić o farbę. Robert pokręcił głową.

– Nie chodzi o farbę. Chodzi o to, iż przez trzy tygodnie okłamywał mnie, siedząc przy tym samym stole.

Kasia odezwała się dopiero teraz, cicho, ale wyraźnie:

– A pożyczka na kompresor? Też była częścią tej samej gry, czy tylko przy okazji się złożyło?

Robert milczał chwilę, bo sam się nad tym zastanawiał od tygodnia. Dwa lata temu Artur pożyczył mu czternaście tysięcy złotych na kompresor lakierniczy i przy tej okazji, "żeby było czysto na papierze", wszedł jako cichy wspólnik do warsztatu – pół udziału, dla zabezpieczenia pożyczki, jak twierdził. Od tamtej pory zaglądał do warsztatu częściej niż do własnego, doradzał, komu Robert powinien podnieść cenę, a komu obniżyć, kogo zatrudnić do lakierni. Robert brał to za troskę szwagra. Teraz, kiedy poskładał to razem z dostępem do arkusza, z tym samym cierpliwym czekaniem na moment, w którym stawka będzie wysoka, wyglądało to inaczej – jakby Artur od dawna traktował i pożyczkę, i udziały, i zakład jako różne sposoby na to samo: żeby mieć rękę na warsztacie Roberta.

Tydzień później Robert poszedł do notariusza w centrum Tarnowa i formalnie rozwiązał spółkę. Najpierw oddał czternaście tysięcy co do grosza, z odsetkami, przelewem, z dopiskiem w tytule: "spłata pożyczki na kompresor, zamknięcie rozliczeń". Umowę wspólnika wypowiedział tego samego dnia – miał do tego prawo, bo w papierach była klauzula o trzymiesięcznym okresie wypowiedzenia, którą kiedyś sam Artur wpisał, przekonany, iż nigdy z niej nie skorzysta.

Kasia patrzyła, jak mąż wraca z teczką dokumentów i kładzie ją na kuchennym stole obok czajnika.

– I co teraz? – spytała.

– Teraz warsztat jest tylko mój. Bez nikogo zaglądającego mi przez ramię – ani do papierów, ani do telefonu.

Artur zadzwonił trzy razy tego wieczoru. Robert nie odebrał. Za to odpisał jedną wiadomością: iż spłacił dług, iż umowa spółki wygasła zgodnie z zapisem, i iż garaż i tak trzeba było pomalować, więc zrobi to sam, w wolny weekend, bo lubi taką robotę, kiedy nikt mu nie patrzy na ręce.

Idź do oryginalnego materiału