Miałem osiemnaście lat, kiedy Barbara oznajmiła, iż jest w ciąży. Akurat naprawiałem łańcuch na rowerze, na podwórku u jej rodziców w Tarnowskich Górach, i upuściłem klucz płaski na beton, kiedy to usłyszałem. Dwa tygodnie wcześniej śmialiśmy się z kolegami z osiedla, iż jedna dziewczyna z naszej klasy "wpadła" i teraz będzie miała dziecko w maturalnym roku. Śmialiśmy się, iż dobrze, iż to nie my. A potem to byliśmy my.
Ślub wzięliśmy trzy miesiące później, w listopadzie, w urzędzie na Rynku. Taka wtedy była kolej rzeczy — nikt nie pytał, czy jesteśmy gotowi, tylko kiedy zarezerwować salę. Mama Barbary upiekła sernik, bo na więcej nie było pieniędzy, a ja w garniturze pożyczonym od wujka czułem się jak przebrany chłopiec, co w gruncie rzeczy było prawdą. Rok później urodził się nasz syn Kacper. Pracowałem w kopalni na trzeciej zmianie i wracałem do domu o szóstej rano, pachnąc węglem, a Barbara czekała z kawą i z dzieckiem, które już nie spało.
Kiedy urodził się nasz drugi syn, Michał, coś między nami zaczęło pękać. Nie od razu i nie głośno — po cichu, tak jak pęka szyba, kiedy ktoś ją uderzy od spodu. Oddaliliśmy się. Ja spędzałem więcej czasu w pracy niż w domu, a potem spędzałem czas z kobietą, która nie była moją żoną. Nazywała się Ewa, pracowała w piekarni, do której codziennie wpadałem po bułki przed szychtą. Nie szukam dla siebie żadnego alibi — zdradziłem Barbarę i wiedziałem to już wtedy, kiedy to robiłem.
Rozstaliśmy się na rok. Barbara wyprowadziła się z chłopakami do swojej siostry w Bytomiu, ja zostałem w naszym mieszkaniu na Osiedlu Przyjaźni i piłem więcej piwa niż powinienem, wieczorami przy oknie, wypatrując na parkingu samochodu, który miałby ją przywieźć z powrotem. W końcu zadzwoniła. Powiedziała, iż chce spróbować jeszcze raz, iż chłopcy pytają o tatę. Wróciliśmy do siebie i urodziły nam się dwie córki — Aleksandra i Natalia. Byłem przekonany, iż to jest ten moment, w którym wszystko się naprawia na dobre.
Tego samego roku zmarła moja babcia i zostawiła mi niewielki dom przy ulicy Krakowskiej, kilka ulic od rynku. Dom był zaniedbany — rynny obrywały się od dachu, a w piwnicy stała woda po każdej ulewie — ale przepisałem go na siebie bez wahania i bez pytania Barbary o zdanie. Powiedziałem jej tylko, iż to zabezpieczenie dla dzieci, gdyby kiedyś coś poszło nie tak. Nie spodobało jej się to słowo "gdyby", ale nie drążyła. Przez następne lata jeździłem tam w wolne soboty, sam, i uszczelniałem rynny albo wymieniałem przepaloną instalację, zupełnie jakbym musiał mieć jedno miejsce, którego nikt nie mógł mi zabrać, choćby jeżeli nikt w nim nie mieszkał.
Nie naprawiło się. Przez kilka lat żyliśmy jak większość małżeństw — kłótnie o pieniądze, wspólne wakacje nad morzem w Łebie, choinka co roku kupowana na ostatnią chwilę, bo zawsze było coś ważniejszego. Ale pod tą codziennością coś znowu się psuło, tylko tym razem ja byłem po drugiej stronie. Dowiedziałem się, iż Barbara widuje się z innym mężczyzną — kolegą z pracy, który podwoził ją do domu, kiedy padał deszcz, a potem podwoził ją też, kiedy nie padało.
Rozmowa w kuchni odbyła się wieczorem, z córkami już w łóżkach, z telewizorem mrugającym bez dźwięku w drugim pokoju. Barbara stała przy zlewie i wycierała ten sam kubek od dziesięciu minut, obracając go w ściereczce w kółko, mimo iż był suchy już dawno. Nie krzyczałem. Powiedziałem tylko: "Wiem." Odstawiła kubek na blat, za głośno jak na pustą kuchnię, i nie zaprzeczyła.
— Od kiedy wiesz? — spytała w końcu.
— Od trzech tygodni. Widziałem, jak wysiada z jego samochodu przy sklepie, a potem jeszcze stoicie dziesięć minut, choć silnik już zgaszony.
— I nic nie powiedziałeś.
— A co miałem powiedzieć. Sam kiedyś tak stałem pod piekarnią.
Powiedziałem to i od razu pożałowałem, iż użyłem akurat tego zdania — bo przez sekundę zobaczyłem na jej twarzy coś, czego się nie spodziewałem. Nie triumf. Ulgę, iż wreszcie jesteśmy kwita, iż żadne z nas nie może już patrzeć na drugie z góry. Zamilkła, wzięła z suszarki drugi kubek, choć nikt go nie potrzebował, i też zaczęła go wycierać. Powiedziała, iż to się miało skończyć, iż już się skończyło, iż to był błąd. Nazywał się Robert, prowadził warsztat samochodowy przy ulicy Opolskiej. Nie pytałem, od jak dawna trwało, bo bałem się, iż odpowiedź będzie dłuższa, niż jestem w stanie unieść przy kuchennym stole, z córkami śpiącymi piętro wyżej.
Rok później Barbara wyszła za Roberta. Kacper i Michał mieli wtedy po kilkanaście lat i powiedzieli wprost, iż z mamą się nie przeprowadzą, a dziewczynki, Ola i Natalka, były jeszcze małe i nie miały wyjścia — zostały ze mną, bo to ja miałem mieszkanie, pracę zmianową, którą można było jakoś poukładać, i matkę, która przyjeżdżała z Zabrza pomagać przy obiadach.
Było mi ciężko przez długi czas — nie powiem inaczej, bo to by było nieprawdą. Wychowywałem czworo dzieci sam, pracując na kopalni, a potem, kiedy kopalnię zamknęli, jako kierowca dostawczy dla firmy spedycyjnej w Gliwicach. Wstawałem o piątej, żeby zrobić kanapki do szkoły, i wracałem po ósmej wieczorem.
Pamiętam jeden wieczór szczególnie. Wszedłem do mieszkania przemarznięty, z torbą po zakupach, które zrobiłem w drodze z pracy, i zastałem Olę przy kuchennym stole — miała wtedy jakieś dziewięć lat, siedziała nad zeszytem do matematyki z ołówkiem w ustach, bo nikt nie sprawdził, czy umie dzielenie pisemne. Obok leżała kanapka, nadgryziona tylko raz, już zimna.
— Nie zjadłaś kolacji — powiedziałem.
— Nie byłam głodna. Robię zadanie, bo jutro pani sprawdza.
— A umiesz to?
— Chyba tak. Nikt mi nie powiedział, iż źle.
Usiadłem obok niej, zdjąłem tylko kurtkę, nie buty, i zacząłem sprawdzać kolumnę po kolumnie. Dwa zadania miała źle. Poprawiłem je razem z nią, tłumacząc od nowa, a ona patrzyła na mnie tak, jakby się dziwiła, iż ktokolwiek ma na to czas. Tego wieczoru pomyślałem, iż to ja teraz muszę być tym, kto sprawdza zeszyty, bo nikogo innego już nie będzie. Dom przy Krakowskiej stał wtedy pusty od miesięcy, ale wciąż płaciłem za niego prąd, bo gdzieś w głowie wiedziałem, iż kiedyś się przyda — komu, tego jeszcze nie umiałem powiedzieć.
Z Barbarą nie rozmawiałem przez dobrych kilkanaście lat. Spotykaliśmy się tylko na urodzinach dzieci, sztywno, przy torcie, wymieniając trzy zdania o pogodzie i szkole. Robert zabrał ją do siebie, do domu na peryferiach Tarnowskich Gór, blisko tego warsztatu, który sam prowadził.
Dzieci dorosły. Kacper został elektrykiem, Michał wyjechał do pracy w Niemczech, a dziewczynki skończyły studia w Katowicach. I właśnie wtedy, kiedy wszyscy już stanęli na nogi, dostałem telefon od Natalki, iż mama i Robert się rozwodzą. Po jedenastu latach małżeństwa. Nie wiedziałem, co z tym zrobić — czy ucieszyć się, czy po prostu nic nie czuć.
Zadzwoniłem do Barbary tydzień później. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło — może to, iż nasza córka Natalka miała ślub za trzy miesiące i ktoś musiał usiąść z nami przy jednym stole i zaplanować, kto gdzie siedzi. Umówiliśmy się w cukierni na Rynku, bo telefon na dłuższą metę nie miał sensu, skoro i tak trzeba było się spotkać przed ślubem.
Przyszła pierwsza, siedziała już przy stoliku pod oknem, kiedy wszedłem. Zamówiła dla siebie kawę z mlekiem i sernik, a kiedy kelnerka spytała o mnie, powiedziała, nie pytając: "On weźmie espresso, bez cukru" — dokładnie tak, jak piłem to dwadzieścia lat temu. Zdziwiło mnie, iż pamięta, i chyba po mojej twarzy było to widać, bo odwróciła wzrok na obrus i zaczęła składać serwetkę w coraz mniejszy kwadrat. Kiedy przyniesiono rachunek, oboje sięgnęliśmy po niego jednocześnie, zderzając się rękami, i przez chwilę żadne z nas nie wiedziało, kto ma zapłacić za kogo po tylu latach. W końcu zapłaciłem ja, a ona zostawiła napiwek, jakby chciała mieć w tym swój udział. Rozmawialiśmy ponad godzinę. O dzieciach, o wnukach, o tym, jak kopalnia, w której pracowałem, teraz jest muzeum, gdzie można kupić bilet i zwiedzać korytarze, w których kiedyś naprawdę pracowałem. Przy drugiej kawie spytała mimochodem, czy dom po babci jeszcze stoi. Powiedziałem, iż stoi, iż sam go utrzymuję. Nie drążyła wtedy dalej, ale zapamiętałem, iż spytała.
Od tamtej rozmowy spotykamy się czasem na kawie w tej samej cukierni albo na niedzielnym obiedzie, kiedy dzieci przyjeżdżają z rodzinami. Za każdym razem jest trochę mniej niezręcznie niż poprzednim, chociaż wciąż zamawiamy osobno i wciąż któreś z nas na chwilę zapomina, iż już nie trzeba dzielić rachunku na pół.
W zeszłym miesiącu siedzieliśmy z Barbarą na ławce przy kościele, czekając, aż Natalka wyjdzie z fryzjera przed próbą sukni ślubnej. Barbara miała na kolanach torebkę, w której szukała chusteczki, choć nie płakała — po prostu przekładała w niej rzeczy, grzebień, portfel, bilet parkingowy, jakby chciała, żeby ręce miały zajęcie.
— Ten dom przy Krakowskiej — powiedziała w końcu, nie odrywając oczu od torebki — Natalka mówiła, iż wciąż go masz.
— Mam.
— Oni z mężem szukają teraz mieszkania. W Gliwicach wynajem drogi, a tu by mieli blisko do nas obojga.
Nic nie powiedziałem od razu. Patrzyłem na klamkę salonu fryzjerskiego i myślałem o rynnach, które uszczelniałem tamtej zimy sam, kiedy nikt poza mną nie wiedział nawet, iż ten dom istnieje. Przez te wszystkie lata trzymałem go jak dowód, iż jest coś, czego Barbara mi nie zabrała i czego Robert nigdy nie dostał. Teraz Barbara siedziała obok mnie na tej samej ławce i mówiła o naszej córce, która miała tam może zamieszkać, i nagle ten dowód przestał mieć sens, jeżeli miał dalej stać pusty tylko po to, żebym ja czuł się wygrany.
— Dam im klucze po ślubie — powiedziałem. — Niech go sobie urządzą, jak chcą.
Barbara zamknęła torebkę i odłożyła ją na ławkę między nami, dokładnie tam, gdzie wcześniej leżały jej ręce. Nie podziękowała, nie skomentowała. Po prostu siedzieliśmy tak razem, oboje patrząc na drzwi salonu, czekając, aż wyjdzie z nich nasza córka w sukni, której jeszcze nikt z nas nie widział.



![Uruchamiamy MC1204, słynny zegar z CEMI [TOWARY MODNE 342]](https://i1.ytimg.com/vi/9Sw4qEphmjs/maxresdefault.jpg)








