Barbara Wieczorek pracowała w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej od dwudziestu jeden lat, ale takiego lipca jeszcze nie widziała. Trzeciego dnia fali upałów termometr przy Placu Wolności we Wrocławiu pokazał czterdzieści trzy stopnie w cieniu, a stacja pomiarowa na dachu jej instytutu przez chwilę w ogóle przestała odbierać dane — czujnik po prostu się przegrzał.
— To nie jest błąd kalibracji — powiedziała do słuchawki swojemu synowi Michałowi, który dzwonił zapytać, czy może zostawić dzieci u niej na noc, bo w ich mieszkaniu na Krzykach klimatyzacja padła trzeci raz z rzędu. — To jest urządzenie zaprojektowane na skalę, której nikt nie przewidział.
Za oknem jej gabinetu, siedem pięter nad ulicą, asfalt lśnił jak po deszczu, choć deszczu nie było od trzech tygodni. Sąsiadka z dołu, pani Grażyna, podlewała balkonowe pelargonie o wpół do piątej rano, bo w dzień woda z węża parowała, zanim zdążyła wsiąknąć w ziemię.
Barbara od piętnastu lat modelowała scenariusze klimatyczne dla regionu Dolnego Śląska. Jej modele, oparte na danych IPCC, zakładały wzrost średniej temperatury o dwa i pół stopnia do roku 2050 — w wariancie pesymistycznym. Tego lata rzeczywistość przeskoczyła ten wariant o całe dziesięciolecia. Poziom wody w Odrze spadł tak nisko, iż przy moście Grunwaldzkim widać było dno, którego nikt nie pamiętał odkrytego od czasów powojennych.
Na zebraniu zespołu w poniedziałek jej młodszy kolega, doktor Adrian Kubiak, otworzył prezentację i przez chwilę milczał, wodząc palcem po brzegu klawiatury.
— Mów już — rzuciła Barbara, mieszając kawę łyżeczką, która stukała o brzeg kubka trochę za głośno.
— Temperatura powierzchni oceanu w północnym Atlantyku jest wyższa od normy o dwa i siedem dziesiątych stopnia. Nie o pół stopnia. Nie o jeden. O dwa i siedem — powiedział Adrian. — Model, który budowaliśmy trzy lata, mówił, iż taka anomalia pojawi się najwcześniej w dwa tysiące pięćdziesiątym. Mamy ją teraz.
Ktoś w sali otworzył okno, choć klimatyzacja instytutu akurat działała — nawyk z czasów, gdy powietrze z zewnątrz jeszcze pomagało. Teraz wpuścił falę gorąca pachnącą spalonym asfaltem i grillowaną kukurydzą z pobliskiego straganu. Ten sam zapach unosił się nad miastem od tygodni, jakby cały Wrocław stał się jedną wielką ulicą festynową bez końca festynu.
Barbara wiedziała, co to oznacza dla krążenia oceanicznego — dla tego samego prądu, który ogrzewa Europę i sprawia, iż Wrocław ma klimat łagodniejszy niż powinien na tej szerokości geograficznej. jeżeli AMOC zwalnia szybciej, niż zakładano, konsekwencje nie są odległą hipotezą na koniec wieku. To są lata, nie dekady.
Jej córka, Zuzanna, dzwoniła tego wieczoru z Krakowa, gdzie pracowała jako pielęgniarka na oddziale ratunkowym.
— Mamo, mieliśmy dziś czterech pacjentów z udarem cieplnym, wszyscy powyżej siedemdziesiątki. Jeden nie żyje. Nikt mnie nie uczył w szkole pielęgniarskiej, jak rozpoznać to u czterech osób jednego dnia w lipcu.
Barbara nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na wykres na swoim monitorze — krzywą, która powinna rosnąć łagodnie, a zamiast tego skręcała w górę niemal pionowo od trzech lat.
— To nie jest anomalia, którą przeczekamy do września — powiedziała w końcu. — To nowa linia bazowa.
W piątek do instytutu przyszła delegacja z urzędu miasta — trzech urzędników i wiceprezydent odpowiedzialny za infrastrukturę, mężczyzna nazwiskiem Tomasz Sękowski, który przez dwadzieścia minut słuchał prezentacji Barbary z rękami złożonymi na blacie stołu, nie zapisując nic.
— Pani doktor, potrzebuję liczby, którą mogę dać radnym — powiedział w końcu. — Ile to będzie kosztować, żeby miasto przetrwało kolejne dziesięć takich lat?
— Nie mam takiej liczby — odpowiedziała Barbara. — Mam liczbę na to, ile będzie kosztować, jeżeli nic nie zrobimy. Trzysta osiemdziesiąt milionów złotych rocznie w stratach zdrowotnych, energetycznych i infrastrukturalnych dla samego Wrocławia, licząc awarie sieci, hospitalizacje i przestoje w transporcie. To konserwatywne wyliczenie.
Sękowski przez chwilę milczał, przesuwając palcem po krawędzi leżącej przed nim teczki.
— A ile realistycznie mamy czasu, zanim to, o czym pani mówi, stanie się nie do odwrócenia?
— Część z tego, o czym mówię, już jest nie do odwrócenia. Pytanie brzmi, czy zdążymy przebudować infrastrukturę, zanim skala zniszczeń przekroczy naszą zdolność do adaptacji.
Tego samego popołudnia Barbara wyszła wcześniej z pracy, bo przyszła wiadomość, iż transformator w jej dzielnicy przegrzał się i połowa Krzyków zostanie bez prądu do wieczora. Idąc do samochodu, minęła fontannę na skwerze, w której dzieci sąsiadów moczyły stopy, bo miejski basen zamknięto — filtry nie nadążały z chłodzeniem wody, która grzała się szybciej, niż urządzenia zdążały ją oczyścić.
W domu zastała matkę, siedemdziesięcioośmioletnią Helenę, siedzącą w kuchni przy zgaszonym świetle, z wachlarzem zrobionym z ulotki reklamowej sieci Biedronka.
— Nie chciałam włączać wentylatora, bo bałam się, iż znowu wybije korki — powiedziała Helena.
Barbara usiadła obok niej i otworzyła laptopa.
— Mamo, pamiętasz lato dziewięćdziesiątego drugiego? Mówiliście wtedy, iż to była susza stulecia.
— Pamiętam. Upały trwały ze trzy tygodnie.
— Ten rok będzie miał ich sześć, może siedem. To nie jest szczyt. To jest teraz nasza norma.
Helena odłożyła wachlarz na stół, obok pustego kubka po wystygłej herbacie.
— To po co w ogóle robisz te swoje modele, jeżeli i tak nikt ich nie słucha?
Barbara zamknęła laptopa.
— Bo w poniedziałek muszę przedstawić radzie miasta plan, ile drzew trzeba zasadzić na Krzykach, żeby obniżyć temperaturę powierzchni o trzy stopnie do dwa tysiące trzydziestego. I bo Zuzanna dzwoni do mnie z dyżurki, żeby zapytać, czy to się skończy. Więc będę robić te modele, dopóki ktoś w końcu nie zacznie działać zgodnie z liczbami, a nie z nadzieją, iż przyszłe lato będzie łaskawsze.
W poniedziałek rano Barbara stanęła przed radą miejską z dwudziestostronicowym raportem w twardej oprawie i pendrive'em w kieszeni żakietu. Na pierwszej stronie raportu widniała jedna liczba, obwiedziona czerwoną ramką: trzysta osiemdziesiąt milionów złotych rocznie strat, jeżeli miasto nie zainwestuje stu dwudziestu milionów w ciągu najbliższych trzech lat w zazielenienie, modernizację sieci energetycznej i systemy chłodzenia budynków publicznych.
Sękowski wziął raport, przekartkował go do strony ze zdjęciem termicznym Placu Wolności, gdzie czerwień oznaczała powierzchnie rozgrzane powyżej sześćdziesięciu stopni, i podniósł głowę.
— Głosujemy dziś. Nie za rok.
Z trzeciego rzędu podniósł się radny Włodarczyk, mężczyzna, którego Barbara znała z gazet jako obrońcę „rozsądnych budżetów".
— Sto dwadzieścia milionów to jest budowa dwóch nowych żłobków albo remont linii tramwajowej na Sępolno. Pani doktor pokazuje nam czerwone mapki, a ja mam wytłumaczyć mieszkańcom, dlaczego zamiast żłobka dostają drzewka.
W sali zaszemrało. Ktoś za plecami Barbary powiedział półgłosem „no właśnie", inny głos odpowiedział „a jak umrzesz od upału, to ci ten żłobek pomoże". Przewodnicząca rady uderzyła długopisem w mikrofon, prosząc o ciszę, ale szmer nie ustawał, tylko przesunął się do tylnych rzędów.
Barbara stała przy mównicy z pustymi rękami — pendrive zostawiła przy laptopie technika, raport leżał otwarty na stole radnych. Nie miała już nic do dodania poza tym, co powiedziała.
— Panie radny, w zeszłym tygodniu na moim oddziale w Krakowie zmarł jeden pacjent od udaru cieplnego — powiedziała, choć wiedziała, iż powinna mówić o modelach, nie o siostrze. — To nie ja to powiedziałam. To powiedziała moja córka, pielęgniarka. Ona nie liczy żłobków. Ona liczy karetki.
Włodarczyk usiadł, ale nie spuścił wzroku. Przewodnicząca poprosiła o głosowanie przez podniesienie ręki.
Liczono głosy na głos, po nazwisku, jeden po drugim. Przy dwudziestym trzecim głosie za i dwudziestym drugim przeciw w sali zapadła cisza tak gęsta, iż słychać było brzęczenie wentylatora stojącego w kącie. Zostało jedno nazwisko — radna Halina Prus, kobieta, która przez całe posiedzenie nie odezwała się ani razu, tylko coś zapisywała w notatniku.
Przewodnicząca powtórzyła jej nazwisko dwa razy, zanim Prus podniosła rękę — powoli, jakby ważyła coś w dłoni, zanim ją uniosła do końca.
— Uchwała przyjęta. Dwadzieścia cztery głosy za, dwadzieścia dwa przeciw — powiedziała przewodnicząca, a jej głos zadrżał na słowie „przyjęta", jakby sama nie do końca wierzyła, iż tak się skończy.
Sękowski podszedł do Barbary z podpisanym dokumentem, złożył go w kopertę i podał jej bez słowa.
Barbara wyszła z ratusza na rozgrzany plac. Beton pod stopami oddawał ciepło przez podeszwy butów. Otworzyła telefon i zobaczyła nieodebrane połączenie od Zuzanny sprzed dwudziestu minut, bez wiadomości głosowej. Oddzwoniła, stojąc w cieniu pomnika, koperta z uchwałą wystawała jej z torby.
— Mamo, dodzwoniłam się w końcu — powiedziała Zuzanna, głos miała zmęczony, ale spokojny. — Dziś ani jednego udaru. Może się w końcu ochłodzi.
— Może — odpowiedziała Barbara, patrząc na termometr na budynku po drugiej stronie placu, który wciąż pokazywał trzydzieści dziewięć stopni. — Kup w drodze do domu wodę, dużo wody. I zadzwoń, jak dojedziesz.
Schowała telefon do kieszeni żakietu, przełożyła kopertę z ręki do ręki, żeby lepiej ją chwycić, i poszła w stronę przystanku, mijając fontannę, w której ktoś zostawił zamoczone dziecięce sandałki, suszące się teraz na rozgrzanym kamieniu.












