Czterdzieści procent niżej. Za tyle władze gminy obiecały obniżkę podatku od nieruchomości, jeżeli ludzie zgodzą się na budowę za płotem swojego ogrodu.

newsempire24.com 2 dni temu

—

Czterdzieści procent niżej. Za tyle władze gminy obiecały obniżkę podatku od nieruchomości, jeżeli ludzie zgodzą się na budowę za płotem swojego ogrodu.

Marta Wichrowska mieszkała w Lubiewie pod Bydgoszczą od trzydziestu dwóch lat. Dom po rodzicach, działka osiemset metrów, studnia głębinowa, z której piła wodę jeszcze jej babcia. Pracowała jako księgowa w miejscowej spółdzielni mleczarskiej, a po godzinach prowadziła z mężem Zbyszkiem małe gospodarstwo — dwadzieścia hektarów, pszenica, trochę ziemniaków na własne potrzeby. Nic wielkiego. Życie poukładane jak w zeszycie z rubrykami.

Problem zaczął się wiosną, kiedy na wójtostwie zawisła tablica z planem inwestycyjnym. Firma z Warszawy, działająca w imieniu zagranicznego koncernu technologicznego, chciała postawić na gruntach gminnych centrum przetwarzania danych — pod chmurą obliczeniową, pod sztuczną inteligencję, pod wszystko to, co Marta znała tylko z telewizyjnych programów o nowych technologiach. Powierzchnia: pięćset sześćdziesiąt hektarów. Cztery hale. Koszt całości — osiemdziesiąt miliardów złotych. Umowa na dostawy energii z Enią na dwadzieścia pięć lat, rozkładana etapami od 2028 do 2032 roku.

A pod tym wszystkim — warstwa wodonośna, z której Lubiewo i sześć sąsiednich wsi brało wodę pitną od pokoleń.

— Oni to nazywają "zielonym korytarzem inwestycyjnym" — powiedziała Marta do męża, trzymając w rękach wydruk z urzędu. — A to jest nasza studnia, Zbyszek. Dosłownie pod nami.

Zbyszek nie odpowiedział od razu. Siedział przy stole, obierał jabłko długą spiralą, nóż szedł równo, bez przerwy.

— Mówią, iż da to gminie pracę. Tysiąc etatów do trzydziestego drugiego roku.

— Komu etaty. Nam studnię zabiorą.

Na zebraniu w remizie we wrześniu wójt Kazimierz Dulski — człowiek, którego Marta znała jeszcze z liceum, kiedy siedzieli w jednej klasie — tłumaczył mieszkańcom, iż inwestor zrobi hydrogeologiczne badania, iż "nic nikomu nie zagraża", iż to szansa, jakiej gmina nie miała od czasów wejścia do Unii. Ktoś z sali zapytał o monitoring poziomu wód. Dulski odpowiedział, iż "to jest w gestii inwestora". Sala zaszumiała.

Marta wstała.

— Panie wójcie, a kto odpowiada, jak za pięć lat z kranu popłynie coś, czego nikt nie chce pić?

Dulski odpowiedział dopiero po chwili, zbyt długiej na prostą odpowiedź.

— Martuś, przecież wiesz, iż te procedury są robione zgodnie z prawem.

— Nie o procedury pytam. Pytam, kto płaci, jak się posypie.

Odpowiedzi nie dostała. Dostała za to telefon tydzień później — od swojej siostry, Hani, która pracowała w administracji powiatowej i znała kulisy lepiej niż ktokolwiek we wsi.

— Marta, posłuchaj. Ten teren, który chcą zalesić pod inwestycję — to ten sam, na który ty i Zbyszek mieliście w tym roku podpisać dzierżawę od gminy. Te dwa hektary pod stawem.

— I co z tego?

— A to, iż Dulski już to komuś obiecał. Nie wam.

Marta długo nie odkładała słuchawki, choć Hania już się rozłączyła. Potem poszła do szuflady w kredensie, wyjęła teczkę z dokumentami gospodarstwa — umowy, mapy, wypisy z rejestru gruntów — i rozłożyła wszystko na stole kuchennym, pod lampą, która świeciła żółto jak zawsze o tej porze roku, kiedy za oknem już ściemniało się przed piątą.

Zbyszek wrócił z obory, otrzepał buty w progu.

— Co robisz?

— Sprawdzam, co jest nasze na papierze, a nie na słowo wójta.

Okazało się, iż dzierżawa gruntu pod stawem była tylko ustną obietnicą — nigdy niczego nie podpisali, bo "nie było pośpiechu". A teraz te dwa hektary leżały w samym środku planowanej strefy buforowej inwestycji. Marta zadzwoniła do prawnika w Bydgoszczy, z którym korespondowała jeszcze przy sprawie spadkowej po matce. Umówiła się na następny dzień.

Prawnik, pan Nowosielski, mężczyzna w okularach z grubymi szkłami, przeglądał papiery przez dobre pół godziny.

— Pani Marto, formalnie te dwa hektary są własnością gminy. Dzierżawa nigdy nie weszła w życie. Zasiedzenie gruntu publicznego jest trudne do wygrania, sąd może to odrzucić w pięć minut. Ale to nie jedyna droga.

Rozłożył przed nią decyzję środowiskową, którą ściągnął z urzędu na jej prośbę.

— Tu jest błąd. Decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach nie obejmuje pełnego raportu hydrogeologicznego dla strefy buforowej — a powinna, bo inwestycja przekracza próg, od którego taki raport jest obowiązkowy. jeżeli to udowodnimy, może pani zaskarżyć decyzję do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. To wstrzyma pozwolenie na budowę do rozstrzygnięcia.

— A dwa hektary?

— Dwa hektary to pani jedyny realny argument przy stole. Gmina chce mieć czysty teren pod strefę buforową. Pani jest w środku tej strefy. Może pani przegrać sprawę o własność i mieć rację co do wody. Albo wygrać działkę i nic nie ugrać w sprawie monitoringu. Niech pani wybierze, o co naprawdę walczy.

Marta patrzyła na mapę, na zakreskowany kątem zielonym fragment przy stawie, i po raz pierwszy czuła, iż ma w ręku coś, co może przegrać.

— Walczę o wodę. Dwa hektary są tylko dźwignią.

Złożyła skargę do WSA w Bydgoszczy, powołując się na brak pełnego raportu hydrogeologicznego. Równolegle, na radę Nowosielskiego, zgłosiła roszczenie o zasiedzenie dwóch hektarów — nie licząc na wygraną, ale na to, iż sprawa zawiśnie w sądzie rejonowym w Tucholi i będzie wisieć nad inwestorem jak otwarta rana, dopóki się nie dogadają.

Dulski, kiedy się o tym dowiedział, przyjechał do niej osobiście, land roverem, który najwyraźniej dostał od firmy inwestycyjnej razem z "doradztwem strategicznym".

— Marta, skarga do WSA to nie zabawa. Zepsujesz całą inwestycję.

— Kazik, to nie ja psuję. To wy wydaliście decyzję bez pełnego raportu.

— Gmina ci zrekompensuje dwa hektary.

— Nie chcę rekompensaty za działkę, którą może i tak przegram w sądzie. Chcę niezależnego monitoringu wód, płaconego przez inwestora, z wynikami publicznymi co miesiąc. Inaczej skarga zostaje.

Dulski wyjechał bez słowa, land rover zostawił ślad kół w rozmokłym podjeździe.

Skarga do WSA trafiła na wokandę w styczniu, dziesięć miesięcy po zebraniu w remizie. Pełnomocnik inwestora, młody mężczyzna w garniturze o jeden numer za dużym, przekonywał sąd, iż brak pełnego raportu to "uchybienie formalne bez wpływu na treść rozstrzygnięcia". Nowosielski odpowiedział spokojnie, iż to właśnie ten raport miał odpowiedzieć na pytanie, czy pod halami serwerowymi popłynie w przyszłości woda, której nikt nie będzie chciał pić — i iż bez niego decyzja nie ma podstawy merytorycznej, tylko administracyjną fikcję.

Sędzia zarządził przerwę. Na sali zapadła cisza, w której Marta usłyszała własny puls bardziej niż głosy wokół. Po przerwie sąd uchylił decyzję środowiskową w części dotyczącej strefy buforowej i zobowiązał inwestora do wykonania pełnego raportu hydrogeologicznego przed wydaniem jakichkolwiek dalszych pozwoleń.

Dla inwestora to znaczyło jedno: kolejne pół roku przestoju na projekcie wartym osiemdziesiąt miliardów złotych, z umowami na energię już podpisanymi i terminarzem rozpisanym do 2032 roku. Dwa tygodnie później do gminy przyjechała delegacja z Warszawy — nie do Marty, do Dulskiego. Rozmawiali za zamkniętymi drzwiami urzędu dwie godziny. Hania, która akurat miała sprawy w starostwie, widziała, jak wychodzą — Dulski bez krawata, z twarzą człowieka, który dostał ultimatum, a nie propozycję.

Tydzień później Dulski sam zadzwonił do Marty, pierwszy raz od miesięcy.

— Przyjedź do urzędu. Chcą rozmawiać.

W gabinecie wójta siedziało czterech ludzi z firmy inwestycyjnej i Nowosielski po stronie Marty. Na stole leżał projekt porozumienia. Pełnomocnik inwestora przedstawił warunki jednym tchem: gmina przekazuje Marcie prawo własności do dwóch hektarów przy stawie, inwestor wykonuje raport hydrogeologiczny na własny koszt w ciągu sześciu miesięcy, a niezależnie od jego wyniku zobowiązuje się do stałego, comiesięcznego monitoringu wód gruntowych w promieniu pięciu kilometrów, z publikacją wyników na stronie gminy — na okres całej umowy energetycznej, do 2053 roku. Marta w zamian wycofuje skargę do WSA i roszczenie o zasiedzenie.

— A jeżeli raport wykaże zagrożenie dla warstwy wodonośnej? — zapytała Marta, nie odrywając rąk od teczki z dokumentami, którą trzymała na kolanach.

Pełnomocnik zawahał się o sekundę dłużej, niż powinien.

— Wtedy inwestycja musi być przeprojektowana zgodnie z zaleceniami raportu. To jest w umowie, paragraf siódmy.

— Chcę to na piśmie, z karą umowną, nie z dobrą wolą.

Nowosielski podał jej długopis dopiero, gdy do paragrafu siódmego dopisano konkretną kwotę kary i termin wstrzymania budowy w razie przekroczenia norm. Marta podpisała porozumienie w marcu, dokładnie rok po pierwszym zebraniu w remizie. Odebrała w sądzie odpis aktu notarialnego na dwa hektary i położyła go w tej samej teczce w kredensie, obok umów po rodzicach.

Raport hydrogeologiczny, który inwestor zamówił w niezależnym instytucie z Poznania, wykazał we wrześniu, iż przy pierwotnej lokalizacji dwóch z czterech hal doszłoby do przecięcia głównego kierunku przepływu wód gruntowych zasilających studnie Lubiewa. Projekt przesunięto o osiemset metrów na wschód, kosztem kilku miesięcy i dodatkowych kilkunastu milionów złotych dla inwestora. Inwestycja ruszyła, ale inna niż ta z pierwszej tablicy na wójtostwie.

Zbyszek stał w drzwiach kuchni, patrzył, jak Marta wkłada papiery do koperty.

— I co teraz?

— Teraz mamy dwa hektary na papierze, a nie na słowo. I mamy wyniki badań wody, które każdy w gminie może sobie wydrukować z internetu — i halę przesuniętą tam, gdzie nie sięga nasza studnia.

Na kolejne zebranie w remizie Dulski nie przyjechał już land roverem. Przyjechał swoim starym Passatem, usiadł w pierwszym rzędzie i, kiedy ktoś zapytał o monitoring, odpowiedział, iż "wyniki są publikowane, każdy może sprawdzić" — i nie spojrzał w stronę Marty, choć siedziała trzy krzesła od niego.

Idź do oryginalnego materiału