Halina Kowalczyk zawsze mówiła, iż u siostry pachnie rosołem, choćby kiedy nikt go nie gotował. Może to zasłona w kwiaty, może wosk ze świec, które Barbara paliła na parapecie w bloku przy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy. Halina przychodziła tam co drugą niedzielę, odkąd skończyła sześćdziesiąt jeden lat i przeszła na emeryturę z przychodni na Fordonie, gdzie trzydzieści dwa lata pracowała jako pielęgniarka.
Tamtej niedzieli, dwudziestego września, spóźniła się dwadzieścia minut, bo autobus numer osiemdziesiąt jeden utknął na moście Uniwersyteckim. Wpadła zdyszana, z siatką z Biedronki, w której leżał sernik kupiony na ostatnią chwilę, bo piec jej się rozleniwiło. Przy stole siedzieli już wszyscy: Barbara, jej mąż Ryszard, córka Ola z chłopakiem, którego Halina widziała po raz drugi w życiu, i najmłodszy, dwunastoletni Kacper, który od razu poinformował, iż w telewizji leci mecz Zawiszy i chce wrócić do pokoju najpóźniej za pół godziny.
— Ciociu, twój telefon dzwoni od kwadransa — rzucił Kacper, nie odrywając wzroku od talerza z pierogami.
Halina machnęła ręką. To była córka, Ewa, z Wrocławia, dzwoniła pewnie w sprawie przeprowadzki wnuka do akademika. Odezwie się później. Teraz liczyło się to, iż Ryszard akurat opowiadał — po raz nie wiadomo który — historię o tym, jak w osiemdziesiątym dziewiątym roku stał w kolejce po pralkę Frania i omal się nie pobił z sąsiadem o miejsce. Wszyscy to znali na pamięć. Ola przewracała oczami, Kacper chichotał w rękaw, a Barbara przy każdym zdaniu poprawiała męża, iż wcale tak nie było, iż kolejka stała pod inny sklep.
Nikt nie patrzył wtedy na zegarek. Halina zresztą zauważyła coś, czego wcześniej nie widziała: iż Ryszard, opowiadając, gładził dłonią obrus w tym samym miejscu, jakby wygładzał zagniecenie, które istniało tylko w jego głowie. Zapamiętała to bez powodu — tak jak zapamiętała zapach rosołu, którego tego dnia akurat nie było, bo Barbara zrobiła żurek.
Chłopak Oli, Bartek, milczał większość obiadu, dopóki Kacper nie zapytał go wprost, czy gra w FIFA, i wtedy nagle ożywił się na dobre dziesięć minut, tłumacząc różnicę między jakąś ligą a drugą. Halina słuchała w pół ucha, patrząc, jak Barbara dokłada wszystkim żurku, choć nikt nie prosił, i jak przy okazji zjada tylko kilka łyżek ze swojego talerza, bo — jak zawsze — bardziej pilnowała, żeby innym niczego nie zabrakło.
Telefon odezwał się jeszcze raz. I jeszcze raz. Halina w końcu wstała od stołu, przeprosiła i wyszła na klatkę schodową, bo w mieszkaniu siostry zasięg był słaby.
— Mamo, gdzie ty jesteś? — głos Ewy drżał. — Dzwonię od czterdziestu minut.
— U cioci Basi, na obiedzie, mówiłam ci przecież —
— Mamo. Tata miał zawał. Jest w szpitalu na Ujejskiego.
Ojciec Ewy, czyli mąż Haliny, zmarł jedenaście lat wcześniej. To był drugi mąż — Zenon, z którym Halina była od dziewięciu lat, odkąd owdowiała po raz pierwszy. Zenon w tamtą niedzielę został w domu, bo bolały go plecy, i powiedział, iż obejrzy sobie mecz, ten sam, na który czekał Kacper. Halina zapamiętała jego ostatnie słowa przy wyjściu: „Przywieź mi kawałek sernika, tylko żeby nie było za słodkie".
Wróciła do mieszkania Barbary po torebkę. Nikt jeszcze nie wiedział. Barbara, widząc jej twarz, odłożyła chochlę na talerzyk i zapytała tylko: „Co się stało?". Ryszard przerwał w pół zdania historię o pralce. Ola sięgnęła po rękę Bartka, jakby to jej groziło niebezpieczeństwo, a nie obcej kobiecie. Kacper zamarł z widelcem w powietrzu.
Zenon dotrwał do przyjazdu karetki, ale zawał był rozległy. Zmarł tej samej nocy w szpitalu, zanim Halina zdążyła powiedzieć mu, iż sernik jednak wyszedł za słodki, tak jak się bał.
Na pogrzebie, dziewięć dni później, na cmentarzu przy Wiślanej, Barbara stała obok Haliny przez całą ceremonię i trzymała ją pod ramię, mimo iż sama miała bóle w kolanie i lekarz zabraniał jej długo stać. Ryszard po raz pierwszy od lat nie opowiedział ani jednej historii — po prostu podał Halinie chusteczkę, kiedy zauważył, iż ta, którą miała, jest już przemoczona na wylot. Kacper, który zwykle unikał dorosłych spraw, podszedł i bez słowa podał cioci kubek z ciepłą herbatą, którą przyniósł w termosie, bo słyszał, iż na cmentarzu będzie zimno.
Minęło trzy miesiące. Pewnego wieczoru, w połowie grudnia, Halina siedziała w swoim mieszkaniu przy Kościuszki i przeglądała segregator z dokumentami po Zenonie. Trafiła na kartkę, o której zapomniała: notatka od niego, zrobiona jeszcze rok wcześniej, z listą rzeczy, które chciał, żeby zrobić „gdyby coś". Wśród nich było jedno zdanie, podkreślone dwa razy: „Konto oszczędnościowe w PKO, czterdzieści osiem tysięcy złotych — dla dzieci, ale niech Halina najpierw pojedzie tam, gdzie zawsze chciała, i niech nie czeka, aż będzie za późno".
Halina wzięła tę kartkę, poszła do oddziału PKO na Focha następnego dnia i wypełniła dyspozycję przelewu — nie na wycieczkę dla siebie, tylko po połowie na konta Ewy i na konto Barbary, z dopiskiem w tytule przelewu: „Na wspólny obiad, kiedy tylko się da". Zostawiła sobie tylko na bilet do Wiednia, na Boże Narodzenie, żeby zobaczyć jarmark, o którym Zenon opowiadał jej przez dwadzieścia lat, a na który nigdy nie starczało czasu.
Na Wigilię przyjechała do Barbary z biletem lotniczym w kopercie i z tą samą siatką z Biedronki, tym razem z ciastem, które upiekła sama, bez pośpiechu. Kacper, teraz już trzynastoletni, otworzył jej drzwi i od razu zapytał, czy tym razem zostanie na cały mecz. Halina odpowiedziała, iż zostanie na cały wieczór, bo nigdzie się już nie spieszy.










