Czterdzieści lat słyszałam jedno i to samo zdanie, które za każdym razem brzmiało jak korona na moje…

twojacena.pl 13 godzin temu

Przez czterdzieści lat słyszałam jedno i to samo zdanie, które dźwięczało mi w głowie jak diadem z każdej strony powtarzano:
Moja żona nie pracuje. Jest królową domowego ogniska.
Ludzie się uśmiechali, zachwycali się, czasem choćby troszkę zazdrościli.
A ja ja wierzyłam.
Wierzyłam, iż jestem ważna. Że moja wartość jest ogromna. Że robię najcięższą robotę pod słońcem.
Bo przecież to była praca. Tyle iż nikt jej tak nie nazywał.
Byłam kucharką, sprzątaczką, opiekunką, nauczycielką, pielęgniarką, domowym psychologiem, kierowcą, księgową, organizatorką rodzinnych chaosów. Pracowałam po czternaście godzin na dobę, a bywało, iż i dłużej.
Nie było wolnego. Nie było wypłaty. Dziękuję pojawiało się z rzadka, choć tak bardzo go potrzebowałam.
Było tylko jedno:
Przecież jesteś w domu. Przecież jest ci dobrze.
Moje dzieci nigdy nie poszły do szkoły w brudnych ubraniach. Mąż nigdy nie wrócił, żeby nie zastać ciepłej zupy na stole. Dom pachniał porządkiem. Moje życie było tak zorganizowane, by wszyscy czuli się komfortowo.
Czasem patrzyłam w lustro i nie widziałam kobiety.
Widziałam zadanie.
Ale mówiłam sobie: Taka jest rodzina. Tak wygląda miłość. To mój wybór.
Jedno mnie pocieszało wszystko to miało być nasze.
Nasz dom.
Nasze złotówki.
Nasze życie.
Tylko iż prawda okazała się inna.
Gdy mój mąż pożegnał się z tym światem mój świat zawalił się nie tylko z żalu. Rozpadł się też z powodu rzeczywistości.
Płakałyśmy razem z rodziną. Ludzie mówili o nim człowiek z klasą, stabilny, filar rodziny.
A potem nadszedł dzień odczytania testamentu.
Siedziałam jak typowa polska wdowa z zaciśniętymi dłońmi, waliło mi serce, czekałam na choćby odrobinę pewności, jakieś oparcie po wszystkich tych latach, które mu oddałam.
I wtedy usłyszałam słowa, które sprawiły, iż poczułam się obca we własnym życiu.
Dom był na jego nazwisko.
Konto w PKO też.
Wszystko było jego.
I nasze w pół sekundy zmieniło się w jego.
Dzieci moje dzieci odziedziczyły to, co przez całe życie chroniłam, pucowałam i pielęgnowałam.
A ja?
Ja zostałam bez prawa choćby powiedzieć jedno:
To jest także moje.
Od tego dnia zaczęłam żyć w najbardziej upokarzający sposób nie w biedzie, a w totalnej zależności.
Musiałam pytać:
Czy mogę kupić leki?
Czy mogę kupić nowe buty?
Czy mogę pofarbować włosy?
Jakbym była nie seniorką, a małą dziewczynką proszącą o kieszonkowe.
Czasem stałam przed Biedronką ze świstkiem zakupów i myślałam sobie
Jak to możliwe?
Jak to możliwe, iż pracowałam czterdzieści lat, a mój trud jest wyceniony na okrągłe zero?
Nie bolało mnie tylko to, iż nie mam pieniędzy.
Bolało, iż dałam się zwieść.
Że nosiłam koronę z frazesów zamiast koronę bezpieczeństwa.
Że byłam królową, ale bez królestwa.
I właśnie wtedy zaczęłam stawiać sobie pytania, których wcześniej nigdy nie miałam odwagi zadać:
Gdzie byłam JA w tej miłości?
Gdzie było moje nazwisko?
Gdzie było moje przyszłe życie?
I przede wszystkim czemu przez tyle lat uważałam, iż własne pieniądze to brak zaufania?
Dziś znam prawdę.
Mieć własny dochód, konto w banku, własne oszczędności, własność to nie jest zdrada miłości.
To jest szacunek do siebie.
Miłość nie powinna zostawiać cię bez ochrony.
Miłość nie powinna odbierać ci siły, by potem zostawić cię na łasce innych.
Puenta
Kobieta może oddać życie za dom ale dom powinien mieć miejsce także dla niej nie tylko w kuchni, ale też w prawach, bezpieczeństwie i złotówkach.
Praca w domu jest godna.
Ale zależność to pułapka.
Mam pytanie do Ciebie:
Czy znasz kobietę, która była królową domowego ogniska, a na końcu została bez praw i bez własnej przyszłości?

Idź do oryginalnego materiału