Nazywała się Halina Wardas i czterdzieści cztery lata temu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku, włożyła togę po raz pierwszy w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy. Miała wtedy trzydzieści dziewięć lat i nikt — ani ona sama — nie przypuszczał, iż ta toga stanie się jej drugą skórą na resztę życia.
Teraz miała osiemdziesiąt trzy. I siedziała w swoim gabinecie na drugim piętrze, w fotelu, który skrzypiał tak samo od piętnastu lat, z filiżanką herbaty malinowej, która już dawno wystygła.
Na biurku leżała teczka. Zwyczajna, szara, z numerem sprawy wypisanym odręcznie w lewym górnym rogu — ostatnia sprawa, jaką miała rozstrzygnąć przed przejściem na emeryturę. Pozew o zwrot pożyczki, dwadzieścia osiem tysięcy złotych, między dwoma braćmi z Inowrocławia, którzy nie zamienili ze sobą słowa od trzech lat.
Za oknem padał deszcz — taki bydgoski, jesienny, z tych, co moczą do kości, choć nie są zimne. W radiu na korytarzu ktoś słuchał prognozy pogody i narzekał, iż bilet na autobus znowu podrożał, teraz cztery złote dwadzieścia.
— Pani sędzio, syn na linii — powiedziała sekretarka, pukając w uchylone drzwi.
Adam. Zawsze dzwonił w środy, zaraz po obiedzie.
— Mamo, podpisali papiery. Program startuje w styczniu.
Adam od dwóch lat przygotowywał własny program sądowy, Wyrok Levy'ego, i Halina miała być tam producentką — po raz pierwszy nie w todze, a za kamerą, patrząc, jak jej syn uczy się tego, czego ją nauczyło czterdzieści cztery lata w sądach.
— Dobrze, synu. Dobrze.
Odłożyła telefon i spojrzała na teczkę. Jeszcze jedna sprawa. Potem koniec.
***
Nazywali się Marek i Tomasz Grudzień. Marek, starszy, prowadził warsztat samochodowy przy ulicy Fordońskiej — drugie pokolenie w tym fachu, po ojcu. Tomasz, młodszy o pięć lat, pracował w banku w Toruniu i przyjeżdżał do Bydgoszczy tylko na rozprawy.
Trzy lata temu ojciec zmarł, zostawiając warsztat i dwustronny dług — dwadzieścia osiem tysięcy złotych, które Tomasz pożyczył bratu na zakup podnośnika i sprężarki, kiedy warsztat ledwo się trzymał na nogach. Umowa była na serwetce z cukierni przy Gdańskiej, podpisana po pogrzebie, między kawą i nalewką.
Teraz warsztat przynosił zyski. Marek kupił nowego Volkswagena Transportera, remontował dom na Osowej Górze. A dług — nie zwrócił.
— On mówi, iż to był prezent — powiedział Tomasz, stojąc przed ławą sędziowską w swoim jedynym garniturze, trochę za ciasnym w ramionach. — Prezent na dwadzieścia osiem tysięcy? Na serwetce?
— To była pomoc. Bratnia pomoc. — Marek nie patrzył na brata. Patrzył na swoje ręce, poplamione olejem, które mimo mydła nigdy nie były do końca czyste. — Tata by tego nie chciał. Sądów. Między nami.
— Tata nie chciałby, żebyś mnie okradał — odpowiedział Tomasz, a głos mu się załamał na ostatnim słowie.
Halina słuchała, nie przerywając. Tyle lat, a wciąż to samo — pieniądze jako pretekst, a pod nim coś znacznie starszego. Zazdrość o to, kto był bliżej ojca. Kto dostał więcej uwagi, kiedy obaj byli chłopcami w tym samym warsztacie, w tych samych kombinezonach za duże o dwa numery.
— Panie Marku — powiedziała, kiedy obaj umilkli. — Ma pan tę serwetkę?
Marek wyjął z teczki foliową torebkę, w której leżał pożółkły kawałek papieru z cukierni. Pismo ojca, drżące już wtedy, ale wyraźne: "Pożyczka 28000 zł, do zwrotu gdy warsztat stanie na nogi. Świadek: ja."
— Świadkiem był pan ojciec — powiedziała Halina. — Który nie żyje. Czy warsztat stanął na nogi, panie Marku?
Cisza. Deszcz bębnił o parapet.
— Stanął — powiedział wreszcie Marek, bardzo tym razem tak jakby nie chciał tego mówić.
— Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej — zaczęła Halina, odkładając okulary. — Zobowiązuję pozwanego, Marka Grudnia, do zwrotu powodowi, Tomaszowi Grudniowi, kwoty dwudziestu ośmiu tysięcy złotych w terminie trzydziestu dni, wraz z odsetkami od dnia wniesienia pozwu.
Marek pokiwał, jakby się tego spodziewał od samego początku. Wstał, zapiął marynarkę nieswoim gestem.
— To wszystko? — spytał Tomasz, kiedy brat wyszedł z sali, nie oglądając się. — Dwadzieścia osiem tysięcy i… tyle?
— A czego pan się spodziewał? — Halina spojrzała na niego ponad okularami, które już trzymała w ręku.
— Nie wiem. Żeby powiedział, iż żałuje.
— On nie przyszedł tu żałować, panie Tomaszu. Przyszedł tu dlatego, iż go pan wezwał do sądu. To jest różnica.
Tomasz zbierał papiery do teczki, powoli, jakby chciał zostać w tej sali jeszcze chwilę.
— Pani sędzio… to pani ostatnia sprawa, prawda? Czytałem w gazecie.
— Ostatnia na sali. — Halina wstała, poprawiła togę na ramionach po raz ostatni w karierze. — Na inne sprawy już nie mam czasu.
***
Trzy tygodnie później, w dniu, w którym miną trzydzieści dni od wyroku, do gabinetu Haliny zadzwonił telefon z sekretariatu.
— Pani sędzio, pan Marek Grudzień przyszedł. Mówi, iż przelał pieniądze, ale chce pani osobiście powiedzieć coś jeszcze.
Halina zgodziła się go przyjąć, choć sprawa była już zamknięta, a ona pakowała ostatnie pudło z książkami prawniczymi, które zabierała do domu.
Marek stanął w drzwiach, ten sam niewygodny garnitur, te same ręce, których olej nie chciał puszczać.
— Przelałem. Dzisiaj rano. Z odsetkami.
— Dobrze.
— Ale chciałem… — Wyjął z kieszeni telefon, pokazał ekran z historią przelewu, dwadzieścia osiem tysięcy sto sześćdziesiąt złotych, data, godzina dziewiąta rano. — Chciałem pani powiedzieć, iż miała pani rację. Tata nie zapisał tego dlatego, iż mi nie ufał. Zapisał, bo wiedział, iż ja i Tomek się pokłócimy o wszystko, prędzej czy później. choćby o serwetkę.
Halina zamknęła pudło, usiadła na krawędzi biurka, ostatni raz w tym fotelu, który skrzypiał.
— Pański ojciec był mądrzejszy od was obu, panie Marku. Zapisał dług na serwetce, bo wiedział, iż pieniądze trzeba liczyć choćby między braćmi. Zwłaszcza między braćmi.
Marek schował telefon, postał jeszcze chwilę, nie wiedząc, co dodać.
— Życzę panu, żeby ten warsztat stał na nogach jeszcze długo — powiedziała Halina, podając mu rękę. — I żeby pan zadzwonił do brata. Nie z powodu pieniędzy. Po prostu zadzwonił.
Kiedy wyszedł, zabrała ostatnie pudło, zgasiła światło w gabinecie, w którym rozstrzygnęła dwa tysiące spraw przez czterdzieści cztery lata, i zamknęła drzwi na klucz, który już nigdy nie miał być jej kluczem.
Na dole, przed sądem, czekał na nią Adam, z parasolem, w deszczu, który wciąż nie przestawał padać.
— No i jak, mamo? Ostatni dzień.
— Ostatni dzień w todze — powiedziała, biorąc go pod ramię. — Teraz zacznę uczyć ciebie, jak nie dać się oszukać na serwetce.



![Uruchamiamy MC1204, słynny zegar z CEMI [TOWARY MODNE 342]](https://i1.ytimg.com/vi/9Sw4qEphmjs/maxresdefault.jpg)








