NIE ODKUPISZ, CO SKRÓCISZ
Gdy Bożenka pokazywała swoim znajomym zdjęcia ze ślubu, zawsze dodawała z uśmiechem:
O rany, jak ja się wymęczyłam w tej sukni! Owszem, była piękna, ale ciężka, niewygodna i upiornie rozłożysta! Jak jeszcze kiedyś trafi mi się ślub, to wybiorę coś lekkiego i przewiewnego, obiecuję!
Wszyscy byli przekonani, iż Bożena żartuje, i śmiali się razem z nią. Zresztą, rzeczywiście żartowała. Każdy wiedział, iż Bożenka wyszła za mąż z prawdziwej miłości. Ot, taki wakacyjny romans. Bożena miała wtedy dwadzieścia jeden lat, a Paweł dwadzieścia osiem.
Sierpień, Bałtyk jak z folderu, musujące wino, gwiaździste niebo romantyzm ociekał z każdego kąta i finalnie skończyło się deklaracją w urzędzie stanu cywilnego w Gdańsku. Oczywiście, zanim do tego doszło, Paweł musiał się rozwieść z drugą żoną, a Bożena przeprowadzić się z rodzinnej Łodzi do rodzinnego miasta Pawła.
GdańskŁódźGdańsk ten szlak stanie się dla Bożeny przez następne dziesięć lat niemal jak linia tramwajowa: znana, powtarzalna i trochę bolesna.
Ale na początku młode małżeństwo wynajęło mieszkanie. Paweł oddał swoje mieszkanie na osiedlu drugiej żonie, która groziła połknąć połowę apteki, oblać następną wybrankę kwasem, wyskoczyć z balkonu, jeżeli tylko ośmieli się jej nie wrócić! Cóż, na szczęście z czasem była-prawie-żona przestała straszyć, może Paweł naobiecywał jej złote góry? Tematu pierwszej żony w rodzinie się nie poruszało. Było, minęło. Tamto małżeństwo potrwało półtora roku. Nie wyszło im. Potem Paweł miał jeszcze tyle klasy, iż swoją pierwszą eks pożenił z własnym kolegą. Wszyscy szczęśliwi choćby on sam.
Druga małżonka wytrzymała trochę dłużej: Paweł potrzebował trzech lat, żeby zrozumieć, iż wybranka jest trudnym przypadkiem. Kobieta, która na dzieci mówiła ludzkie szczeniaki Jakby nie spojrzeć, oryginalna.
Bożena nie przejmowała się tymi życiowymi zawirowaniami wcale. Była pewna siebie, ambitna i święcie przekonana o swojej wyjątkowości. Paweł nosił ją na rękach i serio sądził, iż znalazł się w raju. Kiedy kupował kwiaty, to w ilościach hurtowych, futra dostawała przynajmniej trzy (na każde wyjście inne!), a butów i kozaków choćby nie ma co liczyć mogła zmieniać codziennie, byle miała ochotę.
Paweł zabrał żonę do Londynu, Paryża i do Chorwacji, bo jak podróżować, to z rozmachem! Chciał, żeby naładowała baterie przed pojawieniem się pierwszego dziecka.
Niedługo potem na świat przyszła córeczka Marysia. Kiedy Bożenka zajęta była pieluchami i kaszkami, Paweł kupił dom z ogrodem i zapełnił go wszystkim, co tylko potrzebne troszczył się jak mógł o swoje dziewczyny!
Nowy dom uczcili stosownie. Potem Marysię zapisali do przedszkola.
Bożena postanowiła się dokształcać ale najlepiej i najchętniej w rodzinnej Łodzi. Tam miała przyjaciółki, mamę, a choćby obcy ludzie byli jacyś milsi i jakby mniej gderliwi niż na Wybrzeżu. Pod starymi lipami zawsze było jakoś spokojniej.
Marysię zostawiała u teściowej, która wnuczkę uwielbiała i wychowywała ją jak własną córę. W czasie sesji Bożena przebywała w ukochanej Łodzi. Paweł strasznie ją podejrzewał i co rusz przyjeżdżał niby przypadkiem, robił śmieszne zasadzki oraz organizował niespodziewane spotkania w zupełnie obcym mieście! Bożena jednak nie dawała powodu do niepokoju. Przynajmniej tak mu się wydawało
W rzeczywistości Bożena po prostu chciała choć raz uciec od domowego zgiełku, gwardii obowiązków. Mogłaby się uczyć całymi dniami, byle nie zmywać garów, nie myć podłóg i nie niańczyć dziecka. Miała silne poczucie, iż życie to prawdziwe umyka jej przez palce. No bo czemu ona, taka inteligentna i urodziwa, ma się zajmować pierdołami?
Po kilku latach w torebce Bożeny leżały aż trzy dyplomy i wszystkie z najlepszym wynikiem. Z zawodu była psycholożką, a dokumenty nosiła przy sobie w końcu aktywnie szukała pracy. Paweł był przerażony:
Nam pieniędzy nie starczy?! Zwariuję, zanim wrócisz z roboty! Bożenka, zróbmy sobie syna! Albo jeszcze jedną córkę. Wszystko jedno, bylebyś była ze mną.
Bożena nie widziała się już w roli matki po raz drugi. Według niej swoją misję już wykonała: dała życie córce, Pawłowi dała Marysię. Czego chcieć więcej? Teściowa, widząc, iż synowa woli wieść życie wiecznej studentki, zaproponowała, iż zajmie się Marysią na stałe. Do czasu aż Bożena dojrzeje.
Argumentowała, iż dziecko potrzebuje miłości i uwagi bliskiej osoby, a synowa po prostu żyje z głową w chmurach, latami będzie się uczyć, zamiast wychowywać córkę. Bożena bez wahania się zgodziła. Wzięła walizkę i wyjechała do Łodzi, choćby nie informując Pawła, ot tak: Zadzwonię z pociągu.
Na miejscu spotkała Pawła. Mąż już dobrze przejrzał wybryki swojej żony:
Bożena, a gdzie Marysia? Dlaczego ty tu jesteś, a nie w Gdańsku? Masz nowego adoratora? robił się czerwony jak burak.
Pawciu, nie martw się! Nie mam żadnych adoratorów. Po prostu mi z tobą nudno. Potrzebuję wolności! odpowiedziała flegmatycznie.
Wolności? Od rodziny? A gdzie nasza miłość się podziała? Zniknęła w powietrzu? Może przechodzisz kryzys wieku średniego? Przejdziemy przez to razem, zobaczysz! Paweł próbował ratować, jak potrafił.
Nie, Paweł. Nie przejdziemy odparła stanowczo Bożena.
Paweł pognał po wsparcie do teściowej, która rozłożyła ręce:
Ja? Nic nie pomogę, załatwiajcie to między sobą. A Bożeny nie przekabacisz. Jak postanowiła, tak będzie. Jest uparta jak mazurska skała!
Paweł wrócił do Gdańska już sam. Nie wiedział, co robić i jak odzyskać rodzinę. Czuł się jak bohater tragikomedii: Za swoje dobro dostałem w kość. Najwyraźniej nie nadawał się na ten teatrzyk.
Mijały dni, tygodnie Bożena nie wracała, odpowiadała na telefony chłodno: U mnie wszystko w porządku.
Czas nieubłaganie płynął
W końcu Paweł sprzedał dom, zabrał Marysię i przeprowadził się do Łodzi wszystko, byle tylko ocalić rodzinę.
Bożena przyjęła to lodowato. Próbowała odwieść Pawła od tej decyzji. Tłumaczyła, iż nie warto denerwować dziecka, iż trzeba zmieniać szkołę, rozstawać się z kolegami i iż babcia Marysi wcale nie będzie zadowolona.
W rzeczywistości były to tylko wymówki. Bożena rozsmakowała się w wolności, nie miała ochoty jej oddawać. Jej motto: żyć jak ptak niebieski. Rozkręciła własny biznes, otworzyła małą pracownię krawiecką, wynajęła mieszkanie. Oczywiście miała adoratorów kobietki, co się nią zachwycały, choćby kilka na raz. Na nudę nie narzekała. A wręcz przeciwnie, powrót męża i córki uznała za pechowy zbieg okoliczności, który trzeba możliwie gwałtownie wykreślić z życiorysu. Była twarda jak orzech. Wszystko, co było wcześniej, wydawało jej się jakby nie jej przygodą.
Paweł nie zważając na protesty Bożeny przeniósł się z Marysią do Łodzi, przez cały czas żywiąc nadzieję, iż może rodzina się pogodzi. Miłość do Bożeny jeszcze w nim tliła.
Na początku Paweł przychodził po Bożenę do pracy, przyprowadzał córkę (nota bene, Marysia była wykapana mama). Wszelkie próby ocieplenia relacji spełzły na niczym. Bożena była jak zmumifikowana. Nic jej nie wzruszało. W końcu powiedziała wprost:
Paweł, daj mi spokój. Najwyższa pora się rozwieść. Marysię mogę czasem przygarnąć.
Marysia miała wtedy jedenaście lat. Nie potrzebowała przygarniania. Była pod opieką kochającego ojca i babci, która nieustannie odmawiała za wnuczkę różaniec. Dziewczynka kochała mamę, ale nie rozumiała, dlaczego mama tak po prostu, z własnej woli, oddała córkę w ręce innych.
Czas leci. Tego nikt nie zatrzyma.
Życie idzie dalej i każdy dostaje to, na co zasłużył.
Paweł przestał łowić ryby na suchym brzegu. Zrozumiał, iż serca Bożeny nie podbije już nigdy.
Los postawił na jego drodze całkiem zwyczajną kobietę. Twardo stąpała po ziemi, zero uniesień. Dziś Paweł z żoną mieszkają na wsi, a ona ma dwóch synów z pierwszego małżeństwa.
Nie potrzebowała wyjazdów do Londynu czy Paryża, drogich futer ani setki par butów. Dobre kalosze na jesień, ciepła kurtka do obory i dzieci na porządnych ludzi wychować oto cała filozofia. To wystarczyło, by Paweł poczuł się szczęśliwy i spokojny. Jak powiadają, gdzie prosto, tam aniołów sto, gdzie przekombinowane ni jednego. niedługo rodzinie urodziła się dziewczynka i Paweł odnalazł szczęście. Może za czwartym podejściem, ale prawdziwe. Poprzednich trzech małżeństw nie lubił już wspominać.
A Bożena? Mieszka z mamą, w domu rodzinnym. Biznespadł, bo jeden ze wspólników obiecał złote góry, a potem oskubał ją jak gęś i zwinął interes. Cała armia zalotników gdzieś się rozpłynęła.
Słowem: zalecali się, zalecali, aż się pochowali. Bożena dziś pracuje jako psycholog szkolny w końcu dyplomy się przydały. Nie żałuje niczego. Chociaż ludzka dusza potrafi być głębsza niż Bałtyk w grudniu. Może czasem, tam w środku, jeszcze pojawi się iskierka skruchy? Któż to wie
A Marysia już dorosła. Wyszła za mąż, mieszka z babcią, tą, która ją wychowała, w Gdańsku.
Na własnym ślubie miała na sobie lekką, zwiewną sukienkę. Prezent od mamy, Bożeny.









