CO UTRACISZ, TEGO NIE ODZYSKASZ
Gdy Zosia pokazywała znajomym swoje weselne zdjęcia, zawsze żartowała:
Ojej, jak się namęczyłam w tej sukni! Jasne, piękna była, ale ciężka i niewygodna! Następnym razem, gdy będę brała ślub, wybiorę coś lekkiego i zwiewnego.
Wszyscy byli przekonani, iż Zosia żartuje. Śmiali się razem z nią. I faktycznie, to był tylko żart. Znajomi wiedzieli, iż Zofia wyszła za mąż z miłości. To była zwyczajna wakacyjna miłość. Zosia miała 21 lat, Andrzej 28.
Sierpień, ciepłe Bałtyckie morze, musujące wino, rozgwieżdżone niebo, prawdziwa romantyka Wszystko ułożyło się tak, iż złożyli dokumenty w USC. Przed tą decyzją Andrzej musiał rozwieść się z drugą żoną, a Zosia przeprowadzić do rodzinnego miasta męża.
Warszawa Gdańsk Warszawa. Ten szlak przez następnych dziesięć lat stanie się Zosi dobrze znany i niemal bolesny.
Ale to później. Najpierw młode małżeństwo musiało wynająć mieszkanie w Gdańsku. Andrzej oddał swoje mieszkanie drugiej żonie, która groziła połknięciem tabletek, oblaniem trzeciej żony kwasem siarkowym, skokiem z okna jeżeli nie wróci do niej!
Z czasem jednak była druga żona ucichła. Może Andrzej jej coś obiecał? O pierwszej żonie Andrzej nie chciał wspominać. Było, minęło… Tamto małżeństwo trwało półtora roku. Nie dogadali się Później Andrzej oddał żonę numer jeden swojemu przyjacielowi. Uszczęśliwił wszystkich i siebie.
Druga żona wytrzymała dłużej. Trzy lata wystarczyły Andrzejowi, by zrozumieć, z kim żyje. Ignorantka, która nie chciała mieć ludzkich dzieci tak nazywała pociechy.
Zosię te zawiłości życiowe nie przejmowały. Była pewna siebie, ambitna, przekonana o swojej wyjątkowości i pięknie. Andrzej nosił ją na rękach, był przekonany, iż już tu, na ziemi, trafił do raju. jeżeli dawał kwiaty to naręcza, jeżeli kupował futro to trzy różne, a butami mogła zmieniać każdego dnia. Andrzej zabrał żonę do Londynu, do Paryża, na Chorwację. By poszerzyć horyzonty i zebrać siły przed narodzinami pierwszego dziecka.
Wkrótce przyszła na świat córeczka Marysia. Gdy Zosia zajmowała się maleństwem, Andrzej kupił dom i urządził go ze wszystkim, czego potrzebowały jego ukochane dziewczyny.
Urządzili parapetówkę, Marysię oddali do przedszkola.
Zosia na poważnie zabrała się za własny rozwój. Ale wolała studiować w rodzinnej Warszawie. Tam koleżanki, mama, a choćby obcy wydawali się serdeczni i bliscy. Pod warszawskimi lipami czuła spokój.
Marysię zostawiała u teściowej, która kochała wnuczkę nad życie. Podczas sesji Zosia przebywała więc w ukochanej stolicy. Andrzej bardzo ją o to zazdrościł. Ciągle przyjeżdżał po żonę do Warszawy, urządzał zabawne zasadzki przypadkowe spotkania. Zosia jednak nie dawała powodów do niepokoju. Przynajmniej tak się wydawało
W rzeczywistości marzyła, by uciec od domowych obowiązków. Gotowa była uczyć się bez końca, byle tylko nie zmywać naczyń, nie myć podłóg, nie dbać o męża, nie wychowywać dziecka. Czuła, iż życie, tak krótkie, przecieka jej przez palce. Dlaczego ona, taka mądra i piękna, ma się zajmować byle czym?
Po paru latach Zosia miała trzy dyplomy. Wszystkie z wyróżnieniem. Jej główny zawód psycholog. Wszystkie dokumenty nosiła w torebce, z entuzjazmem szukała pracy. Andrzej był zdecydowanie przeciwny:
Czy nam brakuje pieniędzy? Zwariuję, zanim doczekam się na Ciebie z pracy! Zosiu, może synka byśmy mieli? Albo jeszcze jedną córkę? Mi wszystko jedno, bylebyś była przy mnie.
Zosia nie widziała siebie w roli mamy po raz drugi. Uważała, iż swoją misję już wykonała. Dała życie córce, dała mężowi dziecko i wystarczy. Teściowa, słuchając rozważań Zosi, zaproponowała, by Marysia została u niej, póki Zosia nie dorośnie.
Synowo, nie masz czasu dla córki. Całe życie byś się uczyła, a mała potrzebuje miłości i uwagi.
Zosia bez wahania zgodziła się. Od razu wyjechała do Warszawy nie mówiąc Andrzejowi słowa. Zadzwonię z Warszawy, postanowiła.
W Warszawie jednak czekał na nią Andrzej. Już dobrze znał sztuczki żony.
Zosiu, a gdzie Marysia? Czemu jesteś tu, a nie w Gdańsku? Masz adoratora? dopytywał.
Andrzeju, nie przejmuj się! Nie mam żadnych adoratorów. Po prostu nudzą mnie już nasze wspólne dni. Potrzebuję wolności! wyznała spokojnie.
Wolności? Ode mnie? Od córki? A miłość? Przeminęła? Masz kryzys wieku? Razem damy radę! przekonywał Andrzej.
Nie damy rady zamknęła temat Zosia.
Andrzej poszedł po radę do teściowej. Ta rozłożyła ręce:
Co ja mam zrobić? Dogadujcie się sami. Ale Zosi nie przekonasz, Andrzeju. Uparta jak skała!
Sam wrócił do Gdańska. Nie wiedział, co robić. Jak odzyskać żonę? Jak scalić rodzinę? Z szaleństwem myślał: Na mojej krzywdzie, mnie samemu cierpieć…. Nie pasował do jej świata.
Minęły dni, tygodnie Zosia nie przyjeżdżała. Telefonicznie odpowiadała tylko krótko: Wszystko w porządku.
Czas mijał
Po długich przemyśleniach Andrzej postanowił sprzedać dom, zabrać córkę i przeprowadzić się do Warszawy wszystko w imię ratowania rodziny.
Zosia była wobec tego bardzo chłodna. Próbowała odwieść Andrzeja od przeprowadzki po co stresować Marysię, przenosić do nowej szkoły, rozstawać z koleżankami? Babcia Marysi też nie poparłaby tej decyzji.
Tak naprawdę to tylko wymówki. Zosia kąpała się w swojej wolności i nie chciała rezygnować. Żyć jak wolny ptak taki był jej motyw. Otworzyła własny biznes, prowadziła mały zakład krawiecki. Wynajmowała kawalerkę i miała garść adoratorów. Kobiety jej zazdrościły. Nie miała czasu w nudę. Aż tu nagle mąż, dziecko Po co? Chciała wyciąć przeszłość z pamięci. Była w swej decyzji nieugięta. Wszystko, co się działo kiedyś, wydawało się przytrafiać jakiejś innej kobiecie, nie jej.
Andrzej nie słuchał argumentów Zosi i przeprowadził się z córką do Warszawy. Wciąż miał nadzieję na powrót do normalności i nie przestawał kochać żony.
Na początku przychodził po Zosię po pracy, prowadzał Marysię (notabene była wykapana mama). Na nic się to zdało. Zosia zamieniła się w posąg. Nic nie mogło wyprowadzić jej z obojętności. W końcu jasno powiedziała:
Andrzej, zostaw mnie w spokoju. Powinniśmy się rozwieść. Marysię mogę przyjąć do siebie.
Marysia skończyła jedenaście lat, nie potrzebowała przytuliska. Miała kochającego tatę i babcię, która modliła się za nią dniami i nocami. Marysia pamiętała o mamie, kochała ją przez cały czas i nie rozumiała, dlaczego ta sama, dobrowolnie, zrezygnowała z córki.
Czas leciał dalej nikt go nie zatrzyma.
Życie szło naprzód, a każdy otrzymywał, na co zasłużył.
Andrzej przestał łowić ryby na suchym brzegu. Już wiedział, iż do serca Zosi się nie dobije.
Los postawił na jego drodze zwyczajną kobietę. Stała twardo na ziemi, bez marzeń o niebie. Zamieszkali we wsi. Miała dwóch synów z poprzedniego małżeństwa.
Okazało się, iż nie potrzebowała ani Londynów, ani Paryża, ani futer, ani stu par butów. Gumowce na jesienną pluchę, ciepła kurtka, żeby chodzić po gospodarstwie, dzieci wychować na ludzi. To były jej marzenia.
Przy niej Andrzej czuł spokój, ciepło i bezpieczeństwo. (Bo gdzie prosto, tam tysiąc aniołów, gdzie się mądrzy, tam ani jednego). niedługo urodziła im się córka. Nareszcie poznał czyste szczęście. Chociaż dopiero za czwartym razem. Pierwsze trzy małżeństwa wolał omijać w myślach.
A Zosia? Znowu mieszkała z mamą w jej domu. Jeden z partnerów w interesach obiecał jej gruszki na wierzbie, a w rzeczywistości ogołocił ją ze wszystkiego. Zakład krawiecki Zosi splajtował, a grono adoratorów rozpuściło się jak śnieg.
Krótko mówiąc, kawalerowie byli, byli, ale się zmyli. Zosia pracuje jako psycholożka w szkole. Studia się przydały. Niczego nie żałuje. A jednak ludzka dusza jest głęboka Kto wie, czy nie rozbłyśnie w Zosi iskierka żalu?
A Marysia już dorosła wyszła za mąż i mieszka z babcią, która ją wychowała, w Gdańsku.
W dniu ślubu Marysia miała na sobie lekką, zwiewną suknię ślubną. Podarowaną przez mamę Zosię.










