Kiedy wróciłem z delegacji do Bydgoszczy, w bloku na Fordonie paliło się światło w oknach, choć nikogo w domu być nie powinno. Klucz nie chciał wejść do zamka – od środka tkwił drugi, przekręcony. Otworzyła mi Marlena, moja żona, z twarzą kogoś, kto od godziny czeka na wybuch.
– Nie wchodź jeszcze do kuchni – powiedziała. – Usiądź najpierw.
Nie usiadłem. Wszedłem. I zobaczyłem to, czego moja żona nie chciała mi oszczędzić: cztery kartony po telewizorze zapełnione zastawą, rozłożony dywan z jodełką, jakiego u nas nigdy nie było, oraz suszarkę na pranie, którą pamiętałem jeszcze z mieszkania mojej matki na Szwederowie.
Na blacie leżała karteczka, pismo matki, charakterystyczne, z zawijasem przy literze „ł":
*„Bartek, u mnie kuchnia do remontu, zalali mnie sąsiedzi z góry. Postoją u was parę rzeczy, nie na długo."*
Nazywam się Bartłomiej Ostrowski, mam czterdzieści dwa lata, prowadzę serwis klimatyzacji, dwóch ludzi na etacie. Z Marleną jesteśmy dziewiąty rok. Moja matka, Zofia Ostrowska, mieszka piętnaście minut stąd, sama, odkąd ojciec zmarł. I tak, wiem, jak to wygląda z zewnątrz. Ale niech ktoś spróbuje odmówić własnej matce, kiedy dzwoni i mówi drżącym głosem, iż zalało jej mieszkanie. Ja nie potrafiłem. Nigdy nie potrafiłem.
– Zadzwoń do niej – powiedziała Marlena, kiedy postawiłem walizkę w przedpokoju. – Bo ja już dzwoniłam. I nic.
Zadzwoniłem. Matka odebrała po trzecim sygnale, w tle leciało jakieś popołudniowe pasmo w telewizji.
– Mamo, co się dzieje z tymi kartonami? Marlena mówi, iż w kuchni nie da się przejść.
– Synku, remont. Sam wiesz, jak to jest. Rurę mi wymieniają, kafelki kują. Postoi trochę, nie umrze od tego nikt.
– Ale ile to „trochę"?
– No skąd ja mam wiedzieć. Ekipa mówi różnie.
Odłożyłem telefon i spojrzałem na Marlenę, która stała oparta o framugę z rękami skrzyżowanymi na piersi.
– No i? – zapytała.
– Mówi, iż remont.
– To ja jej dam remont – mruknęła, ale poszła spać bez awantury.
Rano zadzwoniła sama do matki, uprzedziła mnie o tym wcześniej. Poprosiła, żeby do soboty zabrała rzeczy, bo w sobotę Marlena piecze na wesele w Solcu Kujawskim – ciasta na zamówienie to jej mały biznes, cała nasza kuchnia to dla niej warsztat, nie dekoracja.
Sobota przyszła. Kartony stały. Dywan leżał. A do tego doszła komoda z sypialni rodziców i fotel uszak, na którym jeszcze siedział mój ojciec, zanim odszedł. Fotel owinięty był folią bąbelkową, jakby to była rzeźba z muzeum.
Kiedy zobaczyłem to wszystko, poczułem coś dziwnego – nie złość na matkę, tylko na siebie. Bo wiedziałem, iż to ja pozwoliłem, żeby to zaszło tak daleko. Że wystarczyło jedno zdanie wcześniej, stanowcze, a nie byłoby czterech kartonów, tylko jeden.
– Rozmawiałeś z nią? – spytała Marlena, kiedy wróciłem z warsztatu.
– Rozmawiałem.
– I?
– Powiedziała, iż pomyśli.
– Ona zawsze myśli, Bartek. Ona nigdy nie robi.
Miała rację, i to było najgorsze. Moja matka od zawsze traktowała moje małżeństwo trochę jak przedłużenie swojego domu. Kiedy byłem mały, to ona decydowała, gdzie stoi szafa, jaki obrus leży na stole, co się je w niedzielę. I chyba w jej głowie nic się od tamtej pory nie zmieniło – tylko adres.
Trzy dni później matka przyjechała z sąsiadem, panem Grzegorzem, który miał kombi. Przynieśli jeszcze dwa worki pościeli i żelazko na desce. Matka postawiła deskę pod ścianą, przeszła się po kuchni, dotknęła blatu, poprawiła obrus na stole – jakby to był jej stół.
– Mamo – powiedziałem – prosiliśmy, żebyś zabrała rzeczy. Nie dowoziła kolejnych.
– Ojej, Bartek, cały czas to samo. Mieszkanie i tak twoje, nie obce. Przywożę synowi rzeczy, to chyba mogę.
Usłyszałem to i coś we mnie się zacisnęło. Bo ona nie mówiła tego złośliwie – ona naprawdę tak myślała. Że skoro to moje mieszkanie, to w praktyce trochę i jej. Że Marlena jest tu gościem, który się przyzwyczaił.
Wieczorem Marlena zadzwoniła do mnie z pracy, głos miała spokojny, zbyt spokojny.
– Bartek, dziś do wieczora twoja mama zabiera wszystko. Jak nie zabierze, oddaję to sąsiadom. Uprzedzam cię, żebyś wiedział.
– Ona się wścieknie.
– Ja się już wściekłam trzy tygodnie temu, tylko ty tego nie zauważyłeś.
Nie zdążyłem nic zrobić, bo byłem w serwisie do dwudziestej pierwszej – awaria klimatyzacji w biurowcu przy Focha, klient nie odpuszczał. Kiedy wróciłem, w mieszkaniu było pusto. Naprawdę pusto – żadnych kartonów, żadnego dywanu, żaden fotel nie stał już pod ścianą.
– Gdzie to wszystko?
– U sąsiadów. Pani Krystyna z parteru wzięła pościel i część zastawy. Państwo Wieczorkowie z dołu zabrali deskę i żelazko. Syn Wieczorków z kolegą wynieśli fotel.
Stałem w progu kuchni i patrzyłem na pustą przestrzeń, gdzie jeszcze rano nie dało się przejść. Powinienem był czuć ulgę. Czułem głównie strach przed tym, co teraz nastąpi.
– A dywan?
– Dywan wzięła pani Krystyna też, powiedziała, iż akurat szuka czegoś do przedpokoju.
Dwanaście kartonów wystawiła na klatkę, policzyła je głośno, jakby chciała mieć pewność co do liczby na wypadek, gdyby ktoś później próbował powiedzieć, iż było inaczej.
– Marlena, to jest… to się nie skończy dobrze.
– Wiem. Ale nie mogę już pracować na stercie kartonów, Bartek. Nie mogę.
Kartonów nie wniosłem z powrotem do środka. Zostały na klatce schodowej, oparte o poręcz, jak ustawiony rząd świadków.
Rano obudził mnie łomot w drzwi – nie dzwonek, tylko pięść, potem noga, a na końcu ktoś przytrzymał dzwonek tak długo, iż zaczął brzmieć jak alarm. Matka wpadła do środka, zanim zdążyłem w pełni otworzyć.
– Gdzie moje rzeczy?! Gdzie one są?!
– U sąsiadów, Zofio – odpowiedziała Marlena, zanim ja zdążyłem cokolwiek powiedzieć. – Ostrzegałam. Dałam czas do wczoraj wieczorem.
– Ty… ty nie miałaś prawa! To moje rzeczy, po Antonim, po moim mężu ten fotel! – krzyknęła matka, a ja zobaczyłem, jak drży jej podbródek, i przez sekundę było mi jej żal, ale zaraz przypomniałem sobie fotel owinięty folią, ustawiony w mieszkaniu, które nie było jej mieszkaniem.
– Mamo – powiedziałem w końcu, stając między nimi – wysyłałaś rzeczy do naszego domu, nie na przechowalnię z gwarancją. Ostrzegaliśmy cię dwa razy.
Matka spojrzała na mnie, jakbym uderzył ją w twarz. Potem odwróciła się do Marleny.
– Oddasz mi wszystko. Co do złotówki. Pójdę do adwokata.
Wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż zabrzęczały szklanki w kredensie.
Przez dwa tygodnie nie było żadnego telefonu od adwokata. Za to codziennie dzwoniła do mnie z pretensjami, aż w końcu przestałem odbierać. Marlena piekła dalej – w sobotę zdążyła z tortami na wesele do Solca, w niedzielę wzięła zamówienie na komunię dla rodziny z Fordonu.
Do sądu matka ostatecznie nie poszła. Zamiast tego pewnego wieczoru zadzwoniła, tym razem cicho, bez krzyku, i powiedziała, iż fotel po ojcu byłby jej bardzo potrzebny, bo jednak pamiątka. Poszedłem do pani Krystyny z parteru, zapytałem, czy odsprzeda – oddała za tyle, ile sama zapłaciła sąsiadom za transport, sto pięćdziesiąt złotych. Zapłaciłem z własnej kieszeni i odwiozłem fotel matce, sam, bez Marleny.
Reszty rzeczy nikt już nie odzyskiwał. Dywan zdobi teraz przedpokój pani Krystyny, zastawa stoi w kredensie u Wieczorków, a deska do prasowania służy komuś na czwartym piętrze, którego nazwiska choćby nie znam.
Z matką rozmawiam raz na dwa tygodnie, krótko, o pogodzie i o jej zdrowiu. Do naszego mieszkania nie przyjeżdża już bez pytania. A klucz, ten drugi, który tkwił wtedy w zamku od środka, leży teraz w szufladzie u mnie w warsztacie – Marlena kazała wymienić wkładkę tydzień po tamtej awanturze, i mam to gdzieś, iż to kosztowało dwieście złotych.












