Córka wzięła moją biopsję bez pytania. Zadzwoniłam i usłyszałam prawdę

polregion.pl 3 dni temu

Nazywam się Ryszard, mam sześćdziesiąt cztery lata i przez dwadzieścia dziewięć lat prowadziłem warsztat samochodowy przy ulicy Gdańskiej we Wrocławiu. Piszę to, bo moja córka Dorota opowiada teraz wszystkim, jak strasznie mnie skrzywdziła, wzięła moje wyniki biopsji bez pytania, i ludzie kiwają głowami, iż matka albo ojciec ma prawo do prywatności, iż to była podłość. Chcę powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, bo z jej strony brzmi zupełnie inaczej niż z mojej.

Guzek na szyi wyczułem sam, pod prysznicem, w marcu. Nie powiedziałem nic przez dwa tygodnie, aż Dorota zauważyła, iż nie dojadam obiadu w niedzielę, i zapytała wprost. Powiedziałem jej, bo była zawsze tą osobą w rodzinie, która wie, do kogo zadzwonić, jak coś się psuje – do hydraulika, do notariusza, teraz do lekarza. Po śmierci Krystyny, mojej żony, cztery lata temu, to ona przejęła te sprawy. Ja całe życie naprawiałem silniki, a nie umiałem się przebić przez rejestrację w przychodni.

Biopsję zrobili mi w połowie sierpnia, w prywatnej klinice na Krzykach, bo w NFZ termin był za dwa miesiące, a ja czekać nie chciałem. Zapłaciłem osiemset dwadzieścia złotych z własnej emerytury, bo nie chciałem, żeby Dorota się dokładała – ona sama wychowuje dwoje dzieci, mąż wyjechał do Niemiec na kontrakt i przysyła pieniądze nieregularnie.

Wyniki miały być gotowe w piątek. Dorota dzwoniła codziennie, pytała, czy już są. Odpowiadałem, iż nie, chociaż w środę recepcjonistka powiedziała mi przez telefon, iż mogą być gotowe już w czwartek. Nie powiedziałem Dorocie o tym. Chciałem mieć jeden dzień, jeden dzień dla siebie, żeby otworzyć kopertę sam, przy kawie, w kuchni, w której mieszkałem z Krystyną trzydzieści siedem lat. Bez nikogo nade mną, kto od razu zacznie planować, dzwonić do onkologa, umawiać, organizować.

W czwartek pojechałem tramwajem numer siedem po wyniki. Recepcjonistka spojrzała na mnie dziwnie.

– Panie Ryszardzie, przecież córka odebrała wczoraj po południu. Miała pełnomocnictwo i pana dowód.

Stałem tam z portfelem w ręku, w którym dowodu nie było od trzech dni, a myślałem, iż go zgubiłem gdzieś w warsztacie.

– Jakie pełnomocnictwo?

Wróciłem do domu i zadzwoniłem do Doroty. Odebrała od razu, głosem za wesołym, tym głosem, którym mówi się coś, co się ukrywało.

– Tato, ja… ja chciałam ci tylko pomóc, żebyś nie musiał sam jechać.

– Ja nie prosiłem o pomoc. Ja prosiłem, żebyś mi zaufała.

I tu zaczęła się kłótnia, która ciągnęła się przez cały weekend, przez telefon, bo Dorota bała się przyjechać osobiście. Powiedziała mi w końcu, iż wyniki są, iż guzek jest złośliwy, iż już umówiła mnie do onkologa na poniedziałek, na ósmą rano, prywatnie, u dobrego lekarza, którego znalazła przez koleżankę z pracy. Powiedziała to szybko, jakby chciała, żebym się ucieszył z tego, iż wszystko już załatwione, zamiast wściekać się, iż dowiedziałem się od niej, a nie sam, z papieru, w swoim tempie.

– Zabrałaś mi dowód osobisty bez pytania – powiedziałem. – Wzięłaś moje dane medyczne, moją diagnozę, i trzymałaś to dla siebie dwa dni, zanim mi powiedziałaś.

– Bo się bałam, jak zareagujesz sam, w pustym mieszkaniu, tato. Bałam się, iż przeczytasz to i się załamiesz, i nikogo nie będzie obok.

– To był mój strach do przeżycia. Nie twój.

Milczała długo. W tle słyszałem, jak jej syn, mój wnuk Antek, pyta o coś o kolację.

Poszedłem na tę wizytę w poniedziałek, bo termin już był, głupio byłoby odwoływać. Diagnoza się potwierdziła – rak grasicy w wczesnym stadium, operacja do przeprowadzenia w ciągu miesiąca, rokowania dobre. Siedziałem w gabinecie sam, bo Dorota zaproponowała, iż pojedzie ze mną, a ja powiedziałem, iż nie trzeba, i tym razem nie ustąpiłem.

Tydzień później przyszła do warsztatu, gdzie sortowałem faktury za sierpień, bo tak jak Krystyna kiedyś, ja też trzymam papiery w porządku – osobna teczka na zamówienia, osobna na ZUS. Usiadła na starym krześle obok biurka, tym, na którym kiedyś siadywali klienci czekający na wycenę.

– Tato, wiem, iż zrobiłam źle. Ale gdybym nie wzięła tych wyników, siedziałbyś sam z tą kopertą i pewnie schowałbyś ją do szuflady na tydzień, zanim byś się zmusił do przeczytania. Znam cię.

– Może i znasz. Ale to nie znaczy, iż masz prawo decydować za mnie, co ja mam czuć i kiedy.

Powiedziałem jej wtedy, iż przez dwa dni, kiedy ona wiedziała, a ja nie, czułem się jak klient we własnym warsztacie – ktoś inny otworzył maskę mojego życia i zajrzał do środka bez pytania. Że rozumiem, iż bała się o mnie, ale strach nie daje prawa do zabrania cudzej decyzji.

Rozmawialiśmy jeszcze długo, ale nie chcę tu pisać, iż „zrozumieliśmy się" i wszystko wróciło do normy, bo tak nie było. Zrobiłem coś konkretnego: następnego dnia pojechałem do notariusza przy placu Grunwaldzkim i podpisałem pełnomocnictwo medyczne, dokument, który jasno określa, iż to ja decyduję, komu wolno odbierać moje wyniki i moją dokumentację, a Dorota może to robić tylko wtedy, gdy ja osobiście ją o to poproszę, na piśmie, za każdym razem osobno. Kosztowało mnie to sto pięćdziesiąt złotych i czterdzieści minut czasu. Dałem kopię tego dokumentu przychodni na Krzykach i drugą zostawiłem w swojej teczce, obok faktur za sierpień.

Operację miałem na początku października. Dorota przyjechała do szpitala, siedziała na korytarzu, ale wyniki z patomorfologii, kiedy przyszły trzy tygodnie później, odebrałem sam, osobiście, z własnym dowodem w kieszeni, i przeczytałem je najpierw sam, w kuchni, przy kawie, zanim komukolwiek powiedziałem, iż wszystko jest czyste.

Idź do oryginalnego materiału