Córka wybaczyła, ja – nigdy

polregion.pl 1 godzina temu

Walentyna Kowalska przeglądała się w lustrze, poprawiając szary kostium. Dziś Halina miałaby trzydzieści lat. Pierwsze od ośmiu lat urodziny córki obchodziły razem.

— Mamo, gotowa jesteś? — dobiegł głos Haliny z przedpokoju. — Auto już czeka.

— Już idę! — odkrzyknęła Walentyna, nie odchodząc jednak od lustra.

Jakże Halina się zmieniła… Niegdyś chodziła tylko w dżinsach i adidasach, dziś w eleganckich sukienkach i szpilkach. Pracuje w zagranicznej firmie, zarabia więcej, niż Walentyna przez całe swoje życie zawodowe. I za mąż wychodzi za tego swojego… jak mu tam… Dawida.

— Mamo! — ton Haliny stał się niecierpliwy.

Walentyna westchnęła i ruszyła ku wyjściu. W drzwiach stała córka w beżowej sukience, z zadbaną fryzurą i lekkim makijażem. Piękna. Zawsze była piękna, choćby gdy w wieku szesnastu lat porzuciła szkołę i uciekła z domu.

— Dobrze wyglądasz — rzuciła Walentyna oschle.

Halina uśmiechnęła się, ale w oczach przemknął cień.

— Dziękuję. Ty też. Ten kostium bardzo ci pasuje.

W aucie jechały w milczeniu. Halina wpatrywała się w okno, a Walentyna rozmyślała, jak inaczej mogłyby potoczyć się losy. Gdyby córka wówczas jej posłuchała. Gdyby nie związała się z tym starszym o dwadzieścia lat Zbigniewem. Gdyby nie wyjechała z nim do Warszawy, porzucając wszystko – szkołę, perspektywę studiów, przyszłość.

— Pamiętasz, jak ci wtedy mówiłam? — nie wytrzymała Walentyna. — Że to się źle skończy. Że cię rzuci, jak się tylko zabawi.

Halina zwróciła się ku matce.

— Mamo, porozmawiajmy o tym innym razem. Dziś mam urodziny.

— I nie zamierzam ci święta psuć. Tylko stwierdzam fakt. Miałam rację, prawda?

— Miałeś rację. I co z tego? Chcesz, żebym całe życie żałowała błędów młodości?

Walentyna milczała. Czy tego chciała? Nie wiedziała. Wiedziała tylko, iż przez osiem lat nie mogła spokojnie spać, dręczona wizjami, gdzie i z kim żyje jej szesnastoletnia córka. Jak dzwoniła na policję, do szpitali, szukała za pośrednictwem znajom. Jak pierwszy list dostała po półtora roku – krótką karteczkę, iż Halina żyje i ma się dobrze.

Restauracja okazała się drogą i stylową. Za długim stołem siedzieli już goście – koledzy z pracy Haliny, kilka koleżanek, narzeczony Dawid z rodzicami. Wszyscy uprzejmie powstali na widok Walentyny.

— Poznajcie moją mamę — przedstawiła Halina.

Walentyna skinęła wszystkim razem i zajęła miejsce wskazane przez córkę. Obokazała się matka Dawida – elegancka pani około pięćdziesięciu pięciu lat w kosztownej sukni.

— Jaką ma pani cudowną córkę — szepnęła. — Darek absolutnie w niej przepada. Mówi, iż takich samodzielnych i ambitnych dziewcząt mało się spotka.

— Samodzielną stała się wcześnie — odrzekła Walentyna. — O wiele za wcześnie.

Matka Dawida, wyczuwając napięcie, zmieniła temat.

Przy stole panował zgiełk i wesołość. Halina śmiała się, opowiadała anegdoty z pracy, przyjmowała życzenia. Walentyna siedziała cicho, czasem odpowiadając na pytania sąsiadów, ale głównie obserwując.

Oto córka obejmuje Dawida, on coś szepcze jej do ucha, ona rumieni się i śmieje. Dobry chłopak, należało przyznać. Lekarz, z porządnej rodziny. Halinie się poszczęściło. Mogłaby jednak wyjść za mąż wcześniej i nie za byle kogo, gdyby wtedy posłuchała matki.

— Halu, opowiedz o ślubie! — poprosiła jedna z koleżanek. — Kiedy?

— Jesienią — odpowiedziała Halina. — Chcemy kameralną uroczystość, tylko najbliżsi.

— A gdzie będziecie mieszkać?

— Darek kupił mieszkanie w nowym bloku. Trzypokojowe, pięknie wykończone. Marzenie, nie mieszkanko!

Walentyna mimowolnie przypomniała sobie swoje dwupokojowe lokum z czasów PRL, gdzie żyły z córką przed jej ucieczką. Tam Halina spała na rozkładanym wersalce w pokoju dziennym, skarżąc się na brak miejsca, na pragnienie własnego kąta. A Walentyna tłumaczyła, iż trzeba szkołę skończyć, na studia iść, pracować, wtedy będzie własne. Córka jednak nie chciała czekać.

— A dzieci? — nie dawała za wygraną koleżanka. — Planujecie?

Halina zamieniła z Dawidem spojrzenie.

— Oczywiście. Bardzo pragnę córeczki. Albo synka — uśmiechnęła się. — Będę najlepszą mamą pod słońcem.

— Nie wątpię — skinęła matka Dawida. — Masz taką intuicję w stosunku do ludzi, takie zrozumienie
Ale teraz, siedziała sama przy stole, pijąc herbatę i czując, jak dawny ból powoli ustępuje miejsca nadziei.

Idź do oryginalnego materiału