Ona nie chciała tego słuchać. Anna siedziała w północnej komnacie pałacu Bukoleon i trzeci raz czytała ten sam list od brata, jakby z niedowierzaniem, iż litery nie zmienią się pod jej palcami. Na zewnątrz, za oknem, nad portowym zaułkiem krzyczały mewy — w Konstantynopolu pachniało solą, olejem do lamp i wilgotnym kamieniem, a jej towarzyszki wciąż powtarzały, iż Bazyli żartuje.
Ale Bazyli nie żartował nigdy, zwłaszcza gdy chodziło o tron.
Potem był tydzień płaczu, który ukrywała w rękawie. Tydzień zbierania sreber, ksiąg i relikwii, które miała zabrać w podróż dłuższą niż jakakolwiek cesarska córka przed nią. Dworzanie opowiadali, iż droga z Konstantynopola na północ prowadzi przez stepy, gdzie śnieg potrafi przykryć cały oddział razem z końmi, a wiatr wyje jak potępiona dusza. Anna wkładała te opowieści do skrzyni razem z resztą rzeczy. Nie pomagały.
Jej brat oddał ją jak monetę. W zamian za sześć tysięcy ruskich wojowników, którzy pomogli mu utrzymać tron, cesarstwo obiecało rękę Anny — córki urodzonej w komnacie z purpurowymi kotarami, tej, której nie oddaje się byle komu. Tydzień po bitwie pod Chryzopolem w pałacu zapanowała cisza, a po niej wpadł list: przygotować Annę do drogi. Cały dwór udawał, iż nie widzi, jak zaciska palce na poręczy tronowego fotela.
Narzeczony nazywał się Włodzimierz. Mówiono, iż ma kilka żon, setki nałożnic i iż składał ofiary drewnianym bogom na wzgórzu nad rzeką. W Konstantynopolu nikt nie potrafił wymówić nazwy jego stolicy bez szyderstwa. Anna wyobrażała go sobie jako pogańskiego wodza o twarzy wilka, z kośćmi we włosach. Gdy flotylla przybiła do Krymu, wyszła na brzeg i zrozumiała, iż dwór kłamał tylko w połowie. Włodzimierz był niższy, niż myślała, i miał zmęczone oczy. Mówił łamaną greką. Za to patrzył tak, jak patrzy człowiek, który czekał na tę zamianę dwanaście lat i nie zamierza przeprosić.
Ślub odbył się w Chersonezie, mieście, które jej przyszły mąż zdobył, żeby wymusić obietnicę. Anna włożyła złoty płaszcz i stała w kościele, słuchając modlitw w dwóch językach. Stara Rusinka, która poprawiała jej welon, roznosiła wokół zapach czosnku i dymu z pieca. Anna myślała o matce, o tym, iż trumna Teofano jest już tylko zimnym kamieniem w kościele Świętych Apostołów i nie ma komu pokazać, jak bardzo ten welon jest niewygodny.
Potem był Kijów. Miasto, które z góry wyglądało jak porzucona pożoga: niskie drewniane dachy, błoto, dymy znad Dniepru i krzyki przekupniów. Gdy orszak wjeżdżał przez Wzgórze Starokijowskie, Anna wciągnęła powietrze i poczuła żywicę, mokrą wełnę i zgniłe liście — zapach świata, który jeszcze nie wiedział, kim ona jest. Na powitanie wyszły trzy żony Włodzimierza z dziećmi. Stały rzędem, z twarzami bez wyrazu. Najstarsza trzymała dziecko, które ząbkowało i darło się tak, iż nie było słychać dzwonów.
Anna kazała rozstawić swoje namioty przed dworem, dopóki nie wyznaczą jej domu. To był pierwszy raz, gdy zrobiła coś wbrew Włodzimierzowi, i może dlatego zapamiętała jego śmiech — krótki, szczery, jakby zobaczył w niej nie żonę, a sojusznika.
Z Konstantynopola przybyło z nią czterdziestu kapłanów, skrybów, budowniczych i malarzy ikon. Gdy wchodzili do Kijowa, ludzie dotykali ich płaszczy, jakby mieli moc. Anna kazała rozładować pierwszy wóz z księgami tuż przy bramie, a stara Rusinka, ta sama od welonu, kucnęła przy skrzyni i długo dotykała mosiężnych okuć, nie otwierając wieka. Pewnie modliła się do swojego drewnianego boga, żeby księgi jej nie spaliły.
Kilka tygodni później Włodzimierz stanął w Dnieprze razem z połową miasta. Anna patrzyła z brzegu na szare, spienione wody poranka. Zimą rzeka robi się tutaj biała jak mleko, ale wtedy, w sierpniu, była ciężka i brudna od deszczu. Starzy bogowie wpadali do wody jak kłody: Perun z poczerniałego dębu uderzył o fale i płynął chwilę z uniesioną ręką, jakby chciał wrócić. Potem zatonął. Nikt nie wyciągnął go z rzeki.
Po chrzcie zaczęła się robota, której nikt nie nazywał robotą. Anna siadała z duchownymi do późna przy stole, na którym zamiast obrusa leżał kawałek płótna ze śladami wosku. Spisywali porządek liturgii, tłumaczyli księgi, planowali, gdzie stanie pierwszy kamienny kościół. Grecki budowniczy, któremu Anna pokazała pusty plac nad rzeką, powiedział: „Tu postawimy coś, co przetrwa drewno". Powiedział to po grecku, więc Anna powtórzyła po rusku. Dworzanie patrzyli na nią jak na heretyczkę.
Włodzimierz przychodził do jej izby nie tylko nocą. Czasem stawał w drzwiach, z rękami w rękawicach z wilczego futra, i milczał, gdy Anna poprawiała linie na woskowych tabliczkach. „Czego ty ode mnie chcesz?" — zapytała go kiedyś. „Żebyś nie wyjeżdżała" — odpowiedział. I to było całe jego wyznanie: żeby nie wyjeżdżała.
Kościół Dziesięcinny rósł dziesięć lat. Anna pilnowała murarzy, jakby pilnowała ognia w piecu: codziennie sprawdzała zaprawę, kazała podnosić kamienie na linach i krzyczała na majstra, gdy kładł cegły krzywo. Majster nie rozumiał jej greki, więc Anna nauczyła się ruski, a potem już tylko po rusku krzyczała. Mówiono w Kijowie: „Cesarska córka, a umie przeklinać jak miejscowa". Anna nie uważała tego za obelgę.
Dzień poświęcenia wypadł chłodny i bezwietrzny. Świątynia stała już gotowa: wapno na ścianach ledwie zdążyło wyschnąć, a w powietrzu wciąż wisiał zapach żywicznych rusztowań, które robotnicy zdejmowali w pośpiechu ostatniej nocy. Anna przyszła przed świtem, zanim zeszli się kapłani, i stanęła sama pośrodku nawy, w miejscu, gdzie miał paść ołtarz. Podłoga była jeszcze zimna, nieocieplona żadnym dywanem.
Włodzimierz wszedł, gdy słońce dopiero sięgało progu. Zatrzymał się, zobaczywszy ją samą, i podszedł bez słowa. Trzymał w dłoni garść ziemi wykopanej pod fundamenty — nosił ją przy sobie od dnia, gdy wbito pierwszy pal.
— Będą mówili, iż to mój kościół — powiedział. — Że to ja przywiozłem wiarę do Kijowa.
— Niech mówią — odparła Anna. — Kamienie i tak wiedzą swoje.
Wysypał ziemię na próg, tam, gdzie za chwilę mieli przejść pierwsi wierni. Anna patrzyła, jak grudki rozsypują się po kamiennej posadzce, którą sama kazała szlifować dwa razy, bo pierwsza robota jej się nie podobała. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Potem zaczęli schodzić się ludzie — kapłani w szatach jeszcze pachnących podróżą z Konstantynopola, bojarzy w futrach, tłum z miasta, który cisnął się w drzwiach, żeby zobaczyć kamienny dom modlitwy, jakiego Kijów nigdy nie miał. Gdy rozpoczęło się nabożeństwo, głosy śpiewaków odbiły się od nowych sklepień i wróciły echem, jakby budynek sam odpowiadał na modlitwę. Anna stała z boku, przy filarze, który kazała postawić grubszy niż reszta, bo nie ufała pierwszym obliczeniom budowniczego. Dotknęła zimnego kamienia dłonią i poczuła, iż drży, choć nikt tego nie widział.
Zmarła w 1011 roku, czterdzieści osiem lat po przyjściu na świat w purpurowej Komnacie Porodu. Pochowano ją w Dziesięcinnej, której kamieni pilnowała do ostatnich dni. Trzy lata potem, po śmierci Włodzimierza, obok niej złożono jego grób.
Wieczorami, gdy słońce chowa się za Dnieprem, w oknie nad rzeką jeszcze długo widać było blask lampy — tej samej, przy której Anna nocami sprawdzała rachunki budowniczych i poprawiała litery w księgach przywiezionych z Konstantynopola. Rybacy, wracający z połowu, przyzwyczaili się patrzeć w tamtą stronę, zanim światło zgasło na dobre.











