„Co ty powiedziałeś?” Agnieszka poczuła, jak serce jej zamiera.
Krzysztof stał w drzwiach. Ściskał pęk kluczy.
Jego twarz była zimna, obca.
„Nie mogę już tak żyć” – powtórzył bez emocji.
„Ani ja, ani mama. Spakuj dzieci i jedźcie do Starej Wsi.”
„Dom babci jeszcze stoi. Dach jest cały. Jakoś sobie poradzicie.”
Agnieszka patrzyła na niego jak na nieznajomego.
Dziesięć lat razem. Troje dzieci. I taki wyrok.
Wyludniona wieś. Kilka domów, bez sklepu, bez drogi.
„Dlaczego…” – zaczęła, ale przerwał jej gestem ręki.
„Bo mam dość” – powiedział, odwracając wzrok.
„Dość pretensji. Dość narzekania. Dość tego, iż siedzisz w domu.”
„Mama ma rację. Stałaś się kwoką.”
„Nie poznaję kobiety, którą poślubiłem.”
Łzy stanęły jej w gardle, ale nie pozwoliła im spaść.
Za ścianą spały Zosia i Staś. Maciek pewnie wszystko słyszał.
„Gdzie znajdę pracę? Z czego będziemy żyć?” – szepnęła.
Krzysztof rzucił kopertę na stół.
„Trochę pieniędzy na początek. Dom jest na twoje nazwisko.”
„Jeśli jesteś taka niezależna, to teraz to udowodnij.”
Odwrócił się i wyszedł bez słowa.
Drzwi wejściowe zatrzasnęły się głucho.
Agnieszka osunęła się na krzesło.
W głowie miała jedną myśl: „Upiekłam jego szarlotkę. Na śniadanie.”
Dom w Starej Wsi powitał ich chłodem i stęchlizną.
Agnieszka weszła, niosąc śpiącą Zosię. Serce się jej ścisnęło.
Tu spędziła dzieciństwo. Zapach chleba, zioła na strychu, jabłka w piwnicy.
Teraz były tylko pajęczyny i pył zapomnienia.
Maciek, poważny jak dorosły, otworzył okiennice.
Kwietniowe słońce rozświetliło unoszący się pył.
„Tu jest zimno” – poskarżył się Staś, obejmując się ramionami.
„Rozpalimy w piecu. Będzie cieplej” – odpowiedziała Agnieszka.
„Maciek, pomożesz mamie?”
Chłopiec skinął głową, nie patrząc jej w oczy.
Milczał, odkąd usłyszał rozmowę rodziców.
Stary piec na szczęście jeszcze działał.
Gdy ogień objął drewno, w izbie zrobiło się cieplej.
„Mamo, zostaniemy tu długo?” – zapytał Staś, patrząc na stare zdjęcia.
„Nie wiem, synku” – odpowiedziała szczerze. „Najpierw się urządzimy.”
Pierwszą noc spędzili razem, w szerokim łóżku babci.
Dzieci zasnęły szybko, zmęczone podróżą.
Agnieszka wpatrywała się w sufit, pytając siebie, jak do tego doszło.
Rano wyszła na podwórko, zostawiając dzieci w łóżku.
Ogród był zapuszczony. Jabłonie pokrzywione, gałęzie połamane.
Stodoła się przechylała, studnia zarosła mchem.
Agnieszka spojrzała na to wszystko i zaśmiała się gorzko.
„Oto mój spadek” – pomyślała. „Mój nowy początek.”
Pierwsze dni przypominały zły sen.
Każdego ranka budziła się z nadzieją, iż usłyszy głos Krzysia.
„Mamo, kiedy tata po nas przyjedzie?” – pytała Zosia.
„Niedługo, skarbie” – odpowiadała, sama nie wiedząc, czy wierzy w te słowa.
Telefon milczał. Krzysztof nie odbierał.
Przyszła tylko jedna wiadomość: „Masz wszystko, czego potrzebujecie. Daj mi czas.”
Czas na co? Żeby zrozumieć, jak źle bez nich?
A może żeby ich zapomnieć?
Pod koniec tygodnia pieniądze zaczęły się kończyć.
Piec wymagał naprawy, dach przeciekał, jedzenie trzeba było kupić.
W tej wsi nie było żadnej pracy.
„Może wrócicie do miasta?” – zapytała sąsiadka, pani Wanda.
Agnieszka pokręciła głową.
„Nie mamy dokąd wrócić.”
„A tu przynajmniej mamy dom.”
Nie wiedziała jeszcze, co ją czeka.
Wiedziała tylko jedno: nie odda dzieci bez walki.















