Czego krzyczysz na mnie?! oburzył się mężczyzna. Leczę twoją żonę, karmię ją, a ty się na mnie wydzierasz?! Co to ma być!? Wrzeszczeli na siebie dobre pół godziny, aż wrona zachrypła, a mężczyzna opadł z sił…
Mężczyzna wracał do domu po porannej zmianie w fabryce śrubek na obrzeżach Łodzi. Przed nim rozciągał się weekend już sama ta myśl poprawiała mu humor. Choć nie tylko o odpoczynek tu chodziło. W sobotę wieczorem miał się wreszcie spotkać z kobietą, którą poznał na portalu randkowym.
Pisali do siebie całe cztery tygodnie: opowiadali o pracy, rozmawiali o ulubionych serialach i książkach, żartowali, dzielili się rozterkami. Wszystko jak trzeba. W końcu ustalili termin spotkania. Zostało tylko zadzwonić do przytulnej restauracji na Piotrkowskiej, zarezerwować stolik i wybrać odpowiednią koszulę.
Cały zatopiony w tych rozmarzonych planach, zbliżał się do osiedlowego wieżowca, gdzie zajmował mikroskopijne mieszkanie na czwartym piętrze. Do klatki schodowej miał zaledwie trzydzieści, no może czterdzieści kroków. I wtedy coś zupełnie nieoczekiwanego przesunęło się po powietrzu jego snu.
Z wysoka, z kasztanowca, na którego nigdy dotąd nie zwracał uwagi, spadła pod jego stopy czarna jak smoła wrona. Ptak wpadł w furię: trzepotał skrzydłami, czasem aż przeraźliwie skrzeczał, a nad głową mężczyzny rozszalała się cała armia ptasich istot, zawodząc tak, jakby Łódź stała u progu apokalipsy.
Brakowało mi tylko tego mruknął pod nosem, szurając butem.
Wrona próbowała się podnieść, jednak zaraz upadała, ledwo stojąc na jednej łapie. Przyjrzał się prawa łapa wygięta była pod dziwnym kątem.
I co ja mam z tobą począć? zapytał jakby samego siebie, nie do końca przekonany, czy do niego, czy do ptaka.
Przejść obojętnie nie potrafił. Zsunął z ramion kurtkę, ostrożnie nakrył ptaka, przeniósł go do siebie. Za plecami czuł spojrzenia i zmartwione krzyki ptasiej chmary, które śniły mu się tego dnia nadzwyczaj głośno.
W domu wyjął wronę z kurtki, starał się delikatnie obejrzeć ranę. Ptak zaskrzeczał i błyskawicznie przyciął mu dziobem w palec.
No masz ci los! zaklął cicho, owijając jej dziób szmatką, żeby jakoś się bronić.
Telefony do łódzkich weterynarzy nic nie dały żaden nie zajmuje się ptakami. Znajomi też pokręcili głowami. W końcu pomyślał: skoro potrafi złożyć każdy mechanizm, to może i wronę doprowadzi do porządku.
Zorganizował ptakowi posłanie w kartonowym pudełku, które wyłożył ręcznikami. Postawił wszystko na parapecie okna i jakby to było zupełnie naturalne w tym śnie nie zastanawiając się, natychmiast nazwał wronę: Ludmiła.
Zabrał się do konstruowania szyny. Nożem wyżłobił rowek w dwóch drewnianych patyczkach, złączył i przymocował całość taśmą izolacyjną. Gdy skończył, rozwiązał szmatkę na dziobie.
Ludmiła usiłowała natychmiast go dziobnąć.
Spokojnie, spokojnie powiedział łagodnie. Chcę ci tylko pomóc. Ale musisz też coś zjeść!
Internet poradził dwa miejsca: sklep wędkarski i aptekę. W jednym kupił robaki i larwy, w drugim pęsetę oraz strzykawkę. Pomoc wyglądała osobliwie: musiał rozchylać ptasi dziób i podawać pokarm, wodę wlewać strzykawką. Wrona krzyczała i szamotała się, on zrzędził i przekonywał, iż nie ma wyjścia.
W końcu oboje ledwo żyli. Gdy Ludmiła pochyliła głowę i zasnęła zmęczona, on także poszedł spać.
Ranek nic nie zmienił: znowu karmienie, stawianie oporu, swar, krakanie. I nagle na zewnętrznym parapecie siedzi ogromny wron, samiec, bacznie go obserwując.
Nie wiedząc sam po co, otworzył okno.
Ty pewnie mąż Ludmiły? Wchodź. Popatrz. Ja tylko ratuję jej zdrowie.
Wielki wron pochylał łeb, raz to jednym, raz drugim okiem zerkając na Ludmiłę, po czym ostrożnie wskoczył do środka.
Ludmiła zaskrzeczała cicho. Wron zwrócił się w stronę mężczyzny, rozpostarł skrzydła i zatrąbił głosem tak donośnym, iż echo poniosło się po całym bloku.
Czego się na mnie drzesz?! oburzył się mężczyzna. Leczę twoją żonę, karmię ją, a ty na mnie z łapami?!
Długo jeszcze wrzeszczeli obaj, człowiek i wron, aż dźwięki stawały się coraz bardziej senne i nierealne wron zachrypł, a mężczyźnie brakło tchu.
Na koniec dosunął ptakowi pudełka z robakami i larwami, nic nie tłumacząc.
Ptak obejrzał przysmaki, pochylił się lekko i zaczął jeść.
Oczywiście, rozgość się uśmiechnął się mężczyzna. Pewnie po to latałem po sklepach.
Najedzony, wron podszedł do Ludmiły i zaczął delikatnie poprawiać jej pióra.
Niemożliwe szepnął wzruszony mężczyzna. Takie ptasie czułości Wszystko będzie dobrze, tylko przekonaj ją, żeby przestała dziobać!
W nocy wron odleciał, a rano znów się pojawił. Zastukał dziobem przez szybę, wszedł, dopilnował Ludmiły i w spokoju zjadł śniadanie.
Dzień dobry przywitał go mężczyzna, dla którego sytuacja coraz bardziej zahaczała już o surrealizm. Chyba zaczynamy się rozumieć
Kiedy karmił Ludmiłę, a ona stawiała opór, jej partner patrzył spokojnie, czasem przekrzywiając głowę, jakby rozumiał każde słowo.
Aż nagle mężczyzna doznał olśnienia.
O rany jęknął, chwytając się za głowę. Przecież ona czeka Nie zadzwoniłem, nie zarezerwowałem stolika
Chwycił telefon i wykręcił numer.
Przepraszam ogromnie zaczął i szczerze opowiedział o całej wroniej historii i swoim spóźnieniu.
Czyli jakaś tam wrona jest dla pana ważniejsza ode mnie?! przerwała mu kobieta, urażona w głosie.
Nie, nie To nie tak. To dla mnie ważne. Tak wyszło…
To proszę zostać ze swoją wroną! rzuciła i się rozłączyła.
No to po randce westchnął mężczyzna, zwracając się do wrona. Zakończona, zanim się zaczęła.
Wielki ptak gwałtownie sfrunął na stół, rozłożył skrzydła i z zadartą piersią zaczął dumnie przechadzać się w tę i z powrotem.
Mężczyzna uśmiechnął się:
Nie wiem, czy zrozumiałeś, o czym mówiłem, ale czuję, iż chcesz mnie podnieść na duchu. Myślisz, żeby się nie załamywać?
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stanęła sąsiadka z piątego piętra kobieta o imieniu Bożena, zawsze serdecznie uśmiechnięta w windzie.
Przepraszam zaczęła nieco zmieszana. Od paru dni pod pana oknami kłębi się chmara wron. Czy u pana wszystko w porządku?
Tego nie da się tak po prostu opisać. Proszę wejść, zobaczy pani sama.
Zajrzała i skonsternowana przystanęła w drzwiach.
O rety Pan ratuje wronę?
Ludmiła poprawił ją.
To pan wron to pewnie Waldemar! zaśmiała się Bożena.
Jej śmiech rozbrzmiał jak srebrzyste dzwoneczki. Mężczyźnie zrobiło się ciepło; zrozumiał, jak bardzo brakowało mu takiego dźwięku. Patrzył na nią i nagle pomyślał: A niech tam, z tą niewypałą randką!
Waldemar znowu rozłożył skrzydła, przedefilował po stole i Bożena wybuchnęła śmiechem.
Od tamtej pory było znacznie łatwiej. Waldemar wyraźnie polubił Bożenę: gdy tylko pojawiała się w drzwiach, ptak starał się jak najbliżej niej przysiąść, poprawiał piórka i patrzył z ukosa. Bożena śmiała się, troszkę zawstydzona.
Ludmiła w końcu pojęła, iż tu chodzi o dobro, przestała dziobać się i zaczęła samodzielnie jeść. Zdrowienie nabierało tempa. Mężczyzna dał Bożenie zapasowy klucz kiedy bywał na drugiej zmianie, opiekowała się ptakami.
Coraz bardziej podobała mu się sąsiadka. Gdy już był gotów zaprosić ją na randkę, kolejny surrealistyczny zwrot takie rzeczy zdarzają się tylko w snach.
Późnym wieczorem, po pracy, wracał do domu. Był podekscytowany, bo w czasie przerwy kupił Bożenie mały prezent: srebrny łańcuszek z czerwonym serduszkiem za 120 złotych.
Szukał jej wzroku, wyobrażając sobie, jak wręcza podarunek. Nagle spod lampy wyłoniły się dwie chude sylwetki.
Dawaj portfel, telefon i zegarek! wysyczał jeden, błyskając nożem.
Kurtkę rzuć, no już! warknął drugi.
Zanim zdążył zareagować, niebo zasnuła ciemna chmura. Zaczęły się krzyki przerażenie, ból, rozpacz. Dziesiątki ostrych dziobów smagały oprawców. Stado wron rzuciło się na napastników.
Mężczyzna rzucił się do domu, a rano…
U progu stała blada i przejęta Bożena.
Jezu! wykrzyknęła, tuląc go nagle. Cały żyjesz! Myślałam, iż to ciebie napadli
Ale co się stało? zapytał, gładząc ją po włosach.
W nocy stado wron napadło na dwóch złodziei. Ledwo przeżyli. Leżą w szpitalu, w ciężkim stanie.
Uśmiechnął się i nagle przypomniał sobie o prezencie.
Kupiłem ci coś…
Oj, nie trzeba było zarumieniła się, ale gdy pokazał srebrny łańcuszek z czerwonym serduszkiem, rozpromieniła się i całowała go w policzek.
Przepiękny. Dziękuję! szepnęła i wyciągnęła rękę, ale…
O, to ale! Z kątów mieszkania wypłynął niczym czarny cień Waldemar, błyskawicznie przechwycił błyskotkę, pofrunął do Ludmiły i położył prezent tuż przy jej łapie.
Mężczyzna i Bożena zaczęli się śmiać.
Kupię drugi obiecał.
Waldemar rozpostarł skrzydła, śmiesznie wypiął pierś i zawołał cichutkie: Kraaa! Ludmiła zabrała łańcuszek i ukryła go w swoim pudełku.
A mężczyzna i kobieta całowali się na progu, nie zważając, czy na jawie, czy we śnie. I co z tego, iż wszystko było tak dziwnie pokręcone?
W końcu… to sprawa rodzinna.










