Szczekł Dunaj, ich owczarek, i rzucił się na łańcuchu w stronę furtki, jakby ktoś obcy wchodził na podwórko. Krystyna Wach akurat wieszała pościel na sznurze między jabłoniami, kiedy usłyszała skrzypienie bramy i głos syna.
— Mamo, jesteśmy!
Odwróciła się z klamerką w ustach i zobaczyła Tomka, a obok niego dziewczynę w cienkiej wiatrówce, mimo iż było już październikowo chłodno. Drobna, w okularach, z włosami spiętymi byle jak w kucyk. Krystyna wypuściła klamerkę prosto na mokrą trawę.
— Jezus Maria. Zenek! Zenek, chodź no tu! — zawołała męża, który grzebał w garażu przy starym passacie. — Ty popatrz, kogo on nam przywiózł. Toż to badyl jakiś, nie dziewczyna. Skóra i kości. Jak ona mu dzieci będzie rodzić, pytam się?
Zenon Wach wytarł ręce w szmatę i wyszedł zza samochodu. Spojrzał na dziewczynę — miała na imię Ania, jak się później okazało — i coś w nim drgnęło. Nie te szerokie biodra, nie te czerwone od pracy dłonie, do jakich był przyzwyczajony u miejscowych dziewczyn. Coś innego. Sposób, w jaki trzymała się prosto, jak patrzyła prosto w oczy, nie spuszczając ich ze wstydu.
— A cóż ty, matko, od razu na ludzi… — mruknął, ale sam się uśmiechnął, gładząc wąsy, które nosił od czasów służby wojskowej jeszcze w Legnicy.
Krystyna tego uśmiechu nie zauważyła, bo już biegła — na tyle, na ile jej ciężkie ciało pozwalało biegać — w stronę kuchni, żeby zdjąć fartuch, w którym akurat robiła powidła z ostatnich śliwek. Fartuch miała w wielkie maki, uszyty przez samą siebie z metrówki kupionej na bazarze w Koninie za dwadzieścia złotych. Od lat nie kupowała sobie niczego innego. Po co, skoro i tak nikt nie patrzy.
A patrzeć rzeczywiście przestano dawno. Krystyna miała pięćdziesiąt sześć lat i od jakichś piętnastu nosiła te same luźne spódnice w kwiatki i swetry rozciągnięte na łokciach. Trzech synów wychowała na tym gospodarstwie pod Koninem — krowy, świnie, kury, pole buraków, które trzeba było obrobić między jednym porodem a drugim. Starsi, Marek i Paweł, dawno wyjechali — jeden do Wrocławia, drugi w ogóle do Niemiec, do Hanoweru, i wnuki Krystyna widywała tylko na zdjęciach w Messengerze, które synowe przysyłały raz na miesiąc, jak łaskę robiły.
Zostawał tylko Tomek. Najmłodszy, dwadzieścia sześć lat, mechanik w warsztacie w mieście, ale mieszkający wciąż w starym pokoju na piętrze, bo jak mawiała Krystyna: "gospodarstwo samo się nie upilnuje".
I od dawna miała dla niego plan. Dwie ulice dalej, u Barbary Kwiatek, rosła córka Ewelina — dziewczyna jak malowanie, w biodrach szeroka, w policzkach czerwona, umiała i krowę wydoić, i worek z paszą sama zataszczyć, żeby chłopa nie wołać. Krystyna z Barbarą już choćby omawiały, gdzie by wesele zrobić — czy w remizie w Kramsku, czy może wynająć salę w tej nowej restauracji przy trasie na Ślesin.
— Idź, obejrzyj sobie Ewelinę — mówiła synowi z uporem co niedzielę po obiedzie. — Chłopa dobrze utrzyma, dzieci zdrowe urodzi, nie to co te miejskie patyczaki.
Tomek tylko machał ręką.
— Mamo, sam sobie znajdę żonę, jak przyjdzie czas.
I oto przyszedł. Tylko nie z Eweliną pod rękę, a z tą Anią, studentką czwartego roku farmacji na uniwersytecie w Poznaniu, ważącą — jak oceniła Krystyna jednym rzutem oka — może czterdzieści pięć kilo z butami.
— Kogo on nam tu… — powtarzała Krystyna sama do siebie, krążąc po kuchni i przekładając bez sensu talerze w kredensie. — Miejska, chuda, okularnica. Nieporozumienie jedno.
Na dworze, między drzewami, Zenon podawał Ani rękę, pomagając jej przejść przez kałużę koło studni, której Krystyna od lat nie chciała zabetonować, bo "po co, jak i tak nikt tędy nie chodzi".
— Nie słuchaj matki, dziecko — powiedział cicho, kiedy Tomek na chwilę odszedł zaparkować samochód porządniej. — Ona po prostu przyzwyczajona do innych kobiet. Sama kiedyś taka jak ty była, tylko dawno temu.
Ania uśmiechnęła się niepewnie, otulając się cieńszą, niż trzeba, wiatrówką.
Kolacja tego wieczoru trwała wieczność. Krystyna postawiła na stole żurek, kotlety schabowe wielkości połowy talerza i górę ziemniaków, jakby chciała sprawdzić, ile w tę dziewczynę wejdzie. Ania grzecznie jadła, ale odkładała widelec po kilku kęsach.
— No i widzisz — szepnęła Krystyna do Zenona w kuchni, kiedy zmywali naczynia. — choćby nie je porządnie. Anemiczna jakaś. Ja bym takiej za progiem nie wpuściła, gdyby to ode mnie zależało.
— Ale nie zależy — odparł krótko Zenon i tym razem w jego głosie nie było żartu.
Przez kolejne trzy miesiące Krystyna prowadziła cichą wojnę. Dzwoniła do Tomka codziennie, wspominając to Ewelinę, to jakąś inną kandydatkę z okolicy, opowiadając, jak to dobrze by było mieć w domu "prawdziwą gospodynię, a nie dziewczynę, co palcem w gnój nie tknie". Kiedy Tomek przywoził Anię na weekendy, Krystyna umiała wygarnąć jej wprost przy stole, iż "chudej krowie i Pan Bóg ogona nie daje" — cytując przysłowie, którego nauczyła się od własnej matki.
Ania milczała. Nie płakała przy nich, przynajmniej nikt tego nie widział. Ale pewnej niedzieli w marcu, po kolejnej takiej uwadze, wstała od stołu, poszła do łazienki na górze i siedziała tam dwadzieścia minut, podczas gdy Tomek walił pięścią w drzwi, prosząc, żeby wyszła.
Tego dnia Zenon po raz pierwszy podniósł głos na żonę przy synu.
— Krysia. Dość. Jeszcze jeden taki numer, i ja się wyprowadzam do Marka we Wrocławiu, słowo daję.
Krystyna oniemiała. W trzydziestu dwóch latach małżeństwa Zenon nigdy nie mówił do niej takim tonem.
— A ty co, zakochany w niej czy jak? — rzuciła z pretensją, ale głos jej się załamał.
— Zakochany nie jestem. Ale pamiętam, jaka ty byłaś, zanim to wszystko — machnął ręką na dom, na oborę, na pole — cię zjadło. I nie pozwolę, żeby to samo zrobiono tej dziewczynie, tylko dlatego, iż tobie nie mieści się w głowie, iż można żyć inaczej.
Wesele odbyło się w czerwcu, w tej samej restauracji przy trasie na Ślesin, o której Krystyna kiedyś marzyła dla Eweliny. Krystyna przyszła w nowej sukience — kupionej po raz pierwszy od lat nie na bazarze, tylko w sklepie w Koninie, bo namówił ją do tego akurat Zenon, wciskając jej do ręki pięćset złotych i mówiąc: "Ubierz się jak na własne wesele, nie jak na dożynki".
Ania i Tomek zamieszkali osobno, w kawalerce w Koninie, bo Ania kończyła jeszcze studia i dojeżdżała do Poznania. Krystyna została na gospodarstwie sama z mężem i coraz starszym Dunajem.
Rok później, w lutym, zadzwonił telefon. Ania rodziła w szpitalu w Koninie, dwa tygodnie przed terminem. Krystyna, gdy tylko usłyszała, rzuciła wszystko — choćby garnek z kapustą zostawiła na kuchence — i kazała Zenonowi jechać od razu.
Na korytarzu szpitalnym siedziała cztery godziny, obgryzając paznokcie, których nie obgryzała od czasów, gdy sama rodziła Marka. Kiedy wyszedł lekarz i powiedział, iż urodziła się dziewczynka, trzy kilogramy sto gramów, zdrowa, Krystyna rozpłakała się na korytarzu tak głośno, iż pielęgniarka wyjrzała z dyżurki.
Do sali wpuszczono ją później niż wszystkich, bo Ania była wyczerpana. Kiedy w końcu weszła, zobaczyła dziewczynę — bladą, spoconą, z włosami przyklejonymi do czoła — trzymającą w ramionach zawiniątko.
Krystyna podeszła do łóżka, usiadła na brzegu, czego nigdy dotąd sobie nie pozwalała, i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć maleńkiej piąstki.
— Ania — powiedziała, i po raz pierwszy w tym słowie nie było ani cienia lekceważenia. — Przepraszam cię. Za wszystko. Za tę chudość, za te słowa głupie. Ja po prostu bałam się, iż stracę syna, a straciłam rozum na chwilę.
Ania spojrzała na nią zmęczonymi oczami.
— Wiem, pani Krystyno. To już nieważne.
— Ważne — Krystyna pokręciła głową i sięgnęła do torebki, którą przywiozła ze sobą. Wyjęła z niej złożoną kartkę — akt własności działki, tej samej, sąsiadującej z gospodarstwem, którą Zenon i Krystyna kupili jeszcze w latach dziewięćdziesiątych za grosze, myśląc, iż odpiszą ją kiedyś Ewelinie jako "prezent ślubny" dla przyszłej synowej.
— To dla was. Osiemset metrów, przy samej drodze na Kramsk. Zenon już był u notariusza w zeszłym tygodniu, tylko czekaliśmy, aż się dziecko urodzi. Postawcie tam dom, jaki chcecie, żebyście już nie musieli w tej kawalerce się gnieść.
Ania nie powiedziała nic, tylko przycisnęła córeczkę mocniej do piersi, a po policzku spłynęła jej jedna łza, którą otarła wolną ręką.
Trzy lata później, kiedy na tej działce stał już gotowy dom z czerwonej cegły, a mała Zosia biegała po podwórku, ganiając Dunajowego wnuka, kundelka imieniem Bartek, Krystyna przychodziła tam codziennie po południu, pomagać przy obiedzie. I nigdy, ani razu, nie wspomniała już słowa "chuda".









