Chłopcy z Podkarpacia

polregion.pl 1 tydzień temu

Sto dwadzieścia złotych za litr – tyle kosztowała benzyna, kiedy mój wnuk pierwszy raz zapytał, dlaczego dziadek nie lubi jeździć motocyklem. Miałem wtedy dziewięćdziesiąt lat i siedziałem na tarasie w Sanoku, patrząc na Wisłok, a chłopak czekał na odpowiedź, jakby to była zwykła historia. Nie jest zwykła. Zacznę od tego, co ważne: byłem osiemnastoletnim chłopakiem na motocyklu z koszem, kiedy sowieccy dowódcy uznali, iż czołg jest za drogi, żeby ryzykować go na polu minowym. Zamiast czołgu posłali nas.

Urodziłem się pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego roku w Komańczy, w powiecie sanockim. Ojciec prowadził młyn i grał na trąbce w orkiestrze parafialnej, a matka piekła chleb na sprzedaż dla całej wsi. Mieliśmy sklep kolonialny, w którym schodzili się ludzie z okolicznych wsi – Polacy, Ukraińcy, Łemkowie. Z sąsiadami żyliśmy dobrze, chodziliśmy razem na odpust do Komańczy, dzieci bawiły się wspólnie nad potokiem. Wojna to wszystko zmieniła. Zaczęły się grupy zbrojne – UPA, oddziały AK, sowieccy partyzanci, i nikt już nie wiedział, komu ufać. Gdy ktoś zbliżał się do wsi, ktoś bił w kawałek szyny zawieszonej pod okapem stodoły. Ludzie chowali się po piwnicach i czekali, aż się okaże, kto idzie drogą.

Pamiętam, jak z kolegą wyciągnęliśmy zardzewiały karabin schowany w oborze. Myśleliśmy, iż obronimy się przed jakimkolwiek oddziałem. Potem usłyszeliśmy hałas – setki ludzi i bydła. To byli sowieccy partyzanci. Nic nam nie zrobili, tylko zamienili nasze konie na swoje wychudzone szkapy i poszli dalej.

Uczyłem się w gimnazjum w Sanoku. Niemcy zamknęli szkołę z dnia na dzień, a uczniów mieli wywieźć na roboty do Rzeszy. Ja akurat leżałem w szpitalu z tyfusem i transport mnie ominął. Matka mówiła potem, iż ta choroba mnie uratowała, choć wtedy się bała, iż umrę.

W tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym przyszła Armia Czerwona. Miałem osiemnaście lat i zgłosiłem się do czechosłowackiego korpusu armijnego, bo w Sanoku formowano punkt zaciągu. Matka płakała, bo jako dziecko często chorowałem, ale komisja lekarska mnie przyjęła bez zastrzeżeń. W Rzeszowie przydzielili mnie do oddziału rozpoznawczego na motocyklach. Uczyliśmy się jeździć z koszem – kierowca z przodu, strzelec z automatem za nim, a ja w koszu przy karabinie maszynowym. Niektórzy chłopcy chwalili się, iż już jeździli w domu, ale kosz ciągnął motocykl na bok i pierwsze zakręty kończyły się w rowie albo na drzewie. Trzeba było wyczuć, kiedy dodać gazu, a kiedy puścić.

Naszym zadaniem było jechać przed główną kolumną, wykryć pozycje wroga i utrzymać ogień, dopóki nie dotrze piechota.

Jeszcze przed Dukielskim Przełęczem, pod wsią o nazwie już nie pamiętam dokładnie, było zamieszanie – nasi żołnierze zaczęli się cofać, a pułkownik pytał porucznika Krawca, gdzie ma kompanię. Krawiec odwrócił się do nas i powiedział, iż gdyby było najgorzej, mamy strzelać do własnych, żeby ich zatrzymać. Nie wiem, czy naprawdę by to zrobił. Wiem tylko, iż staliśmy z bronią gotową i nikt się z tego nie śmiał, nikt nie zaprotestował.

Przed operacją dukielsko-preszowską powiedzieli nam, iż za kilka dni będziemy na Słowacji. Przygotowanie artyleryjskie trwało dwie godziny. Ziemia trzęsła się jak kocioł z gotującymi się ziemniakami. Kiedy ogień ustał, przyszedł rozkaz do natarcia. Ktoś powiedział, iż teraz pojadą czołgi. Sowieccy dowódcy odmówili. Najpierw motocykle, powiedzieli, bo jeżeli są tam miny, czołg jest za drogi. Siedziałem w koszu przy karabinie i patrzyłem na pole przed nami. Mieliśmy jechać pierwsi.

Ruszyliśmy o świcie, mgła jeszcze leżała w dolinie, a ja czułem zapach spalonej trawy i chłodnego metalu karabinu pod palcami. Mój kierowca, chłopak z Krosna nazwiskiem Wiktor, miał dziewiętnaście lat i w kieszeni munduru nosił fotografię matki. Jechaliśmy trzysta metrów, kiedy za nami, z tyłu naszej kolumny, sowiecki czołg oddał strzał – nie wiem, czy przez pomyłkę, czy nerwowo, w każdym razie pocisk trafił blisko nas i odłamek rozerwał rękę Wiktorowi. Motocykl zarzuciło, wpadliśmy w rów. Wiktor krzyczał, trzymając to, co zostało z dłoni, a ja strzelałem na oślep w kierunku lasu, bo nie wiedziałem, skąd przyjdzie kolejny ogień. Nikt do nas nie strzelał z przodu – pole faktycznie było czyste od min, ale nikt tego nie sprawdził, zanim nas tam posłano.

Wiktora odwieziono do punktu opatrunkowego, rękę mu amputowali poniżej łokcia. Ja jechałem dalej z innym kierowcą, chłopakiem z Leska, przez las, przez grzbiety Beskidu Niskiego, aż do Słowacji. Straciliśmy w tamtych dniach z naszego oddziału jedenastu chłopców. Jedenastu z trzydziestu ośmiu.

Wróciłem do Sanoka w czterdziestym piątym. Wiktora spotkałem raz, kilka lat później, na targu w Krośnie – sprzedawał zioła jedną ręką, drugim rękawem miał zawinięty i przypięty do paska. Nie rozmawialiśmy długo. Powiedział tylko: „Ty miałeś szczęście, iż siedziałeś z tyłu kosza, a nie z przodu na siodle.” Uścisnęliśmy sobie dłonie i już się nie widzieliśmy.

Wnuk czekał na tarasie, aż skończę, trzymał w ręku kubek z kompotem z wiśni, który przed chwilą przyniosła mu babcia z kuchni. Zapytał, czy to prawda, iż czołg kosztował więcej niż ludzkie życie. Powiedziałem mu, iż nie wiem, ile kosztował czołg, bo nikt mi nigdy nie pokazał żadnego rachunku. Wiem tylko, iż w naszym oddziale rozpoznawczym nikt nie miał więcej niż dwadzieścia jeden lat, a jechaliśmy przed czołgami, bo tak było taniej. Wstałem z krzesła, poszedłem do komody w salonie i wyjąłem z niej metalowe pudełko po cukierkach, w którym od siedemdziesięciu lat trzymam swój Krzyż Walecznych i mały, pożółkły odcisk zdjęcia – ja i Wiktor przed wymarszem, obaj jeszcze z dwiema rękami. Postawiłem pudełko na stole przed wnukiem i powiedziałem, żeby je wziął, kiedy mnie już nie będzie, i pokazywał je swoim dzieciom, kiedy zapytają, ile kosztuje życie osiemnastoletniego chłopaka na motocyklu.

Idź do oryginalnego materiału