Chłopcy tańsi niż czołg – jak wnuk Karola Wiśniewskiego odkrył prawdę o Dukli

twojacena.pl 6 dni temu

Zacznę od tego, iż przez trzydzieści lat myślałem, iż dziadek zmyśla. Nie wprost, nie kłamie – ale koloryzuje, jak to starzy ludzie robią z wojną, żeby wnuki miały co opowiadać w szkole. Dopiero po jego śmierci, kiedy siedziałem w Krośnie nad pudłem po butach pełnym pożółkłych papierów, zrozumiałem, iż nie zmyślał. Zmyślaliśmy my – iż to była zwykła wojenna historia, jedna z wielu.

Nazywam się Adam Wiśniewski, mam czterdzieści dwa lata, pracuję jako geodeta i mieszkam w Krośnie od dwudziestu lat, sześćdziesiąt kilometrów od przełęczy dukielskiej, o której dziadek Karol opowiadał tak, iż nigdy nie chciałem tam jechać. A jednak w końcu pojechałem – dwa miesiące temu, w lipcu, kiedy trawa na zboczach była wypalona na słomiany kolor i pachniało kurzem i sianem, zupełnie inaczej niż on to pamiętał, bo on pamiętał błoto i dym prochu.

Dziadek urodził się w 1926 roku w czeskiej wsi na Wołyniu, niedaleko Dubna. Rodzina miała gospodarstwo i sklep kolonialny, ojciec – mój pradziadek – prowadził wiejską orkiestrę i grywał na kornecie. Do sklepu schodzili się ludzie z okolicznych wsi, czescy i ukraińscy sąsiedzi, i przez długi czas żyło się tam, jak mówił dziadek, „jak u Pana Boga za piecem". Wojna to rozerwała na strzępy. Bandy UPA, melnykowcy, oddziały radzieckich partyzantów, gdzieś w tle choćby polska AK – wszyscy kręcili się po tych samych drogach. Kiedy ktoś się zbliżał do wsi, uderzano w kawałek szyny zawieszony pod dachem stodoły, i ludzie chowali się po piwnicach, czekając, kto to tym razem.

Dziadek miał piętnaście lat, kiedy z kolegą wyciągnęli ze stodoły starą, zaśniedziałą strzelbę, myśląc, iż obronią wieś przed banderowcami. Zamiast tego usłyszeli tupot setek nóg i ryk bydła – to szli radzieccy partyzanci, którzy nie zrobili im krzywdy, tylko zamienili ich konie na swoje wychudzone szkapy. Chodził też do ukraińskiego gimnazjum w Dubnie, dopóki Niemcy nagle nie zamknęli szkoły i nie wywieźli uczniów na roboty do Rzeszy. Dziadek akurat leżał wtedy w szpitalu z gorączką – i ta choroba, jak mawiał, uratowała mu życie po raz pierwszy. Nie ostatni.

W 1944 roku przyszła Armia Czerwona, a razem z nią pobór do Korpusu Czechosłowackiego. Miał osiemnaście lat. Jego matka płakała, bo jako dziecko ciągle chorował, ale komisja lekarska go przepuściła. W Równem trafił do zwiadu zmotoryzowanego, do oddziałów jeżdżących na motocyklach z koszem bocznym. Kierowca z przodu, strzelec z automatem za nim, a w koszu – karabin maszynowy i ten, kto go obsługiwał. Dziadek siedział właśnie tam, w koszu.

Uczyli się tego wszystkiego na chybcika. Niektórzy chłopcy przechwalali się, iż jeździli motocyklem w domu, ale z koszem to inna bajka – motor ciągnie w bok, wjeżdżają w pierwsze drzewo albo rów, jeżeli człowiek nie wyczuje, kiedy dodać gazu, a kiedy puścić. Zadaniem zwiadu było jechać przodem, wypatrzyć, gdzie stoi wróg, i w razie starcia zająć stanowisko ogniowe, dopóki nie podciągnie się piechota.

Jeszcze przed Dukielską Operacją Karpacką był epizod pod Machnówką, o którym dziadek mówił ściszonym, prawie zawstydzonym tonem – to jedyna scena z jego opowieści, przy której zawsze robił długą przerwę, zanim dokończył. Część żołnierzy zaczęła się cofać w chaosie, a pułkownik Svoboda pytał ich dowódcę, porucznika Repčína, gdzie adekwatnie jest jego kompania. Repčín odwrócił się wtedy do zwiadowców i powiedział wprost: gdyby było naprawdę źle, mają strzelać do własnych, żeby ich zatrzymać. Dziadek nigdy nie dowiedział się, czy Repčín rzeczywiście by to zrobił. Pamiętał tylko, iż stali w gotowości, i nikt się z tego rozkazu nie śmiał, i nikt mu się nie sprzeciwił.

Przed samą operacją dukielską zapowiedziano im, iż za parę dni będą już na Słowacji. Przygotowanie artyleryjskie trwało dwie godziny – ziemia trzęsła się, jak mówił dziadek, „jakby w wielkim garze gotowały się ziemniaki". Kiedy ogień ustał, przyszedł rozkaz do natarcia. Ktoś krzyknął, iż teraz pójdą czołgi. Dowódcy radzieccy odmówili. Najpierw motocykle. Bo jeżeli tam są miny – czołg jest za drogi.

I tu jest ta zdanie, przez które w ogóle zacząłem grzebać w tym pudle po butach: dziadek zawsze powtarzał, iż osiemnastoletni chłopak na motocyklu kosztował mniej niż jeden radziecki T-34.

Siedział w koszu za kaemem, patrząc na pole przed sobą, kiedy dostali rozkaz ruszać jako pierwsi. Za nimi, w bezpiecznej odległości, stał radziecki czołg – ten sam, który miał jechać dopiero, gdyby saperzy potwierdzili, iż pole jest czyste. Motocykl dziadka jechał na przedzie kolumny zwiadu. Kierowcą był Josef Beran, chłopak z sąsiedniej wsi na Wołyniu, którego dziadek znał jeszcze sprzed wojny – razem chodzili po grzyby, zanim to wszystko się zaczęło.

Nie zdążyli przejechać choćby stu metrów, kiedy za nimi, z tyłu, odezwał się radziecki czołg – strzelił, myśląc, iż przed sobą ma cel, a trafił odłamkiem Berana w rękę. Motocykl zarzuciło, kosz poszedł w bok, dziadek wypadł na ziemię z kaemem, który przez chwilę wlókł za sobą po ziemi na pasie. Beran krzyczał, trzymając się za nadgarstek, z którego lała się krew na zbiornik paliwa. Pole przed nimi okazało się czyste – żadnych min. Ale to nie miało już znaczenia, bo swoi ich prawie zabili, zanim zdążyli sprawdzić, czy zabije wróg.

Dziadek odciągnął Berana za wrak motocykla, przewiązał mu rękę własnym pasem i krzyczał do tyłu, żeby przestali strzelać, iż to swoi. Nikt go nie usłyszał w tym hałasie. Leżeli tam może dziesięć minut, może dwadzieścia – dziadek nigdy nie umiał tego dokładnie określić – zanim dotarła do nich piechota i można było ewakuować Berana na tyły. Beran przeżył, stracił władzę w dwóch palcach, wrócił do Wołynia po wojnie i dziadek widział się z nim jeszcze raz, w 1968 roku, kiedy Beran przyjechał w odwiedziny do Polski, zanim wszystko się jeszcze bardziej pogmatwało politycznie i kontakt się urwał.

W tym pudle po butach, które przeglądałem w lipcu, było zdjęcie ich dwóch przy motocyklu, zrobione chyba tuż przed samą operacją, oraz mapa sztabowa przełęczy dukielskiej, którą dziadek jakimś cudem zachował przez sześćdziesiąt lat, złożoną w kostkę tak małą, iż ledwo dawało się ją rozprostować bez rozdarcia wzdłuż zagięć. Był tam też list od dowództwa korpusu z 1994 roku, gratulujący pięćdziesiątej rocznicy operacji, i odznaczenie, którego dziadek nigdy nie nosił, bo mówił, iż nie zasłużył bardziej niż tamci, co zginęli tego samego dnia na tym samym polu.

Zadzwoniłem do archiwum wojskowego w Pradze, bo chciałem sprawdzić, czy zachowały się jakiekolwiek dokumenty dotyczące strzału, który zranił Berana – czy to w ogóle zostało gdzieś odnotowane, czy po prostu zniknęło w chaosie tamtego dnia, jak dziesiątki innych incydentów friendly fire, o których nikt nigdy oficjalnie nie mówił. Archiwistka, z którą rozmawiałem, powiedziała mi wprost, iż raporty z pierwszych godzin operacji dukielskiej są pełne luk, bo ci, którzy mieli je spisywać, sami ginęli, zanim zdążyli cokolwiek zanotować.

Nie znalazłem papieru, który by to potwierdził. Znalazłem za to w pudle stary zeszyt w kratkę, w którym dziadek, już jako starszy mężczyzna, w latach dziewięćdziesiątych, zapisał odręcznie tę samą historię, którą opowiadał mi przy kuchennym stole w Krośnie, kiedy miałem dwanaście lat, a on gasił papierosa w spodku po herbacie, bo babcia nie pozwalała mu palić w pokoju.

W zeszycie, na ostatniej zapisanej stronie, było jedno zdanie, którego nigdy mi nie powiedział na głos: iż tamtego dnia po raz pierwszy pomyślał, iż ktoś, kto wydaje takie rozkazy, w ogóle nie liczy ich życia jako czegoś wartego więcej niż koszt jednego czołgu, i iż to wspomnienie zabolało go bardziej niż sama rana Berana.

Zeszytu nie oddałem do żadnego archiwum. Kupiłem plastikowy skoroszyt, przepisałem wszystko na komputerze, zrobiłem kopię dla brata w Rzeszowie i jedną zostawiłem sobie, w szufladzie biurka w moim biurze geodezyjnym w Krośnie, tuż obok teczki z mapami, które codziennie rysuję dla zupełnie innych ludzi, na zupełnie inne granice.

Idź do oryginalnego materiału