Statek dopiero co odbił od nabrzeża w Gdyni, a ja już wiedziałem, iż coś poszło nie tak. Nie chodziło o rejs. O to, jak patrzyła na mnie Ola, kiedy steward zamknął za nami drzwi apartamentu na jedenastym pokładzie. Jakby pierwszy raz zobaczyła kogoś obcego.
Nie tak miało być. Naprawdę.
Poznałem ją półtora roku wcześniej na firmowym evencie w warszawskim hotelu. Stała przy oknie z kieliszkiem prosecco i patrzyła na miasto tak, jakby myślała o czymś zupełnie innym niż reszta sali. Wysoka, w szpilkach, z idealnym manicure i takim spokojem w ruchach, jakby całe życie spędziła na parkiecie, a nie na sali konferencyjnej. Pracowała w zarządzie jednej z większych firm logistycznych. Ja prowadziłem rodzinną sieć komisów samochodowych. Pasowaliśmy do siebie.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
Mój ojciec, Zenon, od początku powtarzał jedno. adekwatnie nie powtarzał — on to wbijał, jak gwóźdź w deskę, przy każdej okazji.
— Pamiętaj, Marek — mówił, gdy tylko Ola wychodziła do łazienki. — Kobieta z charakterem to jak koń pełnej krwi. Piękny, ale nieokiełznany. Pierwsza noc po ślubie decyduje o wszystkim.
Myślałem, iż żartuje. Naprawdę. Stary człowiek, inne czasy, te jego powiedzonka z PRL-u. Śmiałem się, odbierałem od niego kluczyki do kolejnego auta na handel i wracałem do Oli.
Ale on nie żartował. I teraz, w tej kabinie, kiedy woda pod burtą szumiała, a Ola podeszła do okna, żeby zobaczyć oddalające się światła Trójmiasta, poczułem, iż czekam na coś. Na moment. Na znak. Sam nie wiem na co.
— Marek, otworzysz szampana? — spytała, nie odwracając się.
Głos miała spokojny. Zawsze spokojny. choćby kiedy się kłócilismy o to, gdzie spędzimy święta, mówiła tym samym tonem, jakim prosiła o rachunek w restauracji.
— Zaraz — powiedziałem.
Podszedłem do walizki. Skórzana, brązowa, z mosiężnymi zamkami. W środku, pod warstwą świeżo wypranych koszul, leżała ona.
Aluminiowy kij bejsbolowy.
Włożył mi go do bagażu ojciec. Dosłownie. Dwa dni przed wyjazdem przyszedł do mojego mieszkania na Mokotowie, kiedy pakowałem rzeczy, i wsunął go pod ubrania. Potem chwycił mnie za ramię tak mocno, iż zostały siniaki.
— Nie otwierasz szampana, rozumiesz? — powiedział wtedy, patrząc mi w oczy. — Najpierw pokazujesz, kto tu rządzi. Potem możecie pić do rana.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Stałem z tą walizką w ręku i czułem, jak pot spływa mi po kręgosłupie. Ojciec patrzył na mnie tak, jak patrzył przez czterdzieści lat na moją matkę. Z góry. Z wyższością. Z pewnością kogoś, kto nigdy nie musi podnosić głosu, żeby wszyscy w domu zamilkli.
Wziąłem ten kij. Nie wiem, po co. Może ze strachu. Może z przyzwyczajenia. Może dlatego, iż nigdy w życiu nie potrafiłem mu odmówić.
A teraz stałem w apartamencie na promie i trzymałem go w dłoni.
Ola odwróciła się od okna.
— Co to jest? — spytała.
Nie było strachu w jej głosie. To mnie zaskoczyło. Miałem nadzieję, iż będzie. Ojciec mówił, iż będzie.
— Prezent od ojca — powiedziałem, starając się, żeby zabrzmiało to lekko. Jak dowcip, który za chwilę wytłumaczę.
Nie brzmiało lekko.
— Prezent? — Ola uniosła brew. — Kij bejsbolowy? Na rejs po Bałtyku?
— Ojciec mówi, iż małżeństwo to jak… — urwałem.
Słowa ojca nie chciały przejść mi przez gardło. Bo nagle, stojąc tam, w tym luksusowym apartamencie z widokiem na ciemne morze, usłyszałem je tak, jak musiała je słyszeć matka. Przez czterdzieści lat.
— Jak oswajanie dzikiego konia — dokończyłem.
Ola nic nie powiedziała. Tylko patrzyła. A potem zrobiła coś, czego zupełnie się nie spodziewałem.
Przekrzywiła głowę, jakby oceniała odległość. Jakby patrzyła nie na męża, ale na przeszkodę.
— Marek, czy ty naprawdę myślisz, iż mnie to przestraszy? — spytała cicho.
I wtedy zrozumiałem. Może nie rozumem, ale ciałem. Mięśniami, które napięły się same. Zrozumiałem, iż ojciec nie znał ani jednej kobiety takiej jak Ola.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ona zrobiła krok w bok. Płynny. Wyćwiczony. Jak tancerka, tylko iż to nie był taniec. Kij, który trzymałem w opuszczonej dłoni, nagle przestał cokolwiek znaczyć.
— Cztery lata uczyłam żołnierzy walki wręcz — powiedziała.
Zamarłem.
— Cztery lata. Najpierw w Wojsku Polskim, potem prywatne szkolenia. Krav maga, systema, boks tajski. Ostatnia grupa, którą prowadziłam, to byli chłopcy z jednostki w Lublinie. Dwudziestolatkowie, którzy bali się, iż nie zdążą przygotować się do misji. Uczyłam ich, jak przetrwać, kiedy wróg jest bliżej niż metr. Jak utrzymać spokój, kiedy ktoś macha ci czymś przed twarzą.
Mówiła to wszystko spokojnie. Tym samym tonem, którym zamawiała pierogi w restauracji na Nowym Świecie.
— I co? — spytałem, chociaż wcale nie chciałem.
— I nic — odpowiedziała. — Po prostu wiedz, iż jeżeli uniesiesz ten kij, to nie ja będę miała problem.
Stałem jak wmurowany. Za oknem Bałtyk uderzał o burtę, gdzieś na korytarzu kelner pchał wózek z kieliszkami, a ja trzymałem w ręku kawałek aluminium i czułem się jak ostatni idiota.
Nie podniosłem kija. Oczywiście, iż nie.
Odłożyłem go na łóżko, obok butelki szampana, którą obsługa schowała do wiaderka z lodem. Odłożyłem go tak ostrożnie, jakby nagle zrobił się gorący.
— Ola, ja… — zacząłem.
— Zamknij się na chwilę — przerwała.
Usiadła na brzegu łóżka, wyciągnęła telefon i zaczęła pisać. W ciszy słyszałem tylko stukot jej paznokci o ekran i warkot silników promu. Po chwili podniosła telefon do ucha.
— Tato? Spytaj babci, czy może dzisiaj zostać w naszym mieszkaniu. Tak, coś mi wypadło. Nie, nie na długo. Tydzień. Tak, wiem, iż nie śpi. Zadzwoń do niej teraz.
Skończyła po minucie. Popatrzyła na mnie z tym swoim spokojem, który nagle wydał mi się straszniejszy niż jakikolwiek krzyk.
— Wiesz, co będzie dalej? — spytała.
Pokręciłem głową.
— Wrócimy do Gdyni. Wezmę swoje rzeczy. Wyprowadzę się do mieszkania, które kupiłam w Warszawie. A ty zostaniesz sam z tym swoim kijem i z twoim ojcem, który będzie ci tłumaczył, iż małżeństwo to oswajanie dzikiego konia.
— Ola, przysięgam, ja nie chciałem…
— Wiem — powiedziała. — To jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Ty nie chciałeś, ale zrobiłeś. Wziąłeś go ze sobą. Przywiozłeś go tutaj. Trzymałeś go w dłoni. A teraz mówisz, iż nie chciałeś.
Wstała, podeszła do walizki, którą wniosła do kabiny jeszcze na lądzie. Rozpięła ją, wyjęła granatowy dres, kosmetyczkę, ładowarkę.
— Śpię dzisiaj na sofie przy recepcji — powiedziała. — Nie ma sensu udawać, iż cokolwiek z tego wyjdzie.
I wyszła. Po prostu wyszła. Drzwi zamknęły się za nią z miękkim kliknięciem, a ja zostałem w apartamencie, w którym pachniało jeszcze jej perfumami.
Następnego dnia rano zszedłem na śniadanie. Ola siedziała przy innym stoliku, z kubkiem kawy i rogalikiem, i rozmawiała z jakąś parą z Gdańska. Uśmiechała się. Kiedy mnie zobaczyła, uniosła dłoń w geście, który mógł oznaczać cokolwiek.
Statek zawinął do Gdyni po tygodniu. Cały tydzień spałem sam w apartamencie pod dziewiątką, a kij leżał w walizce. Wyrzuciłem go do kontenera w porcie, zanim wjechałem na kładkę. Nie wiem, kto go znalazł. Może jakiś marynarz, może zbieracz złomu. Może nikt.
Po powrocie do Warszawy Ola zabrała swoje rzeczy. Przyjechała po nie w sobotę rano, razem z ojcem i jakimś chłopakiem z firmy. Spakowali wszystko w trzy godziny. Nie podniosła głosu ani razu. Zostawiła na stole obrączkę i kartkę z numerem konta, na które mam przelać jej połowę kosztów rejsu. Cztery tysiące dwieście złotych.
Ojciec wydzwaniał do mnie przez dwa tygodnie. Nie odbierałem. A kiedy w końcu przyszedł do biura, powiedziałem mu, iż jeżeli jeszcze raz zobaczę w moim domu jakikolwiek kij bejsbolowy, wpuszczę go ojcu przez okno samochodu.
Wyszedł bez słowa.
Rozwód wziąłem na siebie. Podpisałem dokumenty u notariusza na Ochocie, w październiku, w deszczowy wtorek. Ola przyszła w szarym płaszczu i czarnych botkach. Wyglądała tak samo jak wtedy, kiedy ją poznałem. Może tylko mocniej zaciśnięte usta.
Nie powiedzieliśmy sobie do widzenia.
W kieszeni płaszcza miałem rachunek za złomowanie jednego z aut, które ojciec kazał mi kupić dwa dni wcześniej. Dwieście trzydzieści złotych. Pomyślałem, iż to śmieszne, iż człowiek potrafi liczyć co do złotówki rzeczy, które nie znaczą nic, a rzeczy, które znaczą wszystko, przeciekają mu przez palce.
Na parkingu przed kancelarią otworzyłem drzwi samochodu, usiadłem i pierwszy raz od trzech miesięcy zadzwoniłem do matki. Odebrała po drugim sygnale.
— Marek? — powiedziała cicho. Jakby się bała, iż ojciec siedzi obok.
— Mamo — powiedziałem. — Chciałem tylko zapytać, jak się miewasz.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem usłyszałem, jak matka odchrząkuje. I w końcu, po raz pierwszy od lat, usłyszałem w jej głosie coś, co nie było szeptem.
— Dobrze — powiedziała. — Teraz będzie dobrze.












