**Cena jednego jajka**

newskey24.com 5 dni temu

Halina Lisiecka zaparkowała swoje srebrne Volvo przy krawężniku na ulicy Grodzkiej, przekręciła kluczyk i jeszcze przez chwilę siedziała, sprawdzając wiadomości w telefonie. Miała spotkanie z dawną wspólniczką w restauracji Wierzynek za dwadzieścia minut, ale Rynek w sobotnie przedpołudnie był zapchany, więc postanowiła przejść pieszo przez Sukiennice.

Przy wyjściu z przejścia podziemnego stał staruszek. Miał rozłożony na składanym stoliku karton z jajkami, każde owinięte w szary papier. Obok leżały dwie reklamówki i ręczna waga z mosiężnymi odważnikami. Pachniało kurzem i woskiem z kościelnych świec.

— Po czemu jajka? — zapytała, nie podnosząc oczu znad torebki.

— Po złotówkę, proszę pani — odparł cicho. — Są świeże, od kurek z zielononóżek.

Zmarszczyła nos.

— Dam piętnaście złotych za dziesięć. Inaczej idę dalej.

Staruszek zamilkł. Poprawił rękaw wytartej marynarki, w której guzik przy mankiecie trzymał się na jednej nitce.

— Niech pani bierze — powiedział w końcu. — Od rana nic nie sprzedałem, a potrzebuję na chleb i na leki.

Włożyła jajka do lnianej torby, odliczyła piętnaście złotych drobnymi i wyszła na powierzchnię. Przez moment miała wrażenie, iż stary patrzy za nią, ale nie odwróciła się.

W restauracji zamówiła krem z borowików, pierś z kaczki z żurawiną i dwie lampki wina. Jadła mało, przesuwała jedzenie po talerzu, więcej mówiła niż jadła. Rachunek — sto dziewięćdziesiąt złotych. Położyła na stoliku dwieście i uśmiechnęła się do kelnera.

— Reszty nie trzeba.

Dziesięć złotych napiwku. Przy kaczce za sto dziewięćdziesiąt nie miało to dla niej znaczenia.

A ten dziadek przy Sukiennicach. Oddał jej dziesięć jajek za piętnaście złotych i jeszcze podziękował, jakby to ona robiła mu łaskę.

Halina wracała do samochodu tą samą drogą. Staruszek przez cały czas stał. Teraz sprzedał jeszcze dwie sztuki — widziała, jak owijał je w papier kobiecie z wózkiem. Miała go minąć, ale przystanęła przy witrynie sklepu obok, udając, iż ogląda wystawę. Portfel w torebce ważył więcej niż zwykle.

Podeszła bliżej.

— Dużo pan dzisiaj sprzedał?

— Osiem jajek, proszę pani. — Uchylił pudełko. — Jeszcze dwadzieścia dwie sztuki.

— To ile panu wychodzi na tym wszystkim?

— Jak sprzedam wszystko, to będę miał czterdzieści złotych. Z tego siedem na autobus, bo do wsi mam jedenaście kilometrów.

Zacisnęła palce na torbie. Czterdzieści złotych. Mniej, niż zostawiła kelnerowi za uśmiech.

— Niech pan pokaże, co tam pan ma jeszcze — powiedziała.

Staruszek cofnął się o krok, jakby spodziewał się kłótni.

— Ja tylko…

— Pytam, co pan jeszcze ma.

Wyciągnął spod stolika słoik miodu, zawinięty w gazetę. Lipowy, z pasieki. I dwie siatki orzechów włoskich, łuskanych, w zeszłorocznych słoikach po dżemie.

— Miodu nie brałem z domu, bo nie sądziłem, iż ktoś w mieście… — zaczął.

— Ile za miód i orzechy?

Zawahał się.

— Dwadzieścia za miód, orzechy po dziesięć.

Otworzyła portfel. Miała przy sobie trzysta złotych w banknocie dwustuzłotowym i sto w drobnych. Położyła wszystko na stoliku, obok wagi.

— Biorę całość. Jajka, miód, orzechy.

Staruszek nie sięgnął po pieniądze. Popatrzył na nią, potem na banknoty.

— To za dużo, proszę pani. Wszystko razem to osiemdziesiąt pięć.

— Nie powiedziałam, ile płacę. Powiedziałam, iż biorę.

Nie dotknął pieniędzy. Stał tam z rękami wzdłuż ciała, jakby bał się, iż banknoty znikną, jeżeli po nie sięgnie.

— Jałmużny nie potrzebuję — powiedział cicho.

Roześmiała się krótko, z goryczą, której choćby nie próbowała ukryć.

— To nie jałmużna. To rachunek. Za jajka, które powinnam była kupić rano po normalnej cenie.

Zapakował wszystko w reklamówkę, którą wyciągnął spod stolika. Podał jej torbę, ale kiedy po nią sięgnęła, przytrzymał.

— Wie pani, po co stoję tu od piątej rano? Nie dla siebie. Wnuczka ma w poniedziałek szkolny obiad. Trzydzieści sześć złotych za tydzień. W zeszłym tygodniu przyniosłem za mało i siedziała cały dzień o bułce.

Halina wzięła torbę. Chciała coś powiedzieć, ale w gardle urosła jej duszność, jakby kaczka w restauracji nie chciała zejść niżej.

— Ile kosztują te obiady? — zapytała cicho.

— Sto pięćdziesiąt złotych za miesiąc. Za rok by wyszło z tysiąc pięćset, ale przecież wakacje, ferie, to i mniej.

— Niech pan zapisze, jak się pan nazywa i gdzie pan mieszka — powiedziała, wyciągając z torebki telefon. — I niech pan powie wnuczce, iż do końca roku szkolnego obiady ma opłacone.

Staruszek popatrzył na nią, jakby usłyszał coś w obcym języku. Potem drżącymi palcami zapiął guzik przy mankiecie, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli.

— Pani mnie nie zna. Ja pani. Po co to pani?

Nie odpowiedziała od razu. Wzięła od niego kartkę z nagryzmolonym adresem, złożyła ją we czworo i schowała do kieszeni płaszcza, tam gdzie zwykle trzymała paragony.

— Niech pan zadzwoni w poniedziałek — powiedziała tylko.

Dała mu swój numer. Nie czekała na podziękowania. Odchodząc, wrzuciła do pustej puszki po farbie, która stała obok stolika jako kosz na drobne, sto złotych.

Wieczorem siedziała w mieszkaniu na Kazimierzu, z torbą staruszka na kuchennym stole. Obok stała parująca herbata z cytryną. Nie piła jej. Wyjęła słoik miodu, postawiła go pod lampą i patrzyła, jak światło przechodzi przez gęsty, złoty płyn.

Napisała do wspólniczki: „Przeleję ci te trzy tysiące za meble w piątek.” Chwilę później anulowała przelew i poprawiła: „Przeleję cztery. Resztę oddaj komuś, kto naprawdę tego potrzebuje.”

Odpowiedź przyszła po minucie: „Chyba coś mi się pomyliło. Co z tobą?”

Halina nie odpisała. Odłożyła telefon ekranem do dołu, obok słoika z miodem, i zgasiła światło nad kuchennym stołem.

Idź do oryginalnego materiału