Halina Lisiecka zaparkowała swoje srebrne Volvo przy krawężniku na ulicy Grodzkiej, przekręciła kluczyk i jeszcze przez chwilę siedziała, sprawdzając wiadomości w telefonie. Miała spotkanie z dawną wspólniczką w restauracji Wierzynek za dwadzieścia minut, ale Rynek w sobotnie przedpołudnie był zapchany, więc postanowiła przejść pieszo przez Sukiennice.
Przy wyjściu z przejścia podziemnego stał staruszek. Miał rozłożony na składanym stoliku karton z jajkami, każde owinięte w szary papier. Obok leżały dwie reklamówki i ręczna waga z mosiężnymi odważnikami. Pachniało kurzem i woskiem z kościelnych świec.
— Po czemu jajka? — zapytała, nie podnosząc oczu znad torebki.
— Po złotówkę, proszę pani — odparł cicho. — Są świeże, od kurek z zielononóżek.
Zmarszczyła nos.
— Dam piętnaście złotych za dziesięć. Inaczej idę dalej.
Staruszek zamilkł. Poprawił rękaw wytartej marynarki, w której guzik przy mankiecie trzymał się na jednej nitce.
— Niech pani bierze — powiedział w końcu. — Od rana nic nie sprzedałem, a potrzebuję na chleb i na leki.
Włożyła jajka do lnianej torby, odliczyła piętnaście złotych drobnymi i wyszła na powierzchnię. Przez moment miała wrażenie, iż stary patrzy za nią, ale nie odwróciła się.
W restauracji zamówiła krem z borowików, pierś z kaczki z żurawiną i dwie lampki wina. Jadła mało, przesuwała jedzenie po talerzu, więcej mówiła niż jadła. Rachunek — sto dziewięćdziesiąt złotych. Położyła na stoliku dwieście i uśmiechnęła się do kelnera.
— Reszty nie trzeba.
Dziesięć złotych napiwku. Przy kaczce za sto dziewięćdziesiąt nie miało to dla niej znaczenia.
A ten dziadek przy Sukiennicach. Oddał jej dziesięć jajek za piętnaście złotych i jeszcze podziękował, jakby to ona robiła mu łaskę.
Halina wracała do samochodu tą samą drogą. Staruszek przez cały czas stał. Teraz sprzedał jeszcze dwie sztuki — widziała, jak owijał je w papier kobiecie z wózkiem. Miała go minąć, ale przystanęła przy witrynie sklepu obok, udając, iż ogląda wystawę. Portfel w torebce ważył więcej niż zwykle.
Podeszła bliżej.
— Dużo pan dzisiaj sprzedał?
— Osiem jajek, proszę pani. — Uchylił pudełko. — Jeszcze dwadzieścia dwie sztuki.
— To ile panu wychodzi na tym wszystkim?
— Jak sprzedam wszystko, to będę miał czterdzieści złotych. Z tego siedem na autobus, bo do wsi mam jedenaście kilometrów.
Zacisnęła palce na torbie. Czterdzieści złotych. Mniej, niż zostawiła kelnerowi za uśmiech.
— Niech pan pokaże, co tam pan ma jeszcze — powiedziała.
Staruszek cofnął się o krok, jakby spodziewał się kłótni.
— Ja tylko…
— Pytam, co pan jeszcze ma.
Wyciągnął spod stolika słoik miodu, zawinięty w gazetę. Lipowy, z pasieki. I dwie siatki orzechów włoskich, łuskanych, w zeszłorocznych słoikach po dżemie.
— Miodu nie brałem z domu, bo nie sądziłem, iż ktoś w mieście… — zaczął.
— Ile za miód i orzechy?
Zawahał się.
— Dwadzieścia za miód, orzechy po dziesięć.
Otworzyła portfel. Miała przy sobie trzysta złotych w banknocie dwustuzłotowym i sto w drobnych. Położyła wszystko na stoliku, obok wagi.
— Biorę całość. Jajka, miód, orzechy.
Staruszek nie sięgnął po pieniądze. Popatrzył na nią, potem na banknoty.
— To za dużo, proszę pani. Wszystko razem to osiemdziesiąt pięć.
— Nie powiedziałam, ile płacę. Powiedziałam, iż biorę.
Nie dotknął pieniędzy. Stał tam z rękami wzdłuż ciała, jakby bał się, iż banknoty znikną, jeżeli po nie sięgnie.
— Jałmużny nie potrzebuję — powiedział cicho.
Roześmiała się krótko, z goryczą, której choćby nie próbowała ukryć.
— To nie jałmużna. To rachunek. Za jajka, które powinnam była kupić rano po normalnej cenie.
Zapakował wszystko w reklamówkę, którą wyciągnął spod stolika. Podał jej torbę, ale kiedy po nią sięgnęła, przytrzymał.
— Wie pani, po co stoję tu od piątej rano? Nie dla siebie. Wnuczka ma w poniedziałek szkolny obiad. Trzydzieści sześć złotych za tydzień. W zeszłym tygodniu przyniosłem za mało i siedziała cały dzień o bułce.
Halina wzięła torbę. Chciała coś powiedzieć, ale w gardle urosła jej duszność, jakby kaczka w restauracji nie chciała zejść niżej.
— Ile kosztują te obiady? — zapytała cicho.
— Sto pięćdziesiąt złotych za miesiąc. Za rok by wyszło z tysiąc pięćset, ale przecież wakacje, ferie, to i mniej.
— Niech pan zapisze, jak się pan nazywa i gdzie pan mieszka — powiedziała, wyciągając z torebki telefon. — I niech pan powie wnuczce, iż do końca roku szkolnego obiady ma opłacone.
Staruszek popatrzył na nią, jakby usłyszał coś w obcym języku. Potem drżącymi palcami zapiął guzik przy mankiecie, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli.
— Pani mnie nie zna. Ja pani. Po co to pani?
Nie odpowiedziała od razu. Wzięła od niego kartkę z nagryzmolonym adresem, złożyła ją we czworo i schowała do kieszeni płaszcza, tam gdzie zwykle trzymała paragony.
— Niech pan zadzwoni w poniedziałek — powiedziała tylko.
Dała mu swój numer. Nie czekała na podziękowania. Odchodząc, wrzuciła do pustej puszki po farbie, która stała obok stolika jako kosz na drobne, sto złotych.
Wieczorem siedziała w mieszkaniu na Kazimierzu, z torbą staruszka na kuchennym stole. Obok stała parująca herbata z cytryną. Nie piła jej. Wyjęła słoik miodu, postawiła go pod lampą i patrzyła, jak światło przechodzi przez gęsty, złoty płyn.
Napisała do wspólniczki: „Przeleję ci te trzy tysiące za meble w piątek.” Chwilę później anulowała przelew i poprawiła: „Przeleję cztery. Resztę oddaj komuś, kto naprawdę tego potrzebuje.”
Odpowiedź przyszła po minucie: „Chyba coś mi się pomyliło. Co z tobą?”
Halina nie odpisała. Odłożyła telefon ekranem do dołu, obok słoika z miodem, i zgasiła światło nad kuchennym stołem.













