Całe życie wierzyłam, iż kiedy będę mieć własne mieszkanie, wszystko w końcu się ułoży. Tak zostałam wychowana kobieta powinna mieć pewność, dach nad głową, coś swojego. Dorastałam, mieszkając w wynajmowanych mieszkaniach, często się przeprowadzaliśmy, słyszałam, jak moja mama kłóciła się z właścicielami i przysięgałam sobie, iż moje dziecko nie przeżyje tego samego.
Kiedy wyszłam za mąż, razem z mężem podjęliśmy decyzję o wzięciu kredytu. To było przerażające, ale wtedy odsetki nie wydawały się zbyt wysokie, a my byliśmy młodzi i pełni nadziei. Ze ściśniętym ze strachu żołądkiem podpisaliśmy papiery. Kupiliśmy niewielkie dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach Warszawy. Nie było windy, ale to było nasze.
Pierwsze miesiące były jak święto. Sami malowaliśmy ściany, do późna składaliśmy meble, spaliśmy na materacu rozłożonym na podłodze. Czułam się szczęśliwa. Potem zaczęły się raty. Każdego miesiąca ta sama data stawała się koszmarem. Zaczęłam liczyć dni, skrupulatnie kalkulowałam każdy grosz, bałam się, iż zabraknie nam pieniędzy.
Pracowałam na dwa etaty w dzień w biurze, wieczorami przyjmowałam zlecenia przez internet. Mąż też brał nadgodziny. Widzieliśmy się coraz rzadziej. Nasza córka Zosia spędzała więcej czasu u babci niż z nami. Wmawiałam sobie, iż to przejściowe, wystarczy przetrwać kilka lat, a potem będzie lżej.
Jednak napięcie zaczęło nas pożerać od środka. Stałam się nerwowa, wybuchowa. Wciąż bałam się, iż wszystko stracimy. Kiedy pewnego dnia zepsuła się lodówka, wpadłam w panikę jakby świat się zawalił. Nie dlatego, iż to był tak wielki problem, tylko dlatego, iż miałam poczucie, iż nie wolno nam popełnić żadnego błędu.
Najtrudniej było, gdy pewnego dnia moja córka powiedziała do babci, iż mama jest zawsze zmęczona. Usłyszałam to przypadkiem. Zosia opowiedziała, iż mama ciągle gdzieś biegnie i prawie się nie uśmiecha. Te słowa zabolały mnie bardziej niż wyciąg z banku.
Usiadłam sama w kuchni, patrząc na ściany, meble i nową kanapę na wszystko, o co tak walczyłam. Zadałam sobie pytanie: po co adekwatnie to robię? Dla bezpieczeństwa? Dla spokoju? W naszym domu nie było ani bezpieczeństwa, ani spokoju. Był za to strach.
Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, iż mogę się mylić. Że może mieszkanie stało się celem samym w sobie, a rodzina narzędziem do jego osiągnięcia. Długo rozmawialiśmy z mężem, oboje byliśmy już wręcz wykończeni. Dotarło do nas, iż staliśmy się współlokatorami pracującymi na rzecz banku.
Podjęliśmy trudną decyzję. Sprzedaliśmy mieszkanie. Spłaciliśmy kredyt. Zostało nam mniej pieniędzy, niż się spodziewaliśmy, ale byliśmy wolni od długu. Wróciliśmy na wynajem. Podpisując umowę, czułam się jak przegrana. Jakbym przyznała, iż nie byłam w stanie się utrzymać.
Potrzebowałam czasu, żeby pozbyć się poczucia wstydu. W Polsce często pyta się: A masz własne mieszkanie? jakby to określało twój status. Ja też kiedyś tak myślałam. Teraz wiem, iż to iluzja.
Obecnie mamy mniej rzeczy, ale dużo więcej czasu. Wieczory spędzamy spokojnie. Wychodzimy razem na spacery, gotujemy całą rodziną. Moja córka znów widzi mnie uśmiechniętą. Zrozumiałam coś ważnego dom to nie akt notarialny. Dom to atmosfera, którą tworzymy.
Nie mówię, iż posiadanie własnego mieszkania jest złe. Chcę tylko powiedzieć, iż nie warto gubić samego siebie dla rzeczy materialnych. Nic, co można kupić za złotówki, nie powinno kosztować więcej niż twoje zdrowie, rodzinę i spokój ducha.
Przez lata goniłam za bezpieczeństwem za wszelką cenę. W końcu zrozumiałam, iż największym bezpieczeństwem jest być razem, bez wiecznego lęku. Cała reszta to tylko mury.










