Mój były narzeczony pojawił się pewnej sobotniej popołudniowej godziny, kiedy jesień już powoli zaglądała w okna warszawskich kamienic. Przyniósł ze sobą wielki bukiet róż, bombonierkę Wedla, torbę z prezentami i ten uśmiech, który nie gościł na jego twarzy od miesięcy. Przez chwilę pomyślałam, iż przychodzi, by przeprosić, żebyśmy porozmawiali o wszystkim, co kiedyś zostało niedopowiedziane. Było to dziwne, bo po naszym rozstaniu był dla mnie zimny, obojętny, niemal jak dla zupełnie obcej osoby.
Ledwie przekroczył próg, zaczął mówić z przejęciem. Opowiadał, jak to myślał ostatnio o mnie dniami i nocami, jak tęsknił, jak jestem kobietą jego życia i jak zrozumiał, ile błędów popełnił. Mówił takim tempem, jakby uczył się tej przemowy przez kilka dni. Słuchałam w ciszy, gubiłam się w tym jego nagłym przypływie czułości po miesiącach całkowitego milczenia. Zbliżył się do mnie, objął i szepnął, iż musimy odzyskać to, co nasze.
W pewnym momencie wyciągnął flakon perfum, srebrną bransoletkę i pudełko z listem. Wszystko okraszone romantycznymi słowami, których nigdy wcześniej nie wypowiadał. Zaczął tłumaczyć, iż powinniśmy dać sobie jeszcze jedną szansę, iż bardzo się zmienił i pragnie zbudować ze mną życie na nowo, jak należy. Poczułam się niezręcznie to wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe, a i dawniej nie był aż tak troskliwy, kiedy byliśmy razem.
Prawda wyszła na jaw, gdy zaprosiłam go, by usiadł i zapytałam wprost, po co naprawdę przyszedł. Zaczął się plątać w słowach. W końcu wyznał, iż ma mały kłopot w banku, iż potrzebuje kredytu na biznes dla nas obojga, i iż brakuje mu tylko jednego podpisu: mojego.
W tym momencie zrozumiałam, dlaczego zjawił się z kwiatami i prezentami, tak miły i pełen skruchy.
Odpowiedziałam, iż nie podpiszę niczego. Jego twarz natychmiast się zmieniła. Uśmiech znikł, cisnął kwiatami na stół i zaczął na mnie krzyczeć, pytając jak mogę mu nie wierzyć, skoro to szansa życia. Mówił w tonie, jakby coś mi się należało i jakbym miała obowiązek mu pomóc. Miał jeszcze czelność powiedzieć, iż jeżeli jeszcze go kocham, powinnam udowodnić to podpisem. Cała iluzja prysła tak szybko, jak się pojawiła.
Widząc, iż nie osiągnie celu, zmienił sposób działania. Zaczął mówić z rozpaczą, iż bez tego kredytu jest stracony, a jeżeli tylko mu pomogę, to oficjalnie do mnie wróci i zaczniemy całkiem od nowa. Obietnice przeplatały się z egoizmem, próba pojednania z interesownością. To wtedy stało się jasne, iż cała ta inscenizacja: prezenty, kwiaty, czułe słowa była tylko przykrywką, bym złożyła podpis na umowie.
Gdy ostatecznie oznajmiłam, iż nie podpiszę absolutnie niczego, niemal ze złością pozbierał większość prezentów: zabrał bombonierkę, perfumy, choćby bransoletkę. Na podłodze zostały tylko porzucone kwiaty. Wychodząc rzucił, iż jestem niewdzięczna i żebym nie mówiła, iż nie próbował zratować naszego związku. Zamknął drzwi z hukiem, jakbym naprawdę była mu coś winna.
Tak oto ich pojednanie trwało równo piętnaście minut, a ja po latach wspominam ten dzień z lekkim uśmiechem, choć wtedy było mi bardziej smutno niż śmiesznie.











