Jeszcze pięć lat temu myślałam, iż trafił mi się los na loterii. Udana, dorastająca córka, z którą nigdy nie było problemów. Mąż, który był budowlańcem, miał własną działalność, pracowity, uczciwy, dobry ojciec. I ja, choć nie zarabiająca kokosów, ale ze stabilna pracą w budżetówce. Mieliśmy plany i marzenia. Córka chciała wyjechać na studia do stolicy. My zaplanowaliśmy budowę niedużego domu pod miastem. Kupiliśmy choćby piękną działkę, taka jaką chciałam. Nie gołe pole, ale był kawałek starego sadu, ogromny orzech na środku i resztki domu, bo to było stare siedlisko. Tam miał powstać nasz mały raj na Ziemi.
Niestety, mąż miał jedną słabość, jego ukochany motocykl. Ileż ja razy błagałam, prosiłam, żeby już sobie odpuścił. Nie chciał słuchać. Tłumaczył, iż nie pali, nie pije, nie chodzi nigdzie z kolegami, ale musi sobie pojeździć. Bo to jego wielka miłość. Czasami kłóciliśmy się o to, bo mówiłam, iż kocha ten motocykl bardziej, niż mnie i córkę.
Wielka miłość skończyła się tragicznie. Mąż miał wypadek. Długo dochodził do siebie, szpital, rehabilitacja. Dołączyła się depresja. Prywatne wizyty, leki, ogromne koszty. Przestał zarabiać, nie jest w stanie dalej pracować na budowie. Zostaliśmy z moimi zarobkami, dostaję około 5 tys. zł na rękę i jego rentą – 1,5 tys. zł. Działkę trzeba było sprzedać, żeby było na leczenie. Płakałam, jak żegnałam się ze swoimi marzeniami. Już przywykłam do myśli, iż będę zrywać swoje jabłka, siadać na ławce pod orzechem. Ale nie było wyboru. Córka wyjechała na studia do Warszawy. Koszty są ogromne. Pracuje dorywczo, gdzie się da, a mnie żal, iż nie mogę jej więcej pomóc. Że już teraz musi liczyć każdą złotówkę, zastanawiać się, jak przetrwać. Wysyłam jej, ile mogę, ale przy kosztach, które mamy, nie są to duże pieniądze.
Ja nie pamiętam, kiedy byłam u fryzjera, u kosmetyczki. Włosy ścina mi koleżanka, sama je farbuję. Ubieram się wyłącznie w sklepach z używanymi rzeczami. Żyję w strachu o każdy niespodziewany wydatek.
Wiem, iż kiedy córka skończy studia i zacznie pracować, będzie nam trochę lżej. Ale mam w sobie dużo żalu, iż w żaden sposób jej nie pomogę, choćby dofinansowując zakup mieszkania. A chyba każdy rodzic by chciał, żeby życie jego dziecka stało się lżejsze.
Mąż jest stale pod kontrolą lekarza psychiatry, bierze leki na depresję. Chciałby gdzieś dorabiać, ale w jego stanie fizycznym i psychicznym to na razie mało prawdopodobne. Zamknął się w sobie, niechętnie rozmawia. Siedzi całymi dniami wpatrzony w telewizor. Ja zajmuję się pracą i całym domem. Jestem zmęczona. Nie z nadmiaru roboty, tej nie mam zbyt wiele. Coś tam ugotuję, posprzątam. Jestem zmęczona brakiem perspektyw, liczeniem każdej złotówki, drżeniem o przyszłość, o to, czy będzie z czego zapłacić stale rosnące rachunki, mieć na lekarzy, na wykupienie recepty.
Czasami sama scrolluję bezmyślnie media społecznościowe. I nic mnie tak nie denerwuje, jak te porady przeróżnych psychologów czy kołczów. Że można zawsze zmienić swoje życie na lepsze, iż można zdobyć to, co się chce, wystarczy tylko nad tym popracować. Ja nie chcę wiele. Wystarczyłoby mi to, żeby mój mąż ozdrowiał, wrócił do swojej pracy, a my do wspólnych marzeń. Ale to musiałby być cud, bo medycznie na to szans nie ma. Została nam więc wegetacja.
Joanna








