Była żona… To wydarzyło się dwa lata temu. Kończyła się moja delegacja służbowa i miałem wrócić …

twojacena.pl 22 godzin temu

Moja była żona…

To wydarzyło się dwa lata temu. Do końca mojego służbowego wyjazdu zostało już kilka czasu, więc niedługo miałem wracać do domu, do Zgierza.
Kupiłem już bilet powrotny, ale ponieważ miałem w zapasie jeszcze trzy godziny, postanowiłem przejść się po Łodzi, gdzie odbywałem delegację. Na ulicy podeszła do mnie kobieta, którą natychmiast rozpoznałem.
To była moja pierwsza żona, z którą rozstałem się dwanaście lat temu. Zofia nic się nie zmieniła, jedynie twarz miała teraz wyjątkowo bladą. Widać było, iż to spotkanie poruszyło ją równie mocno jak mnie.
Kochałem ją kiedyś bardzo, aż do bólu, co w efekcie doprowadziło do naszego rozstania. Byłem o Zosię chorobliwie zazdrosny potrafiłem być podejrzliwy dosłownie o każdego, choćby o jej własną matkę. Wystarczyło, iż się trochę spóźniała, a serce waliło mi jak młot i miałem wrażenie, iż zaraz zemdleję.
W końcu Zosia nie wytrzymała moich codziennych pytań: gdzie była, z kim, dlaczego tak długo. Pewnego dnia wróciłem z pracy z małym szczeniakiem pod kurtką, licząc, iż sprawię jej miłą niespodziankę, ale w mieszkaniu nikogo nie zastałem. Na stole leżała kartka.
W tej krótkiej notatce napisała, iż odchodzi, choć bardzo mnie kocha. Moje podejrzenia straszliwie ją wymęczyły i podjęła tę decyzję z bólem serca. Prosiła o wybaczenie i błagała, żebym jej nie szukał…

A teraz, po dwunastu latach rozłąki, przypadkiem spotkałem ją na ulicy w centrum Łodzi, gdy byłem tu w sprawach służbowych. Rozmawialiśmy długo, aż nagle przypomniałem sobie, iż mogę nie zdążyć na autobus do Zgierza. W końcu zebrałem się na odwagę i powiedziałem:
– Przepraszam, ale muszę już pędzić, bo zaraz odjedzie mi autobus.

Wtedy Zosia zwróciła się do mnie:
– Marcin, proszę cię o jedną przysługę. Wiem, iż się śpieszysz, ale dla dawnych dobrych wspomnień, nie odmawiaj mi. Chciałabym wejść z tobą do pewnego urzędu dla mnie to bardzo ważne, a sama nie dam rady.
Oczywiście zgodziłem się, choć od razu zastrzegłem: Ale tylko na chwilę, dobrze? Weszliśmy do sporego budynku i przez dłuższy czas błąkaliśmy się korytarzami. Schodziliśmy po schodach i wchodziliśmy na kolejne piętra, wydawało mi się, iż minęło najwyżej piętnaście minut. Spotykaliśmy po drodze ludzi w każdym wieku od dzieci po bardzo starych. Nie zastanawiałem się wtedy, czemu w takim miejscu jest tyle dzieci i ludzi starszych. Moje myśli zajmowała wyłącznie Zosia.
Nagle weszła w jakieś drzwi i zamknęła je za sobą. Zanim jednak je domknęła, spojrzała mi w oczy tak, jakby się żegnała, i szeptnęła:
– To wszystko takie dziwne… Nie potrafiłam być z tobą, ale i bez ciebie nie mogłam…

Stałem pod drzwiami, czekałem na nią. Chciałem ją zapytać, co miała na myśli, wypowiadając te słowa, ale nie wracała. Wtedy jakby otrzeźwiałem zdałem sobie jasno sprawę, iż muszę jechać, a właśnie tu stoję i zaraz naprawdę nie zdążę na autobus! Rozejrzałem się i aż przeszedł mnie dreszcz. Budynek, w którym się znajdowałem, był w rzeczywistości opuszczony. W oknach straszyły wielkie dziury.
Nie było żadnych schodów, tylko leżące gdzieniegdzie deski, po których bardzo powoli i z trudem zszedłem na dół. Na autobus spóźniłem się pełną godzinę, musiałem więc kupić kolejny bilet, wydając dodatkowe 30 złotych.

Kupując go, usłyszałem od kasjerki, iż autobus, którym miałem wcześniej jechać, rozbił się i wpadł do rzeki. Żaden pasażer nie przeżył…

Dwa tygodnie później odszukałem adres byłej teściowej przez urząd meldunkowy i pojechałem do niej. Pani Jadwiga Wiśniewska wyznała, iż Zosia zmarła jedenaście lat temu, rok po naszym rozwodzie. Nie wierzyłem jej podejrzewałem, iż się boi, by nie wróciły moje stare sceny zazdrości.
Jednak, gdy poprosiłem, by pokazała mi grób Zosi, ze zdziwieniem przyjęła moją prośbę i nie zaprotestowała. Kilka godzin później stałem przy grobie, na którym uśmiechała się do mnie z porcelanowego zdjęcia kobieta, którą kochałem całe życie i która w tak niezwykły sposób uratowała mi życie…

Idź do oryginalnego materiału