Była żona próbowała odebrać mi połowę naszego domu przez sąd, ale nie przewidziała, iż zabezpieczyłem się na taką ewentualność

newskey24.com 2 dni temu

Mój związek z byłą zakończył się spotkaniem w murach sądu rejonowego w Krakowie. Nie będę kłamał, iż to ona była winna czy tylko ja jak wiadomo, w każdym związku winni są oboje. Gdyby nie to, pewnie byśmy pili wspólnie kawę rano, a nie rzucali w siebie paragrafami i pozwami.
Tak się jednak złożyło, iż moja druga żona, Grażyna, wpadła w ramiona Janusza lokalnego biznesmena, który, prawdopodobnie dla większego dramatyzmu, prowadzi w centrum małą kawiarnię Pod Ziębą. Najpierw próbowała się kryć, może choćby nieco nieporadnie nagłe zebrania po pracy, smsy pisane pod stołem, tłumaczenia, iż kawa z szefem to inwestycja. Ale potem uznali z Januszem, iż nie ma to jak jawność uczuć i wpadli mi razem pod nos na rynku.
Aż w końcu Grażyna oznajmiła mi, iż wnosi pozew o rozwód i, o, zgrozo, żąda połowy naszego mieszkania. Może liczyła, iż złapię się za głowę i zacznę lamentować, ale mieszkanie kupiłem na własny rachunek i za ciężko zarobione polskie złotówki, zbierane latami. Ona tylko przez dwa lata rozstawiała tam swoje pantofle i robiła poranną kawę. A teraz, bez wstydu, domaga się swojego
Nie wpadłem jednak w panikę. Nie odwodziłem jej od sądu, choćby nie mrugnąłem okiem czekałem tylko, aż sąd wyda wyrok i pozamiata po wszystkim, a Grażyna pokryje koszty sądowe. Po co się denerwować, skoro już raz przeszedłem przez podobne piekło?
Bo z pierwszą żoną, Urszulą, wojowałem na sali sądowej ponad trzy lata. Tam to dopiero były batalie godne serialu każdy kolejny termin, to nowa awantura. Ona postawiła sobie za punkt honoru wyrwać mi połowę majątku, a jej adwokat wyciskał ze mnie co się da. W końcu Urszula dopięła swego i wyciągnęła ode mnie mieszkanie po tacie. Klasyka polskiego dramatu.
Za drugim razem nie dałem się już nabrać. Do ślubu z Grażyną miałem już mieszkanie wyremontowane własnymi rękami, ale zapisane na mojego brata, Witka. Jemu mogę zaufać, bo choćby gdyby ktoś mu zaoferował worek cebuli i urlop w Ciechocinku, nie wydusiłby ani słowa na mój temat. Kiedy przyszedł czas rozwodu, po prostu okazało się, iż nie mam żadnego majątku. Po jednej porządnej lekcji życiowej, żadna kobieta już mnie nie wykiwa.
I pozostaje tylko popatrzeć z politowaniem, jak Grażyna konsultuje koszty kolejnych pozwów, a ja mogę spokojnie pić kawkę przy własnym stole.

Idź do oryginalnego materiału