Naprawdę aż tak ci trudno? To tylko trzy dni. Kaśka ma beznadziejną sytuację, last minute do Turcji, pierwszy wyjazd od wieków, a ja No wiesz przecież, ciśnienie mi szaleje, na działce plecy tak mnie zarwały, iż nie mogę się wyprostować. A Staszek to przecież rodzony dziadek. Jego obowiązek pomóc.
Głos w słuchawce był tak donośny, iż Staszkowi choćby nie musiał włączać głośnomówiącego. Ela, która stała przy kuchence i mieszała leczo, wyraźnie słyszała każde słowo. Ten ton wysoki, z nutą rozkazującego wyrzutu poznałaby z tysiąca. Barbara pierwsza, niestety niezapomniana żona jej męża.
Staszek spojrzał na Elę z nieśmiałym poczuciem winy, przyciskając telefon ramieniem, a drugą ręką krzywo krojąc chleb.
Basia, poczekaj próbował się wtrącić. Co ma do rzeczy wyjazd Kasi? My z Elą mieliśmy plany na weekend…
Och, jakie wy możecie mieć plany! przerwała mu bez pardonu była żona. Chcecie na działce grabić liście? Do muzeum chodzić? Staszek, chodzi o twoich wnuków, Pawła i Dominika. Chłopaki potrzebują męskiego wzorca, a nie babskiego głaskania. Od miesiąca ich nie widziałeś! W ogóle masz jeszcze sumienie, czy ta twoja nowa partnerka odcięła ci dostęp do jakichkolwiek uczuć?
Ela powoli odstawiła łyżkę na podstawkę i wyłączyła gaz. “Nowa partnerka”. Była żoną Staszka już osiem lat. Osiem spokojnych, dobrych lat gdyby nie regularne najazdy huraganu Barbary na ich codzienność. Najpierw to były prośby o podwyżkę alimentów na dorosłą Kaśkę, potem wiecznie naprawy, leczenie zębów, nowy samochód. Staszek, człowiek łagodny i przyzwoity, długo płacił, z poczucia winy, iż odszedł. Choć odszedł wtedy, gdy Kaśka miała już dwadzieścia, a z Basią mieszkali od lat jak obcy w jednym bloku.
Basia, nie mów tak o Eli, głos Staszka stwardniał, choć słychać było niepewność. Tu nie o nią chodzi. Tylko trzeba wcześniej uprzedzić. Chłopcy mają po sześć lat, trzeba mieć oczy dookoła głowy, a my już nie mamy dwudziestu…
Otóż właśnie! triumfowała Barbara. Starość nie radość, ruch to zdrowie. Pobiegasz z wnukami, to i młodszy się poczujesz. Tak czy inaczej, Kaśka przywiezie ich jutro na dziesiątą. Ja nie mogę przecież mówiłam: plecy ledwo trzymam. Nie dyskutuj, Staszek. To twoja rodzina.
W słuchawce rozległy się krótkie sygnały. Staszek powoli odłożył telefon na stół i ciężko westchnął, nie wiedząc, czy spojrzeć Eli prosto w oczy.
W kuchni zapanowała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara. Za oknem szumiało miasto, zaczynał się letni deszcz, krople bębniły o parapet. Ela podeszła do stołu, wzięła serwetkę, starła nieistniejące okruchy.
Czyli jutro na dziesiątą? zapytała spokojnym głosem.
Staszek spojrzał na nią z błaganiem o przebaczenie.
Elu, wybacz Słyszałaś sama, jak ona umie człowieka zmiażdżyć. Kaśka wylatuje, Basia rzekomo ledwo się rusza A to przecież wnuki…
Staszku, Ela usiadła naprzeciw, splatając dłonie na stole. Wnuki twoje. Nie moje. Lubię te dzieciaki, ale szczerze: choćby nie nazywają mnie po imieniu, tylko “ciocia”, bo tak nauczyła ich babcia. Za każdym razem rozpieprzają cały dom, bo Kaśka uważa, iż dzieciom nie można niczego zabraniać.
Sam będę się nimi zajmować! zapewnił gorąco mąż. choćby nie będziesz musiała wstać z kanapy. Pójdę z nimi do parku, do kina, może na karuzelę. Ty tylko coś ugotuj rosołek, kotleciki. Lubią twoje dania, chociaż się nie przyznają.
Ela uśmiechnęła się smutno wiedziała, jak to będzie. Po dwóch godzinach Staszek będzie miał dość, skoczy mu ciśnienie, polegnie na chwilę na kanapie. A dwóch nieokrzesanych sześciolatków wpadnie jej na głowę: będą skakać po fotelach, wrzeszczeć o bajkę, rozrzucać jedzenie i ignorować uwagi, bo “babcia Basia mówiła, iż tu można wszystko, bo dziadek jest szefem”.
Mieliśmy bilety do teatru na sobotę, przypomniała. I chcieliśmy jechać na działkę przyciąć róże.
Teatr nie ucieknie Oddamy bilety. Róże Elu, pomóż mi, proszę. Ostatni raz. Pogadam z Kaśką, żeby już nigdy tak nie robiła.
Ostatni raz. Słyszała to ze dwadzieścia razy. Zawsze się zgadzała żal jej było męża, nie chciała konfliktu. Ale dziś coś w niej pękło. Może chodziło o ton Barbary, która choćby nie zapytała, tylko postawiła ją przed faktem i rozporządziła jej czasem i siłami jak własnymi.
Nie, Staszku, powiedziała cicho.
Mąż mrugnął zaskoczony, jakby nie zrozumiał prostego słowa.
Co “nie”?
Nie weźmiemy dzieci. Nie tym razem. Nie odwołam swoich planów, nie oddam biletów, nie będę stała trzy dni przy garach dla dzieci, które ostatnim razem powiedziały, iż mój rosół “śmierdzi”, a mama gotuje lepiej.
Ela, co ty Przecież to dzieci. Gdzie Kaśka ma je zostawić? Wyjazd przepada!
To problem Kaśki. Jest dorosła, ma męża, teściową, nianie Czemu jej problemy zawsze rozwiązują się moim kosztem?
Naszym, poprawił Staszek.
Nie, kochany, moim. To ja sprzątam po ich pobycie, ja gotuję, ja piorę. Ty bawisz się w fajnego dziadka dwie godziny, a potem bierzesz tabletki na głowę. Rozumiem twoje uczucia, ale nie jestem darmową nianią dzieci kobiety, która mnie nie znosi.
Staszek się zmarszczył. Nie był przyzwyczajony do tak stanowczej Eli ona zwykle była opanowaniem i łagodnością.
I co proponujesz? Dzwonić i mówić nie? Barbara mnie zatłucze telefonem. Ustawi taki dramat, iż serce mi wysiądzie.
Nie dzwoń Ela wstała i podeszła do okna. Niech przywożą.
To znaczy zgadzasz się? Staszek się rozpromienił.
Nie. Niech przywożą. Zobaczymy, co potem.
Sobota przywitała ich słońcem, ale atmosfera w bloku była ciężka. Staszek chodził tam i z powrotem, poprawiał poduszki, rzucał okiem na zegar. Ela spokojnie zjadła śniadanie, założyła lnianą sukienkę, zrobiła delikatny makijaż, spakowała do torebki książkę i parasol.
Wychodzisz gdzieś? spytał nerwowo Staszek, widząc jej przygotowania.
O siódmej mamy teatr. Wcześniej chcę do fryzjera i przejść się nad Wisłą. Muszę przewietrzyć głowę.
Ela! Oni będą za kwadrans! Jak ja sobie poradzę sam? Nie wiem nawet, co im jeść dać, gdzie mają ubrania…
Poradzisz sobie. Jesteś dziadkiem, męskim przykładem jak mówi Barbara.
Wtedy zadzwonił dzwonek długo i niecierpliwie. Staszek pobiegł otworzyć drzwi, Ela została w sypialni, zapinając sandały.
Z przedpokoju dobiegły krzyki.
No, wreszcie, nie było korków! to była Kaśka, córka Staszka. Tata, witaj! Przyjmuj żołnierzy. Torba, tablet wszystko spakowane, jak coś, dzwońcie. Spieszę się, taksówka czeka!
Kaśka, a jedzenie a tryb dnia? bełkotał Staszek.
Daj spokój, weekend! Ugotujesz pierogi. Pa! Chłopcy, bądźcie grzeczni dla dziadka!
Trzasnęły drzwi, a po mieszkaniu niósł się tupot i bojowy wrzask: Atakujemy!
Ela wyszła do przedpokoju. Obrazek był imponujący: dwóch wyrośniętych chłopców już skakało po szafce na buty, próbując złapać kapelusz Staszka. Sam Staszek z wielką torbą stał totalnie zdezorientowany. Najciekawsze jednak było w drzwiach nie zamknęły się jeszcze, a stała w nich jakżeby inaczej Barbara.
Najwyraźniej postanowiła dopilnować przeładunku osobiście, mimo domniemanych chorych pleców. Wyglądała zdrowo mocny makijaż, fryzura, złote bransolety.
O, i ty jesteś, Barbara zmierzyła Elę zimnym wzrokiem. Mam nadzieję, iż wszystko gotowe? Dzieciom nie wolno smażonego, Dominik ma alergię na cytrusy, Paweł nie jada cebuli. Zrób świeżą zupę. No i niech nie siedzą w tych tabletach dłużej niż godzinę.
Ton jakby wydawała rozkazy opiekunce. Staszek się skurczył, czekając na wybuch.
Ela spokojnie poprawiła fryzurę i wzięła torebkę.
Dzień dobry, pani Barbaro. Dzień dobry, chłopcy.
Bliźniacy na chwilę zamarli, po czym znowu zaczęli harcować.
Dziękuję za wszystkie wskazówki, Ela uśmiechnęła się lekko. Proszę je przekazać Staszkowi. On dzisiaj odpowiada za wszystko.
Że co?! brwi Barbary podjechały w górę. Gdzie się wybierasz?
Mam wolne. Mam swoje sprawy, spotkania, teatr. Wrócę późnym wieczorem, może choćby rano.
Barbara poczerwieniała i zagradzała jej wyjście.
Zwariowałaś? Jakie swoje sprawy? Masz w domu dwoje dzieci! To wnuki twojego męża, powinnaś…
Powinnam tylko tym, którym coś obiecałam, przerwała spokojnie Ela. Nigdy nie obiecywałam pilnować waszych wnuków. Nie rodziłam ich, nie wychowywałam, nie zgłaszałam się na opiekunkę. Mają mamę, tatę i dwie babcie. Pani jest emerytowana, z tego co wiem.
Mam chore plecy! pisnęła Barbara.
A ja mam swoje życie. Nie zamierzam poświęcać go komuś, kto rozkazuje w takim tonie.
Staszek! Barbara rzuciła się na męża. Słyszysz? Jesteś facetem czy szmatą? Rozkaż jej!
Staszek miotał wzrokiem między byłą a obecną żoną. W oczach toczyła się walka: przyzwyczajenie do posłuszeństwa Barbarze kontra szacunek dla Eli.
Basiu zaczął niepewnie. Ela mówiła, iż jest zajęta. Myślałem, iż sam dam radę, ale
Co ty tam dasz?! Barbara machnęła rękami. Po godzinie padniesz z ciśnieniem! Kto dzieci nakarmi? Umyje? Ona! wskazała Elę. Wystroiła się! Teatr jej w głowie! Nic ją nie obchodzi, iż rodzina w potrzebie!
Rodzina? Ela stwardniała. Ustalmy jedno. My ze Staszkiem jesteśmy rodziną. Wy, Kaśka, wnuki to są bliscy Staszka, nie moi. Tolerowałam nocne telefony, prośby o pieniądze, obelgi. Ale mój dom nie jest przechowalnią, a ja nie jestem darmową służącą.
Jak śmiesz?! To mieszkanie mojego męża! No… byłego! Ale on ma prawo!
Może przyjmować kogo chce, ale nie ma prawa wymuszać na mnie obsługi jego gości. Staszku spojrzała na męża. Decyzja należy do ciebie. Możesz zostać z wnukami i Barbarą, która chętnie ci pomoże, skoro przyszła. A ja wychodzę.
Ela ruszyła do drzwi.
Stój! Barbara złapała ją za łokieć. Nie wyjdziesz, póki nie ugotujesz dzieciom zupy! Kaśka już pojechała na lotnisko! Co ja mam z nimi zrobić?!
Ela spokojnie, ale stanowczo cofnęła rękę.
To nie mój problem, pani Barbaro. Zamówcie taksówkę, pojedźcie do domu, ugotujcie sami. Albo dzwońcie do Kaśki niech wraca. I proszę nie podnosić na mnie ręki, jeżeli nie chce pani mieć sprawy o napad na dom i naruszenie nietykalności. I, proszę wierzyć, ja to zrobię.
Zapadła martwa cisza. choćby bliźniacy, czując napięcie, przycupnęli w kącie. Staszek patrzył na żonę z podziwem i strachem. Nigdy jej takiej nie widział. To nie była już łagodna Elunia, ale kobieta z charakterem, broniąca swojego życia.
Barbara łapała powietrze. Dziesięć lat liczyła na milczenie Eli. Teraz dostała odpór, który ją zszokował.
Ty… ty jesteś potworem syknęła. Egoistka. Wszystkim opowiem, jaka z ciebie paskuda.
Proszę bardzo wzruszyła ramionami Ela. Nie robi mi to różnicy.
Wyszła na klatkę schodową.
Staszku, masz klucze. Jak poradzisz sobie dzwoń. jeżeli nie zobaczymy się, jak wnuki wyjadą.
Drzwi windy zamknęły się za nią, odcinając ją od awantury. Gdy wyszła na ulicę, głęboko wciągnęła powietrze po deszczu. Ręce jej drżały, ale w duszy było lekko. Zrobiła to. W końcu powiedziała nie.
Ela naprawdę świetnie spędziła dzień. Odwiedziła wystawę na Starym Mieście, napiła się ulubionej kawy na Krakowskim Przedmieściu, spacerowała wzdłuż Wisły, ciesząc się ciszą i wolnością. Telefon wyciszyła. Nie chciała psuć sobie humoru.
Wieczorem po spektaklu włączyła aparat. Dziesięć nieodebranych od Staszka, jedno SMS: Barbara zabrała dzieci. Jestem w domu. Przepraszam.
Ela wróciła około jedenastej. W domu było cicho i czysto. Staszek siedział w kuchni z zimną herbatą wymęczony, ale spokojny.
Cześć powiedział, gdy weszła.
Cześć. Gdzie chłopcy?
Barbara zabrała ich do siebie. Wrzeszczała strasznie, groziła, iż nas przeklnie. Dzwoniła do Kaśki, żeby zwróciła pieniądze za wczasy, bo ona musi siedzieć z dziećmi. Jeden wielki Armagedon.
A ty?
Staszek podniósł wzrok.
A ja pierwszy raz w życiu kazałem jej się zamknąć.
Ela uniosła brwi.
Serio?
Tak. Gdy zaczęła cię oczerniać, wyzywać Nie wytrzymałem. Powiedziałem, iż jeżeli jeszcze raz powie cokolwiek na moją żonę, nie zobaczy ani złotówki ponad to, co już jej zapłaciłem. I iż więcej tu nie wejdzie.
Ela objęła go od tyłu. Oparł głowę na jej brzuchu, jak skrzywdzony chłopak.
Zabrała chłopaków, trzasnęła drzwiami tak, iż tynk leci. Rzuciła, iż już nie jesteśmy rodziną.
Damy radę uśmiechnęła się Ela, głaszcząc go po siwiejących włosach. A Kaśka?
Dzwoniła z lotniska, płakała. Przesłałem jej trochę pieniędzy (osiemset złotych) na opiekunkę w Turcji. Postanowiła zabrać dzieci ze sobą, Barbara nie chciała kategorycznie z nimi zostać, bo nagle jej się krzyż zablokował.
Widzisz Kaśka jest matką, niech wypoczywa z synami. Tak powinno być.
Ela, Staszek odsunął się i spojrzał jej w oczy. Dziękuję ci.
Za co? Za to, iż rzuciłam cię na pierwszy ogień?
Za to, iż pozwoliłaś mi być mężczyzną, nie chłopcem na usługach ex-żony. Przez lata się bałem, czułem winę A dziś zrozumiałem: nikomu nie jestem winien, tylko tobie. Ty jesteś moją rodziną. Moim domem. Zachowywałem się jak tchórz.
Grunt, iż to zrozumiałeś uśmiechnęła się. Zrobiłam szarlotkę. Napijemy się herbaty?
Następnego dnia telefon milczał. Barbara nie dzwoniła. Kaśka przysłała SMS: wszystko w porządku. Życie wracało do normy, jakby nagle powietrze zrobiło się czystsze, lżejsze.
Po tygodniu Ela pieliła róże na działce, Staszek starannie jej pomagał.
Wiesz, odezwał się, opierając się na łopacie, Barbara wczoraj zadzwoniła.
Ela zesztywniała.
Po co?
Poprosiła o pieniądze. Leki ponoć podrożały.
I dałeś?
Nie. Powiedziałem, iż mamy rozpisany budżet. Planujemy remont, tobie nową kurtkę I odmówiłem.
Ela się roześmiała.
Kurtkę? Ale z ciebie bajkopisarz. Ale podoba mi się ten kierunek!
Rozłączyła się. Staszek się uśmiechnął, już bez cienia skruchy. I, co najważniejsze, świat się nie zawalił.
Nie zawalił. przytaknęła Ela. Tylko zrobił się wyższy i jaśniejszy.
Tamten weekend, gdy składowanie wnuków się nie udało, zmienił ich życie. Ela zrozumiała, iż godność, to nie awantury, a spokojna obrona własnych granic. Staszek pojął, iż wartość żony jest większa niż spokój z byłą, która od dawna nie jest częścią jego świata.
Wnuki bywały jeszcze czasem gośćmi, ale wyłącznie według ustalonego grafiku. Barbara nie przekraczała już progu ich domu. Staszek sam zabierał chłopców do zoo czy do parku, potem ich odwoził. Ten układ spodobał się wszystkim. Dzieci miały szczęśliwego dziadka zamiast zestresowanego staruszka rozdartego między dwie kobiety. Ela dostała spokojny dom i męża, który choćby myślami był już tylko z nią.
Czasem, siedząc na tarasie działki przy zachodzie słońca, Ela wspominała dzień, gdy po prostu wyszła z torebką do teatru. To był najlepszy spektakl w życiu, chociaż nie pamiętała już tytułu sztuki. Najważniejszy dramat rozegrał się w przedpokoju. I tutaj był szczęśliwy finał.













