Żeby nie narobić sobie wstydu, zgodziła się zamieszkać z garbatym mężczyzną Ale kiedy wyszeptał jej na ucho swoją prośbę, aż musiała usiąść
Grzesiu, to ty, kochany?
Tak, mamo, to ja! Wybacz, iż tak późno
Głos matki, drżący ze zmęczenia i niepokoju, dobiegł z ciemnego przedpokoju. Stała w starym szlafroku z latarką w ręku jakby czekała na niego przez całe życie.
Grzesiek, moje złotko, gdzie ty się szlajałeś do tak późna? Niebo już czarne jak smoła, gwiazdy błyszczą jak kocie oczy
Mamusiu, z Jankiem siedzieliśmy. Lekcje, przygotowanie Po prostu straciłem rachubę czasu. Przepraszam, iż nie uprzedziłem. Wiesz, iż i tak źle śpisz
A może u jakiejś dziewczyny byłeś? zmrużyła podejrzliwie oczy. Zakochany jesteś, co?
Mamo, co za głupoty! roześmiał się Grzesiek, zdejmując buty. Ja nie ten typ, na którego czekają dziewczyny pod klatką. Komu taki potrzebny garbus, z rękami jak u małpy, z głową jak u mlecza?
W jej oczach przemknął cień bólu. Nie powiedziała, iż widzi w nim nie dziwadło, tylko syna, którego wychowała w biedzie, chłodzie i samotności.
Grzesiek naprawdę nie był Adonisem. Ledwie metr sześćdziesiąt w kapeluszu, zgarbiony, z długimi kończynami, które niemal sięgały kolan. Głowa wielka, włosy kręcone jak młode mniszki lekarskie na wiosnę. W dzieciństwie nazywali go małpka, leśny cudak, przyroda zwariowała. Ale dorósł i stał się kimś więcej niż tylko człowiekiem.
On i mama, Halina Piotrowa, przyjechali do tej wsi, kiedy miał dziesięć lat. Uciekli z miasta od biedy i wstydu: ojca wsadzili, matka go zostawiła. Zostali tylko oni we dwoje przeciwko reszcie świata.
Z tego Grześka nic nie będzie mruczała babka Hanka, patrząc na wiotkiego chłopaka. Zapadnie się pod ziemię, choćby ślad nie zostanie.
Ale Grzesiek się nie zapadł. Złapał się życia jak korzeń o skałę. Rósł, oddychał, pracował. A Halina kobieta z sercem ze stali i zniszczonymi rękami piekarki piekła chleb dla całej wsi. Po dziesięć godzin dziennie, rok w rok. Aż sama w końcu się złamała.
Gdy bez sił trafiła do łóżka, Grzesiek stał się i synem, i córką, i lekarzem, i pielęgniarzem. Zmywał podłogi, gotował kaszę, czytał stare gazety na głos. A kiedy odeszła cicho, jak wiatr z pola stał przy trumnie z zaciśniętymi pięściami i milczał. Bo łez już w nim nie było.
Ale ludzie nie zapomnieli o nim. Sąsiedzi przynieśli jedzenie, dali ciepłe ubrania. A potem niespodziewanie zaczęli do niego wpadać. Najpierw chłopcy, miłośnicy radia i lutowania. Grzesiek pracował w wiejskim radiowęźle naprawiał radia, ustawiał anteny, lutował druty. Miał ręce złote, choć wyglądali jak z innego świata.
Z czasem, całkiem nieoczekiwanie, zaczęły zaglądać dziewczyny. Najpierw na pogaduchy przy herbacie z dżemem. Potem na dłużej. Było śmiechu, było rozmów i ciepła.
Aż któregoś razu zauważył, iż jedna z nich Bogusia ZAWSZE była ostatnia.
Nie śpieszysz się? zapytał, kiedy wszystko ucichło.
Mnie nigdzie nie goni odpowiedziała cicho, patrząc w podłogę. Macocha mnie nie znosi, trzech braci ordynarnych i wrednych, ojciec popija Jestem dla nich piątym kołem u wozu. Teraz śpię u koleżanki, ale to też nie na wieki. A u ciebie spokojnie. Nie czuję się tu sama.
Grzesiek przyjrzał się jej i po raz pierwszy w życiu poczuł, iż jest komuś potrzebny.
Zostań u mnie powiedział prosto, bez ceregieli. Pokój po mamie stoi pusty. Będziesz panią domu. A ja ja niczego nie będę żądał. Ani gestu, ani słowa. Po prostu bądź.
Ludzie na wsi zaczęli szeptać.
I jak to tak? Garbus i ładna dziewczyna? To kabaret!
Ale czas płynął. Bogusia sprzątała, gotowała zupę, uśmiechała się. A Grzesiek pracował, troszczył się, milczał.
A kiedy urodził się syn, cały świat stanął na głowie.
Do kogo podobny? dopytywali sąsiedzi. No, do kogo?
A chłopiec, Dominik, patrzył na Grześka i mówił: Tata!.
Grzesiek, który nigdy nie sądził, iż będzie ojcem, poczuł coś, jakby małe słońce rosło mu w sercu.
Uczył Dominika majsterkowania, łowienia ryb, dzielił się książkami. A Bogusia przyglądała się im i mówiła:
Powinieneś znaleźć kobietę, Grzesiu. Przecież nie jesteś już sam.
Ty mi jak siostra odpowiadał. Najpierw Ciebie wydam za dobrego chłopa, a potem zobaczymy.
I taki chłop się znalazł. Młody, z sąsiedniej wioski. Porządny, pracowity.
Zrobili wesele. Bogusia wyjechała.
Raz Grzesiek spotkał ją na drodze i powiedział:
Chciałbym oddaj mi Dominika.
Co? zdumiała się. Po co?…
Wiem, Boguś. Jak rodzi się dziecko, wszystko się w środku zmienia. Ale Dominik on nie jest Twój z krwi. Zapomnisz. A ja nie dam rady.
Nie oddam!
Ja nie zabieram odpowiedział cicho Grzesiek. Odwiedzaj go, kiedy tylko chcesz. Pozwól mu tylko mieszkać ze mną.
Bogusia zawahała się chwilę, potem zawołała syna:
Dominiku! Chodź tu! Powiedz, z kim chcesz mieszkać ze mną czy z tatą?
Chłopak podbiegł, oczy na pół świata:
A nie można jak dawniej? I mama, i tata razem?
Nie, synku powiedziała cicho.
To zostaję z tatą! wykrzyknął Dominik. A Ty, mamo, wpadaj w gości!
I tak już zostało.
Dominik został. I Grzesiek pierwszy raz w życiu czuł się naprawdę ojcem.
Aż pewnego dnia Bogusia przyszła znów:
Przenosimy się do Poznania. Zabieram Dominika.
Mały ryknął jak ranny łoś i objął Grześka:
Nie pojadę! Ja z tatą! Z tatą tu zostaję!
Grzesiu wyszeptała Bogusia, patrząc w podłogę. On on nie jest Twój.
Wiem odpowiedział Grzesiek. Zawsze wiedziałem.
I tak zwieję do taty! krzyczał Dominik, zanosił się płaczem.
I rzeczywiście, uciekał. Raz po raz.
Zabierali go wracał.
W końcu Bogusia odpuściła.
Tak będzie powiedziała. Sam wybrał.
I zaczęła się nowa historia.
Sąsiadce Marysi utopił się mąż. Pijak, despota, okrutnik. Bóg nie dał im dzieci i dobrze, bo tam miłości nie było.
Grzesiek zaczął przychodzić po mleko. Potem reperować płot, naprawiać dach. A później już po prostu na herbatę. Rozmawiali, śmiali się.
Zaprzyjaźnili się. Powoli. Dorosłym, nieśpiesznym rytmem.
Bogusia pisała listy. Powiadomiła, iż Dominik ma teraz siostrzyczkę Danusię.
Przywieź ją odpisał Grzesiek. Rodzina powinna być razem.
Minął rok i przyjechali.
Dominik nie spuszczał siostry z oka. Nosił ją na rękach, śpiewał kołysanki, uczył stawiać pierwsze kroki.
Synku prosiła Bogusia. Zamieszkaj z nami. W mieście masz teatr, szkołę, możliwości
Nie, mamo pokręcił głową Dominik. Nie zostawię taty. I ciotka Marysia też już dla mnie jak mama.
Potem przyszła szkoła.
Koledzy przechwalali się ojcami: kierowcami, żołnierzami, inżynierami A Dominik niczego się nie wstydził.
Mój tata? mówił dumnie. On potrafi naprawić wszystko. Rozumie, jak działa świat. On mnie uratował. Jest moim bohaterem.
Mijał rok.
Marysia z Grześkiem usiedli pod kuchennym piecem razem z Dominikiem.
Będziemy mieli dziecko powiedziała Marysia. Malutkie.
A a nie wyrzucicie mnie? wyszeptał Dominik.
Co ty wygadujesz! wykrzyknęła Marysia, przytuliła chłopaka. Jesteś dla mnie jak syn. Zawsze o takim marzyłam!
Synu powiedział Grzesiek, patrząc w ogień. Jak mogłeś tak pomyśleć? Jesteś moim światem.
Kilka miesięcy później przyszedł na świat Staś.
Dominik trzymał braciszka jak największy skarb.
Mam teraz siostrę szeptał. I brata. I tatę. I ciocię Marysię.
Bogusia dalej wołała.
Ale Dominik zawsze odpowiadał:
Już przyjechałem. Jestem w domu.
Minęły lata. Ludzie przestali mówić, iż Dominik nie z tego domu. Już się nie szeptało.
A kiedy Dominik został ojcem, opowiadał swoim dzieciom i wnukom o najlepszym tacie na świecie.
Przystojny nie był mówił Dominik. Ale miał w sobie tyle miłości, ile nie widziałem w nikim innym.
Co roku, w dzień wspomnień, zbierała się u nich cała rodzina dzieci Marysi, dzieci Bogusi, wnuki i prawnuki.
Piło się herbatę, śmiało się i wspominało.
Najlepszy na świecie był ojciec! wołali wszyscy, wznosząc kubki. Oby każdy miał takiego tatę!
I zawsze ktoś podnosił palec w górę do nieba, do gwiazd, do wspomnień o człowieku, który mimo wszystko został najprawdziwszym ojcem.
Jedynym.










