Część dwudziesta i ostatnia
Jego żona oddała swoją duszę za niego; teraz on musi dać swoją za jej. Nie miał żadnej innej myśli w głowie. Za rogiem czekał bosman. „Moja żona ma butelkę” - rzekł Keawe - „I o ile nie pomożesz mi aby ją odzyskać, nie będzie więcej pieniędzy, i nie będzie więcej drinków dziś wieczór.”. „Nie mówisz chyba poważnie o tej butelczynie?” - zapytał bosman. „Czy ja wyglądam na żartownisia?” - odpowiedział pytaniem na pytanie Keawe. „W rzeczy samej...” - mruknął bosman - „Wyglądasz tak poważnie, jak duch.”. „Zatem dobrze!” - zniecierpliwił się Keawe - „Tu są dwa centymy. Musisz iść do mojej żony, do domu i zaoferować te grosze za butelkę, którą odda od razu tobie. Przynieś to diabelstwo tutaj do mnie, a ja kupię od ciebie za jeden centym. Takie jest prawo, które rządzi butelką: musi być sprzedana za mniejszą sumę. Cokolwiek by się działo, trzymaj gębę na kłódkę, a nie zdradź, iż przychodzisz ode mnie.”. „Brachu! Czy robisz sobie głupca ze mnie?” - zapytał bosman. „Nie chcę ciebie urazić.” - wykrztusił Keawe. „No właśnie, brachu!” - denerwował się bosman. „Jeżeli wątpisz w moje słowa, możesz spróbować czarodziejskiej mocy butelczyny...” - uspokajał Keawe - „Gdy tylko opuścisz dom, zażądaj aby napełniła kieszeń pieniędzmi, albo butelkę rumu, lub cokolwiek, a zobaczysz jakie ma zalety ta rzecz.”. „Spróbuję; jeżeli jednak robisz sobie ze mnie żarty, zrobię z ciebie pachołka portowego...”.
Tak więc, bosman ruszył wzdłuż ulicy, a Keawe stał i czekał. Czekał w pobliżu tego samego miejsca, gdzie Kokua wieczór wcześniej. ale Keawe był bardziej zdeterminowany i bez zawahania; jego dusza stawała się gorzka z rozpaczy. Upłynęło sporo czasu w czekaniu, zanim usłyszał głos śpiewającego w ciemnościach ulicy. Wiedział, iż jest to głos bosmana. Zagadkowym stało się, w jaki sposób pijany zjawił się. Mężczyzna podszedł potykając się do światła latarni. Miał diabelską butelkę w kieszeni swego płaszcza, a drugą flaszkę w ręce... . Można było zobaczyć, jak uniósł ją do ust i pociągnął długi łyk. „Dostałeś ją w końcu...” - ucieszył się Keawe - „Mogę to widzieć na własne oczy...”. „Łapy precz!” - wrzasnął bosman, odskakując do tyłu - „Zbliż się choćby o jeden krok do mnie, a trzasnę cię w gębę. Myślałeś, iż będziesz mnie mógł użyć jako swego narzędzia...?”. „Co masz na myśli?” - zdumiał się Keawe. „Co myślę?!” - zawołał bosman - „To jest w istocie ładna, dobra butelka; oto co myślę. Nie mogę zrozumieć, jak mogłem ją dostać za dwa centymy, ale jestem pewny, iż ty nie dostaniesz jej za jednego centyma...”. „Czyżbyś nie chciał jej sprzedać?” - zapytał Keawe. „O nie, mój panie!” - odrzekł bosman. „Ale dam tobie łyk rumu, jeżeli zechcesz.”. „Powiem ci” - wyznał Keawe - „Że człowiek, który posiądzie tę butelkę idzie prosto do piekła!”. „Ja idę tam tak czy siak, tego się spodziewam...” - odpalił żeglarz - „Ta butelka jest najlepszą rzeczą, jaka może mi towarzyszyć... . O nie, panie!” - zawołał donośnie - „To jest teraz moja butelka, a ty możesz iść i poszukać sobie innej.”. „Czy to może być prawda?” - zapytał Keawe - „Dla twego własnego dobra, błagam cię, odsprzedaj mi ją...”. „Nie podoba mi się całe to twoje gadanie...” - odparł bosman. „Myślałeś, iż jestem głupi? Teraz widzisz, iż nie jestem. I to koniec. Skoro nie chcesz łyka rumu wypiję sam jednego. Za twoje zdrowie! Dobrej nocy!”. Odszedł w dół ulicy, w kierunku miasta i takie były dzieje butelki z tej opowieści.
Keawe pobiegł do Kokuy, jak wiatr, a wielka była ich euforia tej nocy. I zapanował błogi spokój przez wszystkie dni w ich pięknym domu.
Tłumaczył: Jerzy Schwengel.








