Budziwojów i Dzwonów. Prawdziwa historia o podrabianiu pieczęci i rabowaniu kupców

nieustanne-wedrowanie.pl 4 dni temu

Tamtego dnia wyruszyłyśmy w podróż pociągiem. Wysiadłszy na stacji w Chojnowie, przesiadłyśmy się na rowery i ruszyłyśmy przed siebie, w stronę Budziwojowa. To właśnie tam zaczęła się nasza wielka przygoda z historią i zabytkami, które po niej pozostały. To była wspaniała wyprawa i doprawdy piękny, letni dzień – głównie dlatego, iż tamte tereny stanowiły dla nas prawdziwą terra incognita. Przybyłyśmy do Budziwojowa po raz pierwszy w życiu, przepełnione ciekawością, co też nas tam czeka. W naszych wędrówkach najwspanialsze jest właśnie to, iż mamy jedynie ogólny plan, a całą resztę zostawiamy losowi. Kto ma uszy, niechaj słucha…

Co do tego wzgórza, które podczas drogi zwróciło moją uwagę, to nie miałam wówczas o nim najmniejszej wiedzy. Po prostu spojrzałam na nie i powiedziałam do Ines, iż na bank stał tam jakiś pruski pomnik. Od chwili, kiedy wypowiedziałam te słowa, wiedziałyśmy już, iż koniecznie musimy zjechać z trasy i udać się do tego miejsca, żeby zbadać sprawę. I jak postanowiłyśmy, tak się też stało. Opuściłyśmy asfalt i wbiłyśmy się w gruntową ścieżkę między polami.

Pole bitwy pod Budziwojowem.

Na pierwszy rzut oka tego nie widać, a i fotografia w pełni tego nie oddaje, ale to naprawdę spore wypiętrzenie. Niemcy lubili wykorzystywać podobne miejsca do wznoszenia pamiątek po swoich bitwach – zwłaszcza tych, w których zwyciężyli. Tak właśnie było w tym przypadku. Miałam nosa! Okazało się to na miejscu, gdy naszym oczom ukazał się obelisk upamiętniający bitwę pod Budziwojowem.

Kiedy stanęłyśmy na szczycie wzniesienia, co się zowie Wzgórzem Wiatracznym, znalazłyśmy się w samym środku historii o krwawej potyczce z 26 maja 1813 roku, czyli sprzed ponad dwustu lat. Wówczas nie było tam tak miło, przyjemnie i sielankowo jak w dniu, kiedy zjawiliśmy się tam z Lonkiem. Choć był to dopiero początek naszego wędrowania, postanowiłyśmy zrobić sobie chwilę przerwy przy pomniku, by napić się wody i zapoznać z dziejami tej bitwy…

Pomnik bitwy pod Budziwojowem

Bitwa pod Budziwojowem

Ale co tak adekwatnie wydarzyło się na tych terenach ponad dwa wieki temu? Przenieśmy się na chwilę do Królestwa Pruskiego, a dokładnie do 26 maja 1813 roku. Wtedy to rozegrała się bitwa pod Budziwojowem i Chojnowem, której centralnym punktem stało się właśnie Wzgórze Wiatraczne w Budziwojowie, gdzie odpoczywałyśmy w drodze. Był to kolejny epizod wiosennej kampanii napoleońskiej. W maju tamtego roku Francuzi – podbudowani wcześniejszymi zwycięstwami nad Prusakami i Rosjanami pod Lützen i Budziszynem w Saksonii – ponownie wkroczyli na Śląsk. Przednia straż ich wojsk, czyli dywizja dowodzona przez generała Maisona, ruszyła z Chojnowa w stronę Legnicy. Francuzi maszerowali jednak bez dostatecznego ubezpieczenia, co gwałtownie postanowili wykorzystać ich wrogowie.

W okolicy Michowa wojska sprzymierzonych, pod wodzą starego pruskiego generała Blüchera, przygotowały na nich sprytną zasadzkę. Kluczową rolę odegrała tu brygada kawalerii Ziethena. W pełnym ukryciu na Francuzów czekały aż 22 szwadrony pruskiej jazdy: pułkownik Dollfs stacjonował w Budziwojowie, a pułkownik Mutius czatował pod Dobroszowem. Sygnałem do bezwzględnego ataku stało się podpalenie wiatraka w Budziwojowie przez samego generała Ziethena. Na oba skrzydła francuskiej piechoty nagle runęła prawdziwa nawałnica kawalerii – kirasjerzy Dollfsa i ułani Mutiusa. Siedem batalionów generała Maisona natychmiast spróbowało sformować obronne czworoboki, ale z racji tego, iż francuscy piechurzy byli niedoświadczeni i dali się kompletnie zaskoczyć, nie wszystkie czworoboki zdążono zamknąć.

Wzgórze w Budziwojowie, gdzie stoi do dziś Pomnik Zwycięstwa. Jak widać, pomnik ten to rekonstrukcja powstała 26 maja 2013 roku. W prawym górnym roku: domek weteranów.

Ta perfekcyjnie zaplanowana akcja pruskiej kawalerii okazała się pełnym sukcesem. Zaskoczeni Francuzi poszli w rozsypkę. Co prawda w samej wsi Michów bronili się jeszcze z absolutną rozpaczą, ale ostatecznie zostali zmuszeni do odwrotu w kierunku Chojnowa. Cała ta krwawa potyczka trwała zaledwie 15-20 minut! Śląski pułk kirasjerów po prostu rozbił w pył francuską piechotę. Sukces ten został jednak opłacony krwią – w walce zginął dowódca kirasjerów, pułkownik Dollfs. Ostateczny bilans starcia był dramatyczny: straty francuskie wyniosły od 800 do 1000 żołnierzy oraz 11 utraconych dział, podczas gdy Prusacy stracili 250 ludzi. Poległych żołnierzy napoleońskich pochowano później w masowym grobie niedaleko Gołaczowa, tuż przy drodze łączącej Złotoryję z Chojnowem.

Jednak z militarnego punktu widzenia ten bój nie miał większego znaczenia i w żaden sposób nie zatrzymał francuskiej ofensywy. Zwycięstwo sprzymierzonych wykorzystano na wielką skalę jedynie w celach propagandowych – trąbiono o nim dumnie, jako o wielkim triumfie starego Blüchera. Sam naczelny wódz sprzymierzonych, gen. Barclay de Tolly, nie szczędził mu zresztą krytyki, oceniając chłodno, iż Blücher po prostu „osłabia swe siły bez pożytku”. I rzeczywiście, już następnego dnia, czyli 27 maja, Napoleon bez jakiejkolwiek walki wkroczył prosto do Legnicy, wjeżdżając dumnie ulicą Chojnowską, gdzie witał go niejaki Werdermann.

Pomnik Zwycięstwa

A historia tego pomnika na Wzgórzu Wiatracznym to dopiero jest materiał na opowieść! To, co tam zastałyśmy, to zaledwie skromne echo dawnej, pruskiej pompy. Wszystko zaczęło się dokładnie w piątą rocznicę tamtych wydarzeń – 26 maja 1818 roku, kiedy to król pruski Fryderyk Wilhelm III uznał, iż tę potyczkę trzeba upamiętnić z ogromnym rozmachem. Zlecił więc zaprojektowanie monumentu nie byle komu, bo samemu Karlowi Friedrichowi Schinklowi – absolutnej gwieździe ówczesnej architektury. Schinkel stworzył serię identycznych, monumentalnych pomników, które Prusacy ustawiali na polach bitew z 1813 roku.

Lonek odpoczywa w drodze na polu bitwy pod Budziwojowem.

Oryginalny monument w niczym nie przypominał dzisiejszego pomnika. Była to potężna, żeliwna wieża w neogotyckim stylu, dumnie zwieńczona wizerunkiem Żelaznego Krzyża. Na jej ścianie odlano inskrypcję dziękującą poległym bohaterom w imieniu Króla i Ojczyzny. Przez ponad wiek było to ważne miejsce pruskich manifestacji patriotycznych i zjazdów weteranów. I tutaj pojawia się absolutny hit tej opowieści: żeby taki monument nie niszczał pośrodku pól, Prusacy mieli genialny w swojej prostocie system. Tuż obok pomnika stawiali domek weterana. Mogli w nim bezpłatnie zamieszkać dawni żołnierze – inwalidzi wojenni, którzy w zamian za darmowy dach nad głową mieli proste zadanie: pilnować porządku, pielęgnować otoczenie pomnika i dbać o to, by pamięć o bitwie nie zarosła chaszczami. Wyobraźcie sobie ten klimat – żywy świadek tamtych czasów, mieszkający na odludziu tuż obok wielkiej, żeliwnej wieży!

Sielanka skończyła się jednak wraz z końcem II wojny światowej. W 1945 roku, po wkroczeniu na te tereny Armii Czerwonej i ustanowieniu nowej polskiej administracji, potężna wieża Schinkla – wraz z przyległym domkiem weterana – została doszczętnie zniszczona jako symbol pruskiego militaryzmu. Przez kolejne kilkadziesiąt lat wzgórze stało puste, a po całym kompleksie ocalał jedynie stary, kamienny postument zarastający krzakami.

Pomnik bitwy pod Budziwojowem

I tu dochodzimy do współczesności, bo historia zatoczyła koło dokładnie w dwusetną rocznicę tamtej bitwy – 26 maja 2013 roku. To właśnie wtedy na zachowanym, oryginalnym postumencie po Schinklu odsłonięto pomnik, który można oglądać dzisiaj. Co jest w nim najciekawsze? Dawny, nacjonalistyczny ton zastąpiono ideą pojednania. Nowy napis „W dwustulecie bitwy pod Chojnowem” wyryto na nim w aż czterech językach: polskim, rosyjskim, francuskim i niemieckim, żeby oddać szacunek żołnierzom każdej z walczących tu stron, którzy stracili życie w te ekspresowe dwadzieścia minut…

W Budziwojowie

O istnieniu w tej miejscowości dawnej rezydencji jaśniepańskiej to akurat wiedziałyśmy dobrze, bo była ona częścią naszego ogólnego planu wyprawy. Nie wiedziałyśmy natomiast, jakie będą szanse na zrobienie jej sesji zdjęciowej, bo nie był to obiekt otwarty – tak jak na przykład pałac w Krotoszycach, na którego teren każdy może wejść jako potencjalny gość tamtejszej restauracji albo hotelu.

Kierowałyśmy się jednak w jego stronę z nadzieją, odkąd opuściłyśmy Wzgórze Wiatraczne. Po drodze minęłyśmy tamtejszą świątynię w Budziwojowie, ale obiekt okazał się młodym tworem, więc nie zatrzymał nas na długo. Zrobiłam raptem kilka fotek i ruszyłyśmy dalej.

Kościół pw. Miłosierdzia Bożego w Budziwojowie

Ta miejscowość ogólnie nie jest duża, a my kierowałyśmy się do jej pałacowo-folwarcznej części, więc droga od kościoła do dworu trwała dosłownie chwilę. Kiedy stanęłyśmy przed bramą na jego teren, okazało się, iż jest zamknięta na cztery spusty. Pamiętam, iż powiedziałam wtedy do Ines, iż mamy naszą pierwszą na tej trasie porażkę, a ona bardzo się na mnie zeźliła i zaczęła komentować, iż ja to tylko biadolić potrafię, wszystko widzę w czarnych kolorach i inne podobne bla bla bla… Oczywiście nie zgadzałam się z nią wcale. Nie odpowiedziałam jednak na to, tylko zawróciłam rower i ruszyłam za nią, bo widać było, iż Ines ma jakiś tajemniczy plan B.

Przeszłyśmy kawałek drogi asfaltem, aż trafiłyśmy na betonowe schody, które prowadziły w dół do obniżonego, zielonego terenu. Kiedyś był on otoczony ogrodzeniem, po którym ostał się jedynie niski, kamienny murek. Wtedy Ines powiedziała, iż plan jest taki: wchodzimy w te chaszcze, bo to teren dawnego ogrodu dworskiego i może uda nam się dotrzeć do pałacu od drugiej strony… Oczywiście na totalnym nielegalu! Przeprowadziłyśmy nasze maszyny przez to obniżenie, położyłyśmy je na wysokości krzaków tak, żeby stały się niewidoczne z drogi, a następnie spięłam je, żeby były bezpieczne od ewentualnej kradzieży. Kiedy było już po wszystkim, ruszyłyśmy w dworską dżunglę. Cały ten manewr widział tylko jeden człowiek, który akurat wtedy, gdy schodziłyśmy w dół z rowerami, przejeżdżał autem obok nas.

Buszowanie w parku dworskim

Obszar ten wcale nie przypominał dawnego, pojaśniepańskiego ogrodu. Rosło tam mnóstwo samosiejek, które całkowicie opanowały ten teren. To była prawdziwa dolnośląska dżungla jakich mało, a wejście w nią sprawiało, iż czułyśmy niepokój. Ines szła pierwsza z telefonem w rękach, bo patrzyła na mapę. Chciała namierzyć ten obiekt, żebyśmy niepotrzebnie nie przedzierały się w niewłaściwym kierunku. Znajdowała się tam tylko jedna wąska ścieżka, którą wydeptali chyba ci, którzy przed nami próbowali dostać się na teren pałacowy bez pozwolenia. Szłyśmy nią powoli i w całkowitej ciszy. Porozumiewałyśmy się jedynie szeptem, a psa trzymałam na smyczy na wszelki wypadek.

W pewnym momencie usłyszałyśmy jakieś odgłosy, ale nie byłyśmy w stanie ustalić, kto je wydawał. W każdym razie było to bardzo blisko nas, a więc natychmiast zamarłyśmy w bezruchu, nasłuchując. Powiedziałam do córki, iż to chyba pies, ale ona słyszała coś innego. Według niej to mógł być dzik. Trwało to chwilę i nastała cisza. Zrobiłyśmy jeszcze kilkadziesiąt kroków i wyrosło przed nami wysokie ogrodzenie z betonowych płyt. Wówczas było już jasne, iż ten obszar z każdej strony został szczelnie ogrodzony. A przynajmniej tak to wyglądało.

Wtedy znowu usłyszałyśmy ten tajemniczy dźwięk i postanowiłyśmy, iż robimy natychmiastowy odwrót. I tak się stało, bo dosłownie wzięłyśmy nogi za pas i biegusiem wracałyśmy do rowerów. Spuściłam też psa ze smyczy, żeby ucieczka stała się sprawniejsza. Kiedy dotarłyśmy do rowerów i nic za nami nie biegło, odetchnęłyśmy z ulgą. Postanowiłyśmy wrócić na szlak i jeszcze raz podejść do pałacowej bramy. Zadeklarowałam się, iż będę krzyczeć stamtąd, wołając właściciela, a kiedy się zjawi, poproszę, żeby pozwolił nam zrobić kilka zdjęć. To taka trochę hamówa, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy jak nawoływanie „halo, halo”… I jak ustaliłyśmy, tak zrobiłyśmy. Wygramoliłyśmy się z obniżenia parkowego na asfalt i prowadząc rowery, ruszyłyśmy z powrotem do majątku.

Pałacowy teren

Kiedy ponownie znalazłyśmy się przy bramie wjazdowej, postawiłam rower na nóżce i zaczęłam się wydzierać. Nie traciłam też czasu, bo na wszelki wypadek zrobiłam na zoomie fotkę pałacu zza krat – bo jak to się mówi, lepszy rydz niż nic. Pomimo starań nikt nie odpowiadał na moje wielokrotne nawoływania: Halo, jest tam kto? Halo! Trwało to kilka dobrych minut, ale nic się nie działo, więc odpuściłam. Ines też zrezygnowała, bo widać było, iż albo tam nikogo nie ma, albo o ile jest, to nie ma zamiaru do nas podejść. Zawróciłyśmy więc rowery i już miałyśmy odjeżdżać, kiedy do bramy podjechał samochód. Ines powiedziała, iż nie jest dobrze, bo to jest to samo auto, które zwolniło podczas naszego schodzenia do parku, i to ten sam facet, który siedział za kierownicą. Pomyślałyśmy, iż przyjechał prawdopodobnie po to, aby nas przesłuchać i zrugać. W takiej sytuacji zaczęłam przygotowywać się psychicznie na najgorsze.

Pałac w Budziwojowie. Widok z za kraty bramy wjazdowej.

Mężczyzna podjechał bliżej, zatrzymał wóz i wysiadł z niego. Spojrzał na nas, uśmiechnął się, a potem powiedział: Dzień dobry! Proszę poczekać, zaraz wam otworzę. Ja tu przyjechałem koty nakarmić, to będziecie miały chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Zaraz też przyjedzie mój szef, to on jest właścicielem pałacu… Takie buty!

Podobny obrót sprawy bardzo nas ucieszył, ale i zdezorientował. To był lekki szok – oczekiwałyśmy nieprzyjemności, a dostałyśmy życzliwość, więc było to nie tylko niewiarygodne, ale wręcz podejrzane. Jednak odpowiedziałyśmy uśmiechem i postanowiłyśmy brać to, co los nam daje, bo był bardzo hojny. Po chwili kraty się rozsunęły i wstęp na teren pałacu stał się całkowicie wolny. Zdecydowałyśmy od razu przystąpić do pracy i narobić jak najwięcej zdjęć, zanim przyjedzie ten tajemniczy szef – nie wiadomo było przecież, czy również będzie dla nas tak życzliwy jak jego pracownik. Zaczęłyśmy się więc uwijać na pełnych obrotach, jednocześnie zachwycając zaistniałymi okolicznościami, które dały nam taką wspaniałą szansę na udokumentowanie tego zabytkowego obiektu.

Budziwojów. Pałac

Odrobina historii

O istnieniu tej jaśniepańskiej rezydencji w Budziwojowie wiedziałyśmy sporo już przed wyprawą, bo jej historia była kluczowym punktem naszego planu. Z dokumentów, które sprawdzałyśmy, wynika, iż pierwsze wzmianki o tutejszym majątku – folwarku, młynie, a choćby karczmie – pochodzą z 1789 roku. Ale sam pałac, ten neorenesansowy kolos, przed którym stałyśmy, to zasługa rodziny Teichmannów. Kupili te dobra w 1802 roku, a w latach 40. XIX wieku postawili rezydencję, wykorzystując mury wcześniejszego dworku. Później majątek przeszedł w ręce rodziny von Hederich i to oni dodali obiektowi najwięcej charakteru. To na ich życzenie dobudowano tę charakterystyczną wieżę, którą tak bardzo chciałyśmy obfotografować, oraz założono otaczający pałac park. Hederichowie zadbali o zieleń tak dobrze, iż rosnące tam dęby mają dziś ponad 300 lat, a dwa z nich – oficjalne pomniki przyrody – dorobiły się choćby własnych imion: Gerwazy i Protazy.

Od 1905 roku do czasów II wojny światowej dobra te znajdowały się już w posiadaniu rodziny Jankoviusów. Po wojnie nadeszły jednak zupełnie inne czasy. Cały ten ogromny kompleks ze stajniami i owczarnią przejęło państwo polskie, tworząc tu typowy dolnośląski PGR. Dopiero po latach burzliwej historii majątek znowu trafił w prywatne ręce, stając się zamkniętą enklawą, do której tak bardzo próbowałyśmy się dostać.

Przybył szef

Po niedługim czasie na teren dawnego folwarku rzeczywiście zajechał sam szef. Auto zaparkowało niedaleko naszych rowerów i wysiadł z niego mężczyzna w średnim wieku. Spojrzał na nas, uśmiechnął się ciepło i zapytał, jak nam się podoba dwór? Odpowiedziałyśmy, że bardzo i iż ogromnie dziękujemy za możliwość zwiedzenia tego miejsca. On tylko westchnął, iż to już niestety ruina, po czym poszedł szukać swojego pracownika. Zostawił nas więc z powrotem samych sobie, ale my w zasadzie kończyłyśmy już lustrację terenu i powoli zbierałyśmy się do wyjścia.

Do parku za dawną rezydencją choćby nie próbowałyśmy się wbijać, bo busz był tam po prostu straszny. W środku lata wszystko zarosło na maksa i nie dostrzegłam ani jednej, choćby najwęższej ścieżki prowadzącej w głąb tego podworskiego starodrzewu. Dodatkowo skutecznie blokował nas fakt, iż obie z Ines byłyśmy ubrane typowo rowerowo – w krótkich spodenkach, co przy takich chaszczach absolutnie nie sprzyjało podobnym eksploracjom.

Pałac w Budziwojowie

Natomiast sam dwór obfotografowałyśmy bardzo dokładnie, z każdej możliwej strony. Obiekt rzeczywiście znajduje się w opłakanym stanie. W innych budynkach gospodarczych tego majątku coś tam się dzieje, ale tutaj drzwi zamknięte są na cztery spusty i widać gołym okiem, iż nikt do pałacu teraz nie wchodzi – choćby sam właściciel. Budynek prawdopodobnie grozi już zawaleniem.

Budziwojów. Teren dawnego majątku

Nie znamy powodu, dla którego nic nie jest tam remontowane, bo nie było czasu, aby wypytywać właściciela, który najwyraźniej był zajęty swoimi sprawami. Sądzę jednak, iż powody są całkiem prozaiczne. Taki kompleks wymaga ogromnych pieniędzy, aby podnieść go z ruiny, zwłaszcza iż z całą pewnością konserwator zabytków położyłby na wszystkich pracach swoją łapę, a to znaczy, iż rzucałby kłody pod nogi. Wiem, iż w przeszłości istniały plany, by stworzyć w tym miejscu ekskluzywny hotel, ale na planach się skończyło i teraz jest tak, jak widać na załączonych obrazkach…

Budziowjów. Spichlerz zabytkowy

Aleja kasztanowa

Powoli zaczęłyśmy się zbierać do drogi. Zapięłam Lonka na smycz, bo do tej pory chodził samopas, krok w krok za nami, i z pełną swobodą zwiedzał teren. W drodze powrotnej zrobiłam ostatnie fotki i pożegnałyśmy się z właścicielem obiektu, jeszcze raz okazując mu ogromną wdzięczność. Potem, będąc już za bramą, skierowałyśmy się ku autostradzie, do której prowadziła stara aleja kasztanowa, obsadzona tymi drzewami jeszcze przez dawne jaśniepaństwo z Budziwojowa.

Byłam niesamowicie szczęśliwa! Mimo iż początkowo wszystko wskazywało na to, iż pocałujemy klamkę i nie uda nam się zrobić zdjęć temu wspaniałemu zabytkowi, ostatecznie wyjechałyśmy z tej miejscowości z niesamowicie bogatym archiwum. I teraz mogę to wszystko Wam pokazać!

Ta stara aleja nie jest już wykorzystywana przez samochody, ponieważ prowadzi do ścieżki biegnącej wzdłuż autostrady, która ostatecznie zmierza do przejścia nad nią. Rzeczona dróżka jest taka trochę dzika i auta nią nie jeżdżą – co najwyżej rowery albo motorowery, dzięki czemu jest niemal całkiem wyłączona z ruchu. Dla nas był to idealny odcinek trasy, aby Lonek mógł wyprostować łapki po siedzeniu w koszyku i odprężyć się podczas swobodnego spaceru. A więc cały ten odcinek od Budziwojowa, aż do przejścia nad Wielką Rzeką Aut, przebyłyśmy pieszo i dopiero potem zaczęłyśmy pedałować do samego Dzwonowa. Tam również nie było asfaltu, a wszędzie dookoła otaczał nas bezmiar cudownych pól, na których leniwie dojrzewało złociste zboże…

Dzwonów na horyzoncie

Wiedziałyśmy, iż w Dzwonowie znajduje się kolejny dwór, miałyśmy więc w planach zatrzymać się tam na chwilę, aby zrobić fotografie i poczuć klimat tego miejsca. Podobnie jak wcześniej w Budziwojowie, również i tam nigdy wcześniej nie byłyśmy, a więc nie miałyśmy pojęcia, co tak naprawdę zastaniemy na miejscu. Byłyśmy przez to bardzo podekscytowane! Po kilku kilometrach podróży na horyzoncie jawiły się już zabudowania tej leciwej osady, która powstała najpóźniej w roku 1360 i niegdyś była samodzielnym majątkiem rycerskim.

Na Dolnym Śląsku jest cała masa takich leciwych wsi, które skrywają niesamowite historie. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, iż przeważnie są one niewielkie i niemal niezauważane przez wielki świat. Dzwonów jest w sumie nieduży i składa się z dwóch części, które dawniej nazywano Dzwonowem Górnym i Dzwonowem Dolnym. Miejscowość ta przez wiele lat była również przysiółkiem Budziwojowa, ale od jakiegoś czasu jest już samodzielną wsią bez podziałów na części. Poza tym Dzwonów, choć niewielkich rozmiarów, jest mocno rozrzucony po terenie i ciągnie się niemal aż po same Strupice.

w Dzwonowie

Wjechałyśmy na teren tamtejszego dawnego majątku, gdzie znajdował się dworek, który w chwili obecnej jest zamieszkany przez osoby prywatne. Od pierwszych kroków starałam się robić zdjęcia, bo nie wiedziałam, czy za chwilę będzie mi wolno. Mam taką zasadę, iż najpierw fotografuję, a dopiero potem pytam o pozwolenie. Zasada ta wynika bezpośrednio z mojego doświadczenia – wiele razy zdarzyło mi się, iż ktoś z różnych powodów zabronił mi archiwizacji zabytków. Nauczyłam się wiec, jak te kwestię obchodzić.

Teren dawnego folwarku w Dzwonowie

Poruszałyśmy się dość niepewnie po tym terenie, czekając na reakcję mieszkańców. Ale nie było ich za wielu widać, a ci, co gdzieś tam przemykali, zupełnie nie zwracali na nas uwagi. A więc z każdym krokiem stawałyśmy się odrobinę pewniejsze. Mijałyśmy najpierw ogromny, ceglany budynek, który w pierwszym momencie nazwałam spichlerzem. Potem co prawda usłyszałam od tambylców, iż to rzekomo była dawna gospoda, w co – szczerze mówiąc – nie bardzo uwierzyłam. I słusznie, bo gdy później szukałam głębszych informacji o tym obiekcie, ustaliłam, iż to dawna stajnia i wozownia.

Dawna stajnia i wozownia w Dzwonowie

Dworek…

Z tamtego punktu widać już było bardzo wyraźnie poszukiwany przez nas dwór. Ustaliłam z Ines, iż podejdziemy tam razem – ona będzie pilnować psa, a ja podejdę bliżej i spróbuję z nienacka nacykać fotek. Jednak kiedy znalazłyśmy się w jego pobliżu, okazało się, iż na werandzie siedzą ludzie, a koło dworku biegają luzem dwa psy… W tej sytuacji cały plan wziął w łeb i musiałam improwizować.

Podeszłam do nich z bananem na twarzy, szczerząc zęby w uśmiechu, i dalej – zaczynam nawijać! Że jesteśmy w długiej podróży, iż słyszałam, iż mają tu piękny pałacyk, a my kochamy się w zabytkach, uwielbiamy je fotografować i czy pozwolą nam Państwo zrobić kilka zdjęć? Mieszkańcy tego zabytkowego przybytku nie byli specjalnie zaskoczeni – prawdopodobnie co jakiś czas zjawia się tam podobny nam amator dolnośląskich dziejów i prosi o to samo. Nie mieli nic przeciwko, ale pojawił się mały problem – oboje siedzieli akurat na werandzie, a ja chciałam mieć „czyste” kadry do publikacji. Poprosiłam więc grzecznie, żeby ustąpili na chwilę, co na szczęście nie spotkało się ze sprzeciwem. A potem to już łatwo poszło! Zarówno starsza pani, jak i mężczyzna bardzo zainteresowali się Lonkiem, który siedział w swoim koszyku na kierownicy i robił furorę. Zagadywali o niego Ines, a ja w tym czasie zajęłam się swoją pracą.

Dwór w Dzwonowie

Dworek jest parterowy, skromny i niewielki. Nakryto go mansardowym dachem, którego dawno już nie przekładano. Zbudowany został w latach 30-tych XIX wieku. Dookoła niego założono park, gdzie znajdują się stawy, ale ta enklawa zieleni to również maleństwo, w którym rosną jesiony, lipy, wiązy, buki i graby. Najbardziej egzotyczny był tam nieistniejący już dziś tulipanowiec amerykański. Historycy uważają, iż przed rzeczonym parkiem dworskim znajdował się tam po prostu ogród warzywny.

Kiedy robiłam archiwum, równocześnie zadawałam pytania. Dzięki temu dowiedziałam się, iż do dawnego parku nie da się wejść, bo to prawdziwa, niedostępna dżungla. Nie miałam pozwolenia, żeby to sprawdzić, ale nie lamentowałam, bo w moich kolarkach i tak nie dałabym temu rady. Musiałam więc wierzyć na słowo. Sprawdziłam też stare niemieckie mapy z XIX i XX wieku, żeby ustalić, czy dwór był kiedyś otoczony fosą. Nie jest to niemożliwe – wiele podobnych obiektów, które wyrastały ze średniowiecznych fundamentów, do dziś zachowuje relikty dawnych fortyfikacji. Niestety, mapy tego nie wykazują akurat w przypadku Dzwonowa. Co nie znaczy, iż tak nie było, po prostu nie ma na to dowodów.

Jak już wspominałam wcześniej, Dzwonów podzielony był na dwie części: Górną i Dolną. Rzeczony, opisywany w tym momencie dworek jest z Dzwonowa Dolnego. Warto wspomnieć, iż w Górnym ongiś także znajdowała się rezydencja, ale nie przetrwała do naszych czasów. Również miała niewielkie rozmiary i skromną sylwetkę.

Dwór w Dzwonowie Górnym, ten którego już nie ma. Źródło zdjęcia: https://polska-org.pl/7375765,foto.html?idEntity=5135692

Schellendorf

Rozpracowując historię tego majątku, natknęłam się na dawną niemiecką nazwę wsi – Schellendorf. Ciekawość wzięła górę, więc wrzuciłam słówko „Schelle” w translator ( bo wiem, iż „dorf” to po prostu „wieś”), a ten uparcie zaczął mi wyświetlać… hydrauliczną obejmę albo zacisk do rur. No tak, współczesne algorytmy karmią się językiem technologicznym i budowlanym. Na szczęście dawne wieki nie znały plastikowych opasek zaciskowych, a dla ówczesnych mieszkańców „Schelle” oznaczało po prostu dzwonek. Stąd też wzięła się późniejsza, polska nazwa – Dzwonów, będąca wiernym, etymologicznym tłumaczeniem.

Cała wieś zresztą wyrosła wokół dóbr rycerskich rodu von Schellendorf, którzy jako pierwsi władali tymi ziemiami. I tu, dokładnie w tym miejscu, aż ścisnęło mnie w dołku. Poczułam, iż jestem na tropie niesamowitej historii i choć jeszcze jej nie znałam, to podskórnie wyczuwałam pismo nosem, bo w moim brzuchu obudziły się nagle wszystkie śpiące tam motyle! Od tamtej chwili byłam już na maksa opętana przez ten Schellendorf, który tłumaczy się jako „Dzwonkowa Wieś”, oraz przez jej pierwszych właścicieli, tak się właśnie zowiących.

Od razu w mojej głowie ułożyła się wstępna historia. Po pierwsze – nazwa wsi przecież nie wzięła się znikąd! Najpewniej dawno temu wypasano tu stada owiec, a każda z nich miała na szyi charakterystyczny dzwonek. Po drugie – pierwsi panowie na Dzwonowie przyjęli swoje „nazwisko” właśnie od tej osady i ta nazwa funkcjonowała tam od czasów głębokiego średniowiecza aż do samego końca II wojny światowej! Niesamowite, prawda?

Główne wejście do dworku

Rycerze Kono i Johann

Od tego momentu zaczęłam szperać w źródłach, najdalej wstecz, ile się da. Przyjęłam za punkt honoru, aby wyłowić pierwszego w dziejach tej osady pasterza tychże owiec, bo inni już mnie nie interesowali. I tak trafiłam na pewnego rycerza zwanego Kono de Schellendorf, który to pochodził ze starego, szlacheckiego rodu, mającego swoje korzenie w średniowieczu. O samym Kono niestety nie udało mi się znaleźć więcej informacji poza tą, iż jego siedzibą rodową był właśnie ten niewielki Dzwonów na Dolnym Śląsku, gdzie przybyłyśmy podczas tej długiej włóczęgi po bezdrożach!

Kolejną osobą, na którą zwróciłam uwagę podczas wertowania starych dokumentów Śląska, był niejaki Johann von Schellendorf (z Dzwonowa). Jego imię pojawia się w roku 1360 przy okazji bardzo konkretnej transakcji pomiędzy nim a księdzem Reynhardem z kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Chodziło o sprzedaż młyna w tej wsi! Żeby jednak cała umowa miała moc prawną, potrzebne było jeszcze oficjalne zatwierdzenie przez samego księcia Ludwika I brzeskiego. Jego osoba nie jest zbyt jasno udokumentowana na kartach historii i żeby dobrać się do jego dziejów, musiałam mocno kombinować. Nie tylko odnajdywałam pojedyncze ślady, ale musiałam również umiejętnie kojarzyć fakty. Bo to nie jest tak, iż mam przed sobą cały gotowy pakiet dokumentów, które po prostu leżą na biurku i nic, tylko czytać i komponować opowiadania. Sprawa wygląda zupełnie inaczej.

W jednym miejscu, po przeszukaniu pierdyliarda stron, znalazłam krótką notkę o tym właśnie młynie, a po kilku kolejnych godzinach śledztwa wyłoniła się informacja, iż w latach 1361–1363 niejaki Hannos de Schellendorf pojawia się na wielu książęcych dokumentach i wygląda na to, iż zajmuje się ich sporządzaniem. W moim pojęciu jest bardzo prawdopodobne, iż ów Hannos to nasz Johann, tylko iż jego imię tym razem zostało w papierach zapisane nieco inaczej. Ten kancelaryjny wątek dawał mi nadzieję, iż dowiem się nieco więcej, bo jednak gość miał dostęp do dokumentów i zostawiał na nich ślad po sobie. I prawdę mówiąc, miałam nosa, gdyż w pewnym momencie dotarłam do informacji o tym, iż w roku 1364 rycerz o imieniu Johann von Schellendorf dopuścił się fałszerstwa pieczęci!

No, to już była prawdziwa petarda! Takiej historii to sama sobie zazdroszczę! I co najważniejsze – choć nie mam bezpośredniego potwierdzenia w papierach, iż cały czas mówimy o jednej i tej samej osobie, to jednak daty oraz miejsca, w których go odnajduję, każą mi mocno skłaniać się ku takiej teorii. Wszystko to bowiem następuje po sobie w niedużych odstępach czasu i dzieje się w najbliższej okolicy Chojnowa, a to przecież nie może być dziełem przypadku. Uwielbiam to uczucie, kiedy odkryję coś tak niesamowitego w małej, nieznanej światu wsi, o której prawie nikt nie słyszał…

Teren dawnego folwarku w Dzwonowie

Fałszerz pieczęci

Fałszerstwo to okazało się sprawą na niewiarygodną skalę, bo podobny skandal nie zdarzył się już chyba nigdy później w historii tej ziemi! O samym Johannie dzięki tej całej aferze dowiedziałam się, iż w dokumentach zwano go Knappe, co można po naszemu tłumaczyć jako „giermek”. Jednak kiedy słyszymy to słowo, wyobrażamy sobie od razu młodzika, który znajduje się w trakcie nauki na rycerza. Przeważnie był to szlachetnie urodzony chłopiec, który podczas takiej służby uczył się rzemiosła wojennego – czyścił zbroję swego mistrza, nosił za nim tarczę i szedł z nim na pole bitwy.

Jednak jeżeli chodzi o naszego Johanna, to w jego przypadku raczej nie o to chodziło. Tutaj mamy do czynienia z tytułem, który należałoby rozumieć bardziej jako „zbrojny”. Fakt, iż facet był dorosły, posiadał własne dobra (wsie, młyny i sługi), całkowicie oddalał od niego rolę typowego giermka-służącego, co zresztą dobitnie udowadnia jego funkcja skryby na dworze władcy. Johann von Schellendorf był więc najpewniej po prostu wojownikiem bez pasowania na rycerza. Mogło to wynikać z faktu, iż w tamtych czasach pasowanie wiązało się z ogromnym kosztem finansowym. Trzeba było wyprawić gigantyczną ucztę, ufundować kosztowny ekwipunek i opłacić ceremonie. Przez to wielu zamożnych, rodowych panów i konnych wojowników z wygody lub oszczędności nigdy nie przyjęło oficjalnego pasowania, do końca życia formalnie nosząc tytuł Knappe. I prawdopodobnie dokładnie taką decyzję podjął również nasz bohater z Dzwonowa. Ale wróćmy już do pierwotnego wątku…

Wszystko zaczęło się od tego, iż książę śląski Bolko, pan na Świdnicy, poświadczył, iż rajcy miasta Wrocławia przybyli do niego i pokazali mu kilka fałszywych pieczęci wykonanych w siarce. Były to pieczęcie króla Karola IV, zmarłego księcia Bolesława, jak również mniejsze pieczęcie innych książąt – Wacława, Ludwika oraz samego księcia Bolka. Ponadto wśród sfałszowanych znalazły się pieczęcie rycerzy: Mattiasa von Molheim, Heincza von Swarzinhorn, Franzka von Somirfelt, Czenka von Pritticz i Johanna von Resteja, a także pieczęcie innych szlachetnych giermków i bogatych mieszczan wrocławskich. Przysięgali oni, iż tego bezczelnego fałszerstwa dopuścił się właśnie Johann von Schellendorf, ów giermek z okręgu wrocławskiego (i zarazem nasz pan na Dzwonowie!). Pieczęci tych, według ich relacji, Johann używał wielokrotnie, aby zdobywać przywileje dla własnej korzyści i pożytku, ale ze szkodą i stratą dla stron, z którymi procesował się o majątki.

Dodatkowo 27 maja tegoż roku sam cesarz Karol IV oświadczył, iż także na własne oczy widział różne trefne pieczęcie – w tym swoją własną, której od kilku lat używał w księstwie wrocławskim przy sprawach dotyczących dziedziczenia majątków! Od tamtej pory sprawa Johanna stała się publiczna i bardzo głośna. W jej konsekwencji – jak podają dokumenty – szlachcic nie miał już odwagi przybywać na rozprawy sądowe w Czechach, Polsce, a także na samym Śląsku. Bał się stawić przed sędziami, ale lękał się również samosądu. Tracił on automatycznie dobre imię u cesarza, wśród książąt, rycerzy i ławników w Pradze oraz we Wrocławiu, a także w wielu innych miejscowościach pośród osób poważanych i prawych.

Teren dawnego folwarku w Dzwonowie

Sprawa kryminalna

Wszyscy, którzy prowadzili to śledztwo, przysięgali, iż oskarżenie jest jak najbardziej zasadne. Odbyło się bowiem przesłuchanie świadków, które miało miejsce 17, 21 i 22 maja 1364 roku w ratuszu wrocławskim i w pełni potwierdziło te zarzuty. I tam dochodzimy do samego źródła całej tej afery, a mianowicie do punktu jej ujścia. Okazuje się, iż przyczyną wypłynięcia machlojek Johanna była pewna sprawa kryminalna…

Otóż zdarzyło się, iż w miejscowości Zelun (dziś Solna w powiecie wrocławskim) został dotkliwie zraniony pewien człowiek. Wrocławski Landeshauptmann, czyli starosta, Konrad von Falkenhain, natychmiast postawił sprawę przed sądem. I wtedy właśnie potrzebne było jasne ustalenie, do kogo tak naprawdę należy majątek w tej wsi, w której dokonano zbrodni. Okazało się, iż właścicielem był nasz bohater Johann, który bez mrugnięcia okiem przedłożył w sądzie potrzebne dokumenty, zaświadczające, iż dobra w Zelun należą do niego, ponieważ niejaki Hanko von Eichelborn sprzedał mu je ze wszystkimi prawami i zwierzchnością.

Jednak stało się tak, iż spadkobiercy zmarłego rycerza dopiero wówczas dowiedzieli się, iż Johann von Schellendorf przypisuje sobie do ich ziem aż tak duże prawa dziedziczne! Zgłosili więc sprawę do sądu, bo chcieli odkupić od niego ten majątek. I właśnie podczas tamtego postępowania sądowego dopatrzono się, iż dokument sprzedaży został wystawiony o dwa lata wcześniej, niż faktycznie cała transakcja miała miejsce! Oczywiście ten sfałszowany fakt od początku wpływał na korzyść Johanna. Kiedy sprawa zaczęła się sypać, Johann zaczął się gorączkowo bronić i przedstawiać kolejne pisma, chcąc za wszelką cenę wykazać swoje prawa do tych dóbr. I to właśnie sprawiło, iż ktoś w końcu bardzo wnikliwie zainteresował się pieczęciami, które na nich widniały… Wtedy wjechali mu na chatę i zrobili totalną rewizję. Na miejscu znaleziono cały zapas fałszywych pieczęci oraz wszelkie materiały potrzebne do ich masowej produkcji! Według mnie będąc przez kilka lat na dworze księcia, gdzie parał się sporządzaniem potrzebnych papierów i następnie je pieczętował, nauczył się jak robić robić ich falsyfikaty. Musiał być w tym naprawdę dobry, ale naprawdę głupio wpadł.

Fałszerz Johann von Schellendorf po raz kolejny pojawia się w dokumentach z 5 lipca 1365 roku, co oznacza, iż cały ten proces wtedy jeszcze trwał w najlepsze. Sam cesarz Karol IV udzielił mu wówczas specjalnego listu żelaznego, czyli ochrony w drodze do Wrocławia, po to, aby oskarżony mógł bezpiecznie przybyć do miasta w celu prowadzenia swojej sprawy sądowej. Jednak po tej dacie chłop całkowicie znika z jakichkolwiek papierów i do dziś nie sposób ustalić, jak to wszystko się skończyło.

Czy został ukarany? To chyba akurat pewne, ale w jaki sposób? I to jest w tym wszystkim najciekawsze! Nie znalazłam nigdzie śladu opisu egzekucji czy uwięzienia, jednak warto wiedzieć, iż w tamtych odległych czasach fałszowanie pieczęci karano dokładnie w taki sam sposób, jak fałszowanie monet… czyli gotowaniem żywcem w kotle.

Dworek w Dzwonowie

Myślicie zapewne, iż w tym miejscu dotarliśmy już do samego końca historii o Dzwonowie, ale nic z tych rzeczy! Trzeba Wam będzie jeszcze trochę tutaj zostać, ponieważ mam dla Was jeszcze jedną opowieść o kolejnym członku rodu Schellendorfów, który pojawia się na osi czasu mniej więcej w 1430 roku, czyli kilkadziesiąt lat po swoim przodku, fałszerzu pieczęci…

Awanturnik Hans von Schellendorf

Żeby dobrze zrozumieć, kim był człowiek, który trząsł XV-wiecznym Śląskiem, musimy najpierw przyjrzeć się jego korzeniom. Hans von Schellendorf pochodził ze starego, rycerskiego rodu wywodzącego się z Dolnego Śląska (ich rodową siedzibą był właśnie Dzwonów). Choć dokładna data jego przyjścia na świat zatarła się w mrokach średniowiecza, historycy sytuują jego narodziny na lata 30. XV wieku. Był synem wpływowego śląskiego rycerza (prawdopodobnie Wenzela von Schellendorfa) i dorastał w czasach, gdy regionem wstrząsały wojny husyckie. Na arenie dziejowej Hans nigdy nie występował sam – jego najbliższym kompanem, wspólnikiem w interesach i jednocześnie bratem był Nikolaus von Schellendorf. Obaj bracia wspólnie budowali potęgę swojego rodu, stając się jednymi z najważniejszych graczy politycznych w Sudetach w drugiej połowie XV stulecia.

Przełomowym momentem w życiu dojrzałego już, około trzydziestokilkuletniego Hansa był rok 1466. Wtedy to bracia Schellendorf postanowili drastycznie poszerzyć swoje strefy wpływów. Za zawrotną kwotę 5200 guldenów uzyskali pod zastaw od morawskiego dowódcy Birki z Nasiedla – działającego z ramienia Korony Czeskiej – Zamek Książ wraz z przyległymi Świebodzicami.

Dla Hansa Książ nie był jednak jedynym domem. Bracia posiadali również dwie inne strategiczne, wysokogórskie warownie, które niedługo podnieśli z ruin: zamek Rogowiec oraz zamek Radosno. Ta sieć orlich gniazd pozwalała im na całkowite kontrolowanie ruchu w rejonie Gór Kamiennych i Wałbrzyskich, stając się z czasem bazą wypadową dla ich własnej działalności rozbójniczej.

Zamek Książ. Zbójecka meta Hansa von Schellendorf

Zbójeckie rzemiosło

Hans von Schellendorf był zdeklarowanym, lojalnym stronnikiem czeskiej korony – najpierw króla Jerzego z Podiebradów, a potem Władysława Jagiellończyka. To zaangażowanie polityczne ściągnęło na niego gniew potężnego króla Węgier, Macieja Korwina, oraz bogatego Wrocławia.

Korzystając z wojennej zawieruchy, Hans i Nikolaus zmienili Książ w potężną twierdzę. Ich zbrojne oddziały bezlitośnie łupiły karawany kupieckie zmierzające w kierunku Świdnicy i Wrocławia. Hans zyskał miano bezczelnego zbója, ale był też genialnym strategiem. Kiedy w 1475 roku Maciej Korwin wysłał pod Książ karną ekspedycję, Hans zamknął bramy i odparł atak. Sytuacja powtórzyła się w 1477 roku – tym razem wrocławscy mieszczanie opłacili zaciężne wojska, by zniszczyć gniazdo rozbójnika. Schellendorf ponownie utarł im nosa, bo surowe mury Książa okazały się nie do przebicia.

Kres sudeckiej potęgi dobiegającego pięćdziesiątki rycerza nadszedł w 1482 roku. Król Węgier stracił cierpliwość i wysłał na Dolny Śląsk potężną armię pod wodzą dowódcy wojskowego Georga von Steina. Sprzymierzone siły węgierskie, wrocławskie i łużyckie otoczyły Książ, a sprowadzona pod zamek artyleria rozpoczęła systematyczny ostrzał. Po długim, zaciekłym oblężeniu i odcięciu zapasów, obrona ostatecznie pękła.

Mimo iż dumny raubritter musiał ostatecznie skapitulować i oddać zamek, nie zginął na jego murach. Wrogie kroniki z satysfakcją odnotowały co prawda jego uwięzienie, jednak twardy rycerz zdołał przetrwać niewolę. Po odzyskaniu wolności pozbawieni sudeckich gniazd Schellendorfowie przenieśli swoje interesy w inne rejony Śląska oraz Czech. Choć ich zbójeckie imperium w Górach Wałbrzyskich na zawsze legło w gruzach, Hans dożył późnej starości i zmarł jako majętny szlachcic dopiero na początku XVI wieku, około 1503 roku.

I w tym miejscu rzeczywiście już się zatrzymamy – to koniec dzisiejszego wpisu. Oczywiście nie oznacza to wcale kresu tamtej podróży! Kontynuacja nastąpi w kolejnym artykule, z którego dowiecie się, co działo się dalej. Dalszy ciąg tej trasy był równie fascynujący, dlatego wyczekujcie mojej opowieści – ukaże się już niebawem. Będzie ciekawie, obiecuję!

Źródła:

  • Program Opieki nad Zabytkami Gminy Chojnów: file:///Users/aneta/Downloads/XXXIII_199_2009_z1.pdf
  • Rościsław Żerelik, Jan de Schellendorf. Z dziejów fałszerstw na średniowiecznym Śląsku, [w:] Z badań nad historią Śląska i Europy w wiekach średnich, red. M. Goliński, S. Rosik, Wrocław 2013.
  • Regesty Śląskie – dokumenty księcia Bolka II Świdnickiego z 13 maja 1364 r. oraz cesarza Karola IV z 27 maja 1364 r. i 5 lipca 1365 r.
  • Monografia historyczna powiązanych obiektów: Zamek Rogowiec w Grzmiącej – Instytut Historii Architektury Politechniki Wrocławskiej
Idź do oryginalnego materiału